Biblia za dwa szlugi. Grzegorz pokazuje, jak odbić się od dna

Czytaj dalej
Fot. Dorota Czoch, archiwum Grzegorza Czerwickiego
Jolanta Tęcza-Ćwierz

Biblia za dwa szlugi. Grzegorz pokazuje, jak odbić się od dna

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Grzegorz Czerwicki mieszka w Nowym Sączu. Długo był uzależniony od alkoholu i narkotyków. Na koncie ma kradzieże, napady i wyrok 12 lat pozbawienia wolności. Gdy wyszedł z więzienia, zaczął nowe życie. Udowodnił, że nie ma takiego dna, z którego nie można się odbić.

Święty nie był, to prawda, ale też życie go nie rozpieszczało. Dom rodzinny nie był bezpieczną przystanią: alkohol, bieda, patologia. Szybko zaczął palić, pić, brać narkotyki. Potem były bójki, kradzieże i włamania. W wieku 18 lat znalazł się w zakładzie karnym. Tam poznał przemoc i samotność.

Pewnego dnia do rąk skazańca trafiło Pismo święte. To był moment zwrotny w jego życiu.

Oaza chuliganów i złodziei

Grzegorz Czerwicki pochodzi z Nowej Huty. Socrealistyczna dzielnica, jak podkreśla mężczyzna, w latach 90. cieszyła się złą sławą: oazy chuliganów, pseudokibiców, złodziei.

- To było trudne osiedle - wspomina Grzegorz. - Miłych wspomnień mam niewiele.

Grzegorz pochodzi z biednej rodziny. W domu nie starczało na podstawowe potrzeby. Kiedy zaczął chodzić do szkoły i na treningi piłkarskie, zauważył, że przez brak pieniędzy odstaje od rówieśników. Chodził obdarty, nie było go stać na sportowe buty, dres. Agresję chłopaka wzmagały też awantury w domu.

- Ojciec był alkoholikiem, nie mieszkał z nami. Mieszkałem z braćmi mamy, którzy też mieli problem z alkoholem, i jeszcze z dziadkiem i babcią. Mama próbowała to wszystko ogarniać, chciała, żebym chodził do szkoły i wyrósł na dobrego człowieka, ale nie dawała rady. Też miała problemy alkoholowe. Często dochodziło do awantur, po których uciekałem z domu. Była wzywana policja. Kumulowałem w sobie nienawiść do świata i przenosiłem ją na osiedle.

Koledzy często mu dokuczali i wyzywali. Był dla nich za spokojny i za biedny. Szybko przyswoił pierwszą życiowa lekcję, że dobrze ma ten, kto potrafi kogoś uderzyć.

Ten, kogo się boją.

Przestępcza inicjacja

Grzegorz obserwował starszych kolegów, którzy byli już na drodze przestępczej. Ich agresywne zachowania zaczęły mu imponować.

Ich pieniądze też.

- W tamtym czasie zaczął przychodzić do mnie wyimaginowany, fałszywy przyjaciel - szatan. Uwziął się na mnie. Z perspektywy czasu wiem, do czego dążył, ale wtedy się z nim zaprzyjaźniłem. Coraz częściej łamałem prawo. Pewnego dnia pobiłem chłopaka, a wtedy moi koledzy zwrócili na mnie uwagę. Zaimponowałem im i zacząłem się z nimi kumplować - wspomina.

Jego pierwsza kradzież wynikała z ciekawości.

Kumple przedstawili mu to w formie zabawy: ma wejść do sklepu i zabierać to, co będzie chciał, ale tak, żeby sprzedawczyni niczego nie zauważyła.

- Wszedłem, wziąłem i wyszedłem. I stało się coś niesamowitego: pierwsze poklepanie po plecach, i spojrzenie wyrażające szacunek i podziw. Wzrok kolegów mówił: dałeś radę, jesteśmy z ciebie dumni. A wtedy coś wystrzeliło w mojej głowie, moje ego było wreszcie dowartościowane. Stwierdziłem: wchodzę w to - opowiada Grzegorz.

Miał wtedy osiem lat.

Przypieczętować zło

Z początku kradł jedzenie, którego brakowało w domu. Potem pojawiły się papierosy i alkohol, wydawał więc pieniądze na używki.

- Nigdy nie chciałem być taki, jak ojciec, nie chciałem być alkoholikiem. Jednak szybko zacząłem pić. Wtedy rozwiązywał mi się język, byłem duszą towarzystwa. Potem zacząłem brać narkotyki. Jeszcze bardziej imponowałem chłopakom ze środowiska. Zaczęły się bójki. Aż wreszcie pojawiła się moja szatańska przyjaciółka - amfetamina. To był moment, gdy miałem już cały bagaż: papierosy, alkohol, pornografia, marihuana, kwasy, piguły, wszystko - wyznaje Grzegorz.

