Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Cuda można czynić z historią, pisać ją na nowo, przykrawać do potrzeb

Czytaj dalej
Teresa Semik

Cuda można czynić z historią, pisać ją na nowo, przykrawać do potrzeb

Teresa Semik

Oburzało nas, że historia była zakłamywana w PRL, a teraz zaczynamy wchodzić w te same niebezpieczne tory - mówi dr hab. Kazimierz Miroszewski, historyk, dziekan Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.


Obecna władza chce przeciwstawić się wszystkiemu, co zostawili jej w spadku poprzednicy. Historia najnowsza zniesie kolejną próbę napisania jej na nowo, z pominięciem faktów i nazwisk niewygodnych?

Byliśmy oburzeni tym, że historia była zakłamywana w czasach PRL, służyła propagandzie komunistycznej, ale zaczynamy niebezpiecznie wchodzić w te same tory. Jeżeli będziemy tworzyć pseudopolitykę historyczną, to zakłamujemy historię.

Czy Lech Wałęsa, legenda opozycji demokratycznej czasów PRL, może zniknąć z nauczania historii, jak kiedyś praktycznie zniknął Józef Piłsudski czy Wojciech Korfanty?

Myślę, że nie zniknie. Aż tak daleko władze się nie posuną, żeby z podręczników wykreślać osoby, które są symbolem nie tylko dla Polski, ale dla świata. To byłoby totalne zafałszowanie historii.

Jednak obecny obóz władzy próbuje pomniejszać rolę Wałęsy w czasach pierwszej „Solidarności”, demontuje powoli jego pomnik zasług.

Pomniejszanie jego roli jest możliwe, ale samo wykreślenie nazwiska byłoby szczytem głupoty.

Przy okazji ponownego pochówku „Inki”i „Zagończyka” z antykomunistycznej konspiracji prezydent Andrzej Duda mówił z wyrzutem, że aż 70 lat trzeba było czekać na ten pogrzeb. Historycy mają sobie coś do zarzucenia?

Historycy na pewno nie, bo wiele lat wcześniej pisali o „Ince” i o „Zagończyku”. Znali ich losy. Czym innym jest opisywanie wydarzeń i ludzi związanych z podziemiem antykomunistycznym, a czym innym są poszukiwania ofiar tamtego reżimu i ekshumacje prowadzone pod kierunkiem prof. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN.

Może te poszukiwania i badania historyczne toczą się zbyt wolno, stąd ten atak? Ciała „Inki” i „Zagończyka”, rozstrzelanych w 1946 roku, odnaleziono i ekshumowano dopiero dwa lata temu.

Ale już w 2006 roku powstał spektakl teatralny „Inka 1946. Ja jedna zginę”, oparty o wcześniejsze badania historyczne. W 2008 roku ukazał się „Atlas podziemia niepodległościowego 1944-1956”. Jeszcze przed 1989 rokiem pojawiały się publikacje o podziemiu antykomunistycznym. Wprawdzie były nacechowane ideologicznie, o żołnierzach podziemia antykomunistycznego pisało się jako o wrogach, ale ich nazwiska były już wówczas znane. Kiedy wyszła sprawa „Listu 34”, napisanego przeciw cenzurze w 1964 roku i który podpisał także historyk Paweł Jasienica, automatycznie była mowa o Szendzielarzu. Jasienica był adiutantem dowódcy brygady Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Po 1989 roku badania historyków nabrały wręcz tempa, bo temat był chwytliwy.

Losy tzw. „leśnych” , czyli żołnierzy wyklętych mają stać się mitem założycielskim obecnego obozu władzy. Jednak nie wszyscy wyklęci byli święci, ale wszyscy zasługują teraz na gloryfikację?

Oczywiście, że potrzebny jest umiar. Wydarzeń historycznych nie możemy pokazywać tylko w barwach białych, albo tylko czarnych, bo wtedy zakłamujemy historię. Widać to właśnie na przykładzie żołnierzy wyklętych. Nie patrzymy na działalność poszczególnych osób, a nawet na działalność poszczególnych osób w określonym czasie, bo inna była sytuacja po rozwiązaniu Armii Krajowej i w chwili tworzenia się podziemia poakowskiego, a co innego działo się w latach 1947 i następnych. Jak wówczas zachowywali się ci ludzie, jakie prezentowali postawy?

Łatwo przychodzi przemilczanie niewygodnych faktów. Na Podhalu ciągle toczy się spór, czy słynny partyzant Józef Kuraś, „Ogień” to bohater czy bandyta?