Od tej pory kradł już nie tylko po to, aby mieć pieniądze na alkohol i narkotyki, ale także dlatego, żeby czuć i widzieć strach ludzi, których okradał. Grzegorz włamywał się do mieszkań i samochodów, napadał na innych.

- Trudno mi się o tym mówi, ale muszę - wyznaje cicho. - Dziś wiem, jak wiele krzywdy zrobiłem.

Coraz bardziej się pogrążał. Jak mówi, to było tak, jakby żywcem zaczął się zakopywać. Nawet nie zauważył, kiedy osiągnął stan, że bez amfetaminy nic mu się nie chciało. Miewał stany depresyjne. Był tak uzależniony, że okradał znajomych i przyjaciół, włamywał się do samochodów stojących na jego osiedlu, plądrował mieszkania sąsiadów.

Tracił kontrolę nad rzeczywistością.

Jedno zdarzenie dało mu do myślenia. - Wróciłem do domu - wspomina. - Mama w tamtym czasie mieszkała z nowym facetem, recydywistą. Myślałem, że on ogarnie nam rzeczywistość, że będzie więcej pieniędzy, że wszystko zacznie się układać... Przyniosłem alkohol, podałem im butelki, a wtedy mama powiedziała, że nie pije, bo jest w ciąży, w siódmym miesiącu. A ja tego nie zauważyłem, będąc notorycznie pod wpływem środków odurzających. Poza mną samym, narkotykami i strachem innych nic się nie liczyło. Ten strach mnie nakręcał. Dawał poczucie władzy.

Złamana zasada

Jakiś czas później, gdy Grzegorz wracał z imprezy, zaczepiła go sąsiadka. Dowiedział się, że jego ojciec został potrącony. Przechodził na czerwonym świetle. Nie żył.

- W tamtym momencie nie wywołało to we mnie żadnych emocji - mówi. - Byłem tak przyćpany i czułem taką nienawiść do ojca, że to po mnie spłynęło. Wróciłem po prostu do dawnego życia, do ćpania i alkoholu. Miałem do niego żal, że go nie było, że schrzanił nam życie, mnie i mamie, że picie było dla niego ważniejsze. Brakowało mi go, nie mogłem z nim nawet porozmawiać. Obiecywałem sobie, że kiedy dorosnę, to go pobiję, biorąc odwet za to wszystko. Pamiętam, że kiedy szliśmy razem, tata ciągnął mnie i kazał mi przechodzić na czerwonym świetle. Ja chciałem czekać na zielone. Pomyślałem, że skoro ojciec nie przestrzega reguł, ja też nie muszę - opowiada.

W tamtym czasie ćpał amfetaminę codziennie. Jak mówi, to było paliwo, które podtrzymywało go przy życiu. Był już bardzo bliski, by zacząć dawać w żyłę. Zaczął mieszać środki uspokajające z pobudzającymi. Kiedyś naćpał się tak, że idąc chodnikiem, po kolei rozwalał zaparkowane samochody. Został złapany na gorącym uczynku przez policję. W wieku 18 lat trafił do aresztu śledczego.

Dostał sześć lat.

Światło w tunelu

Spodziewał się, że za kratami będzie jak na obozie. Pozna ludzi, którzy jak on siedzą tam za nienawiść do świata. Odbierają, na co zasłużyli, a to ich w pewien sposób jednoczy. Rzeczywistość okazała się inna. Brutalna.

- Spotkałem się z prześladowaniem osadzonych i funkcjonariuszy - mówi. - Miałem dwie próby samobójcze, nie wytrzymywałem obciążenia i samotności. Byłem znokautowany. I wciąż brałem narkotyki, szatańska przyjaciółka nie odpuszczała mi nawet za kratami - opowiada.

Raz w odwiedziny do Grzegorza przyjechała mama z trzyletnią siostrą. Zapowiedziała synowi, że więcej go nie odwiedzą, bo jej na to nie stać. Mogli pobyć ze sobą kilka godzin w sali widzeń. A potem znów oddzielała ich krata. Siostra płakała u mamy na rękach. Grzegorz też miał łzy w oczach.

Jakiś czas potem dowiedział się, że dziewczynka została oddana do adopcji. Mama i jej partner nie byli w stanie sprawować nad nią opieki.

- Siostra była światełkiem w tunelu - mówi z uśmiechem. - Myśl o niej pomagała mi przetrwać. Wiara nie. Kiedy w dzieciństwie babcia czy dziadek posyłali mnie do kościoła albo czytali mi Pismo święte dla dzieci, słuchałem tego jak bajek - mówi.