Dziś mówi się raczej, że „Ogień” jest postacią „kontrowersyjną”. Pod zakopiańskim pomnikiem upamiętniającym Kurasia i jego podkomendnych, nikt nie pokazuje, co złego zrobił, że był w UB. Nie eksponuje się złych o nim wspomnień wielu mieszkańców Podhala. Kurasia widzimy tylko w białych barwach, że walczył o niepodległą Polskę.

Podobnie przedstawiany jest na Śląsku Henryk Flame „Bartek”, który „bił czerwonych”, ale też jego żołnierze strzelali do kobiet i dzieci. Łatwość zabijania była wtedy przerażająca.

Pytanie, dlaczego strzelali? Ano dlatego, że ludność nie chciała dać im żywności, co znaczy, że żołnierze wyklęci jednak nie mieli pewnego poparcia społecznego. Trzeba byłoby powiedzieć prawdę, że ludzie po wojnie, w 1945 roku, chcieli już żyć w spokoju. Przestawała być dla nich ważna ideologia, kto naprawdę rządzi krajem, jeżeli dostawali pracę i chleb z masłem. Żołnierze podziemia nie potrafili zrozumieć, dlaczego Polacy nie chcą ich popierać w walce z komunistami. Wtedy do głosu dochodziły metody typowe dla terroru, pobicia, łącznie z mordowaniem.

„Państwo, by być silne i wychowywać kolejne pokolenia, musi mieć swoich bohaterów i Polska ich ma” - mówi prezydent Duda, wskazując właśnie na żołnierzy wyklętych. Można to uznać za wykładnię polityki historycznej obecnej władzy? Polityki opartej na romantycznej tradycji; Polskę trzeba kochać i dla niej umierać?

Lubimy, to jest wręcz w naszej mentalności, gloryfikować wydarzenia, w których ponieśliśmy porażki, gdzie były olbrzymie ofiary w ludziach. Tam, gdzie odnieśliśmy zwycięstwa, mówimy po cichu, albo wcale.

Przegrane powstania narodowe mogą dziś kształtować pozytywne postawy społeczne?

To jest raczej dylemat, czy nasze powstania narodowe były słuszne, czy nie. W przypominaniu powstania warszawskiego daje się już zauważyć głosy tych, którzy mówią, że nie wszyscy mieszkańcy Warszawy byli za powstaniem ponieważ ponosili olbrzymie straty. Gloryfikujemy to powstanie, ale szkoda ludzi, którzy zginęli. Pytanie o jego sens jest uzasadnione.

Należy też spytać o sens walki podziemia antykomunistycznego po 1947 roku? Historia Europy została już rozstrzygnięta i było wiadome, że generał Anders nie przyjedzie do Polski na białym koniu.

Praktycznie ta walka nie miała żadnego sensu. Ostatni z wyklętych, Józef Franczak ps. „Lalek”, poległ w 1963 roku, ale już po 1947 roku, po amnestii, szeregi podziemia stopniały. Część osób faktycznie znalazła się w sytuacji dramatycznej, bez wyjścia. Mieli do wyboru: albo się ujawnić i czekać na represje ze strony UB, a nawet na śmierć, bo często tak to się kończyło, albo pozostać w lesie, co z kolei oznaczało wegetację. Społeczne poparcie dla ich walki zmniejszyło się poważnie, a z czegoś trzeba było żyć. Stąd napady rabunkowe i ciągła ucieczka przed ścigającymi ich funkcjonariuszami UB oraz milicji.

Mamy wygrane trzecie powstanie śląskie, a prawie sto lat później są archiwa powstańcze nie tknięte przez badaczy. Też zaczniemy podważać sens powstańczej tradycji?

Inaczej do powstania podchodziła społeczność żyjąca w zachodniej części Górnego Śląska, a inaczej ze wschodniej. Dwujęzyczne nazwy na Śląsku Opolskim pokazują, że zarówno wówczas, jak i teraz tamtejsi mieszkańcy nie byli za tym, żeby nagle znaleźć się w Polsce. Nie można o tym zapominać. Jeżeli będziemy szukać prawdy o powstaniach śląskich, odnajdziemy w nich właśnie różne postawy społeczne: propolskie i proniemieckie, a nie tylko przekonanie, że cała ludność Śląska chciała należeć do Polski, jak wmawiano nam w przeszłości.

Odnajdziemy też w powstaniach śląskich „wojnę domową”, jak chcą niektórzy?

Mogło tak się zdarzyć, że sąsiad bił się z sąsiadem. Niemniej z jednej strony walczyło wojsko polskie, a z drugiej - całe niemieckie korpusy. Była to wojna polsko-niemiecka, jakby na to nie patrzeć.

Krzywdzimy Wojciecha Korfantego, któremu Polska zawdzięcza Śląsk. Znów pozwolimy zmarginalizować jego zasługi?

W Polce niewątpliwie Korfanty jest mniej znany, ale nie robiłbym z tego problemu. Cieszę się z czego innego. W naszym regionie, jak nigdzie indziej, dużo mówimy i piszemy o najnowszej historii, odkrywamy ją na nowo. Liczne monografie miast są ewenementem w skali Polski. Obszerne publikacje, które ukazały się ostatnio, dotyczą m. in. Będzina, Czeladzi, Pszczyny, Katowic, Sosnowca, Częstochowy, Myszkowa. Ukaże się monografia Rybnika, Żor po 1945 roku.

Sporo publikacji pojawiło się o represjach ze strony Sowietów, wkraczających na tę ziemię w 1945 roku. Czy określenie tych represji Tragedią Górnośląską nie jest pewnym zafałszowaniem historii i wymaga nazwania na nowo?

Z punktu widzenia historii Polski była to, oczywiście, tragedia tzw. Ziem Odzyskanych. A i tak na terenach, które po drugiej wojnie przypadły Polsce, obchodzono się z Niemcami łagodniej niż obeszła się z ludnością niemiecką Czechosłowacja w okresie prezydentury Edwarda Beneša. Komuniści przejęli w pełni władzę dopiero w 1948 roku.

Słyszeliśmy, jak minister edukacji Anna Zalewska próbuje wymijająco odpowiedzieć, co wydarzyło się w Jedwabnem i kto odpowiada za pogrom kielecki, jakby bała się prawdy. Jakie fakty z historii najnowszej mogą rodzić pokusę, by je opisać na nowo?

Wszystkie tematy, które dotyczą wydarzeń przełomowych, kontrowersyjnych mogą być różnie interpretowane. Te przełomowe wydarzenia to rok 1956 i 1968. Można uznać, na przykład, że nie mają znaczenia dla historii Polski, że nie wiadomo przez kogo zostały wywołane i w jakim celu…

Stan wojenny, którego 35. rocznicę będziemy obchodzić w tym roku, też nadaje się do zawłaszczenia?

Polacy są w tej sprawie nadal podzieleni, a nawet większość ocenia wprowadzenie stanu wojennego pozytywnie.

W grudniu 1981 roku była szansa, że któraś ze stron ustąpi?

Według mnie ani jedna, ani druga strona nie dążyła do jakiegokolwiek porozumienia. Świadczy o tym także fiasko spotkania Lecha Wałęsy, Wojciecha Jaruzelskiego i Józefa Glempa z listopada 1981 roku. Trzeba też pamiętać, że w Związku Radzieckim ciągle rządził beton partyjny, bo to nie był jeszcze czas Gorbaczowa. Stany Zjednoczone, wiedząc o przygotowaniach do stanu wojennego, nie zrobiły nic. Potem nałożyły na Polskę embargo, które uderzyło przede wszystkim w ludność.

Z ust przedstawiciela rządu słyszymy, że nadzieję na wolność w 1980 roku zawdzięczamy esbecji, bo to agenci podpisywali porozumienia sierpniowe. Można z historią czynić cuda?

Nie staramy się wczuć w świadomość osób i świadomość czasu dla danych wydarzeń historycznych. Próbujemy patrzeć na decyzje ludzi przez pryzmat obecnej naszej wiedzy i świadomości. To jest największy błąd. Chcemy wszystkich ścigać, a nie chcemy szukać prawdy.

Znika z przestrzeni publicznej lewicowa symbolika. Uznane zostaną za niewygodne nazwiska byłego wojewody śląskiego Jerzego Ziętka czy I sekretarza partii Edwarda Gierka?

Już są głosy, by te postaci usunąć z publicznej przestrzeni, ale moim zdaniem byłoby to nierozsądne. Ziętek był działaczem komunistycznym, ma na sumieniu m. in. wygnanie biskupów katowickich, ale jako gospodarz tej ziemi, zrobił dla niej dużo. Nie można oceniać go tylko w kolorach: białym lub czarnym, dostrzegać wyłącznie jego działalność polityczną, a już pomijać gospodarczą.

Co z Edwardem Gierkiem?

Ma nie tylko swój wkład w uprzemysłowienie Śląska. Jednak w jego czasach ludziom na Śląsku żyło się lepiej niż w innych regionach kraju. Tu było lepsze zaopatrzenie, lepsza służba zdrowia. Oczywiście, było też zanieczyszczone środowisko. Pytanie, na ile plusy przeważały nad minusami.