W więzieniu Bóg stał się jego wrogiem. Grzegorz obwiniał go o wszystko, o nieudane życie. Wszyscy mu mówili, że Bóg go kocha, a on siedział w więzieniu, był prześladowany, bity, nie miał rodziny, wszystko mu się posypało. Wtedy zaczął brać sterydy.

- Napakowałem się - mówi. - Założyłem maskę nienawiści: nie zbliżaj się do mnie, bo ci mordę obiję. Zauważyłem, że to działa. Od tej pory było mi łatwiej odsiadywać wyrok.

Tak minęło sześć lat.

I przyszedł spokój

Po wyjściu na wolność Grzegorz był przekonany, że ze wszystkim sobie poradzi. Jego pomysłem na życie były dalsze kradzieże, ewentualnie półlegalna praca. Chciał też pomóc mamie i odnaleźć siostrę. Złamał się już pierwszego dnia.

- Zacząłem pić, brałem sterydy, paliłem zioło, wróciłem do starych kolegów i przestępstw - wspomina. - Odnalazłem mamę, ale jak miałem jej pomóc, kiedy byłem w ciężkim uzależnieniu? Próbowałem odnaleźć siostrę, ale słyszałem, że jest w rodzinie adopcyjnej i najlepiej będzie, jak dam sobie spokój. Byłem wtedy bezdomny, mieszkałem po śmietnikach, na przystankach, włóczyłem się po melinach. Pewnego dnia przyszła do mnie myśl, że najlepiej byłoby wrócić do więzienia - opowiada.

I tak się stało. Po dwóch miesiącach wolności Grzegorz znów trafił do zakładu karnego za napad z bronią w ręku. Znów dostał sześć lat.

I tu się zaczyna dobra historia, o której lubi opowiadać.

Więzienie mieściło się w Nowym Wiśniczu. Grzegorz znalazł się w 17-osobowej celi. Poznał kolegę, który siedział za kratami od 25 lat. Stał się dla Grześka autorytetem. Rozmawiali o wszystkim, a najchętniej o miłości, przyjaźni i nadziei.

- Pewnego dnia kolega powiedział mi, że ma dla mnie fajną książkę historyczną. I tak w zamian za dwa szlugi dostałem... Pismo święte - mówi Grzegorz.

Mężczyzna czytał o uzdrowieniach, rozmnożeniu chleba, cudach. Poznawał życie Chrystusa.

- Bezwiednie zacząłem mówić: Jezu, Ty takie niesamowite rzeczy robisz, uzdrowiłeś paralityka, wskrzeszałeś, przywracałeś wzrok. Skoro jesteś taki kozak, pomóż mi - opowiada Grzegorz. - Któregoś dnia wjechał do nas na celę kolega z towarem. Zawsze byłem pierwszy do palenia. Zabrałem lufkę i już miałem wziąć buch, kiedy nagle coś mnie mocno zaniepokoiło. Rzuciłem lufkę i uciekłem. Koledzy się ze mnie śmiali, a ja czułem, jakby uderzył we mnie grom z jasnego nieba - dodaje.

Położył się na łóżku i w głębi serca wołał: Jezu, chcę, byś mnie uzdrowił. Jeżeli naprawdę jesteś, spraw, żebym nie ćpał, wzmocnij moją wolę.

I wtedy przyszedł na niego błogi spokój.

- Nigdy wcześniej nie znałem takiego uczucia. Następnego dnia kolega powiedział, że zostawił mi przepał. I wtedy po raz pierwszy w życiu powiedziałem: nie chcę. Wszyscy zdębieli. Od tamtej pory nie chce mi się jarać ani ćpać, odszedłem od pornografii, przestałem przeklinać i wyzywać innych. Zamiast karmić się cudzym strachem, zacząłem budować dobre relacje. Wszyscy byli pewni, że biorę coś pokątnie. Odpowiadałem: tak, mam dobry towar: Ducha Świętego - wspomina z uśmiechem.

Boży wariat

Grzegorz rozpoczął żmudną pracę nad sobą. Nie było łatwo.

- Szukałem sposobów, aby być jeszcze bliżej Boga. Wykalkulowałem sobie, że kiedy chcesz coś załatwić z kimś na samej górze, dobrze znać osoby, które mają do niego dostęp. Znałem to ze świata przestępczego - śmieje się Grzegorz. - Wtedy pojawiła się w moim życiu święta Faustyna. Zaczytywałem się w jej „Dzienniczku”. I zaczęły dziać się małe cuda…

Będąc w więzieniu, Grzegorz dowiedział się, że jego babcia umarła. Po wyjściu na wolność, szukał sposobu, aby odnaleźć ślad swojej rodziny. Któregoś dnia trafił na osiedle, gdzie mieszkała babcia. Okazało się, że... nadal żyje. Ma 99 lat.