Nie obawia się pan profesor, że znów będziemy inaczej uczyć historii w domu, a inaczej w szkole?

Jeśli pójdziemy w skrajności, jest taka obawa i dotyczy raczej tylko szkoły. Kuratorium ma dużą władzę nad nauczycielami i spore możliwości pozbywania się osób niewygodnych. Na uczelni nie widzę takiego niebezpieczeństwa. Wprawdzie wykładowca może przedstawiać własną interpretację historii, ale studenci mogą zareagować i nikt ich za tę krytykę z uczelni nie wyrzuci.

Mamy prawo do oceny wspólnej historii z różnych punktów widzenia. Na wystawie towarzyszącej szczytowi NATO w Warszawie mieliśmy dowód, że bardzo łatwo jest wygumować nazwiska ważne dla najnowszej historii Polski.

Na wystawie - tak, ale z podręczników historii już nie jest tak łatwo. Nie sądzę, żeby historycy byli skłonni do tego.

Jest pan profesor przekonany, że znów nie znajdą się dworscy historycy?

Wśród historyków są różne obozy, ale wcześniej czy później wyciągną wnioski z krytyki. Tak było swego czasu z historykami IPN, którym długo zarzucano, że bazują tylko na materiałach wytworzonych przez bezpiekę. Teraz, na poparcie swoich tez, szukają dokumentów w różnych źródłach. Krytyka pomogła. Jeżeli pojawią się publikacje fałszujące historię, to pojawią się głosy przeciwne. Mamy jeszcze pluralizm w mediach. Mamy zalew książek historycznych. Wierzę w demokrację.

Najwyżej po latach historycy skrytykują swoich poprzedników i napiszą wszystko od nowa?

Pisanie wszystkiego do początku nie będzie potrzebne. Jeśli nawet jakaś publikacja jest ukierunkowana ideologicznie, zmiany wymagać będą niektóre akapity, a pewne fakty jednak pozostaną. W czasach PRL ukazywało się wiele publikacji w oparciu o archiwa, których już teraz niema. Pozostały jedynie w tych ideologicznych książkach. Teraz może się zdarzyć coś podobnego.

Co pan profesor sugeruje?

Nie wiemy, co zachowa się w archiwach państwowych z powodu ewentualnego niefrasobliwego podejścia do zachowania dokumentów z okresu po 1989 roku.

Władza może ingerować w badania historyków?

Może przy podziale pieniędzy forować te tematy, które akurat są dla niej ważne.

Obawia się pan profesor przykrawania historii do partyjnych potrzeb?

Obawiam się polityki historycznej, bo niebezpiecznie uciekamy w jej stronę, a polityka historyczna nie jest historią. Historyk ma pokazywać fakty, dlaczego coś się stało, ewentualnie skutki danych wydarzeń, jeśli są możliwe do określenia. Nie może natomiast faktów przemilczać po to tylko, żeby pokazać swoją teorię. Starajmy się jak najwięcej mówić o danych wydarzeniach, pokażmy wszystkie niuanse. Inaczej to nie będzie nauka.

Polityka historyczna lub polityka pamięci - posługiwanie się przez społeczeństwa własnymi interpretacjami wydarzeń z przeszłości do osiągania m.in. bieżących celów politycznych, to także wzmocnienie publicznego dyskursu o przeszłości, jakie tradycje należy kontynuować, a jakich nie.
Polityka historyczna jest dla PiS ważna nie mniej niż program „Rodzina 500 plus”. Ta polityka pamięci to przede wszystkim obława na smoleński spisek, Katyń, powstańcy warszawscy, żołnierze wyklęci - ostatni, nieskazitelni obrońcy Polski przed czerwoną zarazą. Pamięć w wydaniu PiS to rozdrapywanie polskich ran i martyrologia. Jedynie słuszna wizja historii.

Kazimierz Miroszewski specjalizuje się w historii najnowszej Polski. Związany z UŚ, swoją macierzystą uczelnią. Pochodzi z Myszkowa. Autor, m. in.: „Centralny Obóz Pracy Jaworzno. Podobóz ukraiński (1947 - 1949)”, ’Marzec 1968 roku w województwie katowickim”.

Czytaj również: To uczeń musi wiedzieć o Śląsku. Ale czy dowie się w szkole na historii? Woźniczka, Gorzelik, Knast
Przeczytaj komentarz redaktora naczelnego DZ Marka Twaroga: Jakiej historii nauczy nas władza?

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Zachodniego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Zachodniego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Zachodniego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Teresa Semik

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2017 Polska Press Sp. z o.o.

Monitorujemy anonimowo aktywność na stronie, korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.