- Nie mogłem w to uwierzyć - mówi Grzegorz. - Nie widziałem jej prawie 20 lat. Bałem się tego spotkania. Na łóżku leżała drobniutka, siwiutka staruszka, w której z trudem poznałem babcię. Chciałbym sensownie opisać to spotkanie, ale nie bardzo umiem. Ryczałem, płakała babcia, ściskając mnie z całych sił i całując. Mówiła, że przez wiele lat przychodziła pod więzienie i modliła się za mnie. W pewnym momencie babcia pociągnęła za łańcuszek, który miała na szyi i wyjęła medalik z wizerunkiem św. Faustyny. Umarła cztery miesiące później. Wierzę, że to spotkanie było mi podarowane. To jeden z wielu prezentów, które Bóg dla mnie przygotował - mówi wzruszony.

Gdy po drugiej odsiadce Grzegorz opuścił więzienie, był innym człowiekiem: przyjaźnił się z Jezusem i budował życie na solidnych fundamentach. Pojechał na rekolekcje do Zakopanego, które prowadził o. Stanisław Majcher, jezuita, którego mężczyzna poznał w zakładzie karnym.

Grzegorz zaczepiał ludzi na ulicach i mówił im o Jezusie. Biegał z różańcem, a przechodnie wołali, że jest wariatem.

- Byłem ogolonym na łyso, przypakowanym facetem. Pewnie się mnie bali - śmieje się. - Pierwszym cudem, którego doświadczyłem na wolności było poznanie pięknej blondynki, z którą się zaprzyjaźniłem. Renia mi pomagała, szybko staliśmy się parą, a potem się oświadczyłem. Zgodziła się.

- Nie bała się? - dopytuję.

- Moja relacja z Bogiem dawała jej pewność, że nie wrócę na starą drogę. Chociaż faktycznie byłem jak puszka Pandory: pornografia, alkohol, narkotyki i 12 lat odsiadki. Nie byłem dobrym materiałem na męża - przyznaje Grzegorz.

Wiara i miłość dodały mu skrzydeł. Skończył liceum, zdał maturę, zrobił prawo jazdy. Znalazł pracę w najlepszej restauracji w Nowym Sączu. Skończył kursy doszkalające. Wraz z Renią wzięli ślub marzeń. A kilka miesięcy temu urodził im się synek.

Skazany na wolność

Dziś Grzegorz jeździ na spotkania ewangelizacyjne do szkół i więzień. Z autorskim programem „Skazany na wolność” odwiedził 76 zakładów karnych, w których opowiedział swoją historię. Prowadzi też program profilaktyczny dla młodzieży pt. „Nie jesteś skazany”.

Jego przekaz trafia szczególnie do tych, którzy mieli podobną do niego, trudną drogę życiową.

- Pewnego dnia pojechałem do jednej ze szkół na Podhalu - opowiada. - Mówiłem o sobie, a na koniec wspomniałem, że miałem siostrę, która została adoptowana. Dodałem, że od lat modlę się, żeby ją odnaleźć. Kiedy się pakowałem, podeszła pani pedagog i poprosiła mnie do swojego pokoju. Tam siedziała zapłakana dziewczyna. Powiedziała mi, że jako dziecko też została adoptowana, wcześniej mieszkała w Krakowie i szuka starszego brata. Pomyślałem: zbieg okoliczności. Wymieniliśmy się numerami. Zadzwoniła do mnie wkrótce i drżącym głosem przeczytała mi ze swoich dokumentów adopcyjnych imię i nazwisko biologicznej mamy, dawny adres zamieszkania oraz datę urodzenia swojego brata. To były dane mojej mamy, mój dawny adres i rok mojego urodzenia... Wszystko się zgadzało - mówi wzruszony.

Po piętnastu latach Grzegorz odnalazł siostrę. W jego życiu wydarzył się kolejny cud.

Dziś czuje się spełniony na maksa. Ziściły się wszystkie marzenia, o których myślał, będąc w więzieniu. Lepiej i piękniej niż kiedykolwiek sądził.

- Jestem mężem Reni, którą kocham i która kocha mnie - mówi. - Mamy wspaniałego syna. Jestem spełniony w pracy. Rozwijam i uczę. Bóg dał mi taką wersję życia, jakiej nie potrafiłbym sobie nawet wymarzyć.

Jolanta Tęcza-Ćwierz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.