Teresa Semik

Byłbym trupem, gdyby akcja się nie powiodła

Byłbym trupem, gdyby akcja się nie powiodła
Teresa Semik

Po wojnie mówiłem, że zostałem wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec - wspomina ppor. Aleksander Tarnawski, ps. Upłaz, cichociemny, 94-letni mieszkaniec Gliwic.

Jeden człowiek mógł zmienić bieg tej wojny?
Z punktu widzenia militarnego rola 316 cichociemnych, zrzuconych do okupowanej Polski, nie miała, oczywiście, znaczenia. Cichociemni mieli podnieść morale Polaków, pokazać im, że Polska o nich pamięta.

Cichociemni to elita polskiej dywersji. Jak pan do niej dołączył?
Stacjonowałem w Szkocji w pułku broni pancernej i wiodłem normalne życie garnizonowe. Już mnie diabli brali, bo wojna dokoła, a ja wciąż bezczynnie siedzę.

Naprawdę chciał pan się zmierzyć z tą wojną?
Jak się jest młodym, to chce się działać. I pewnego dnia w kancelarii kompanii dostałem propozycję przedostania się do Polski. Zgodziłem się bez chwili wahania.

Co dla pana znaczy patriotyzm?
Przyzwoitość.

Gdzie pana zastała II wojna światowa?
W Rabce u ciotki, ale po wezwaniu władz, by mężczyźni wycofywali się na wschód, dodarłem do Lwowa. Rok przed wojną zacząłem tam studiować chemię i miałem lokum.

Co pana rodzice robili w Chorzowie?
Byli nauczycielami. Gdy część Górnego Śląska została połączona z Polską, przyjechali tu spod Rzeszowa do pracy.

Aby polonizować Śląsk, jak niektórzy mówią?
Wtedy nikt o polonizacji nie mówił, choć pewnie władza miała takie zamysły. Całe dzieciństwo i młodość spędziłem na Śląsku. Nie było między nami wrogości. Wojnę rodzice przeczekali w Rabce, ich chorzowskie mieszkanie zajęli Niemcy.

17 września 1939 roku i agresja sowiecka na Polskę zastały pana właśnie we Lwowie?
W Tarnopolu, bo posuwałem się dalej na wschód.

Bał się pan bardziej Niemców czy Rosjan?
Kiedy ma się 18 lat, jak ja wtedy, to życia nie rozpatruje się w kategoriach bojaźni. Nie odczuwałem lęku, bo nie miałem bezpośrednich powodów. Poza tym już w pierwszym miesiącu okupacji było wiadomo, że generał Sikorski tworzy armię polską we Francji, więc była też nadzieja.

Sam pan ruszył na tę wojnę?
Nie sam, z kolegą gimnazjalnym z Chorzowa, który też studiował we Lwowie, choć handel zagraniczny. Postanowiliśmy razem przedrzeć się przez granicę. Kupiliśmy mapy pogranicza i wytyczyliśmy marszrutę. On dostał się do Szwajcarii i wrócił do okupowanej Polski, a ja ruszyłem do Francji, a potem do Wielkiej Brytanii.

Trudno było pokonać granicę z Węgrami?
Sztuka polegała na szybkości działania. Ruszyliśmy w drogę w pierwszych dniach października. Wciąż był chaos, nikt granicy nie pilnował. Jedyne, co nas przestraszyło, to ryk jeleni, które wtedy miały gody.

Jest noc 16 na 17 kwietnia 1944 roku, z włoskiego Brindisi leci pan na miejsce zrzutu. A co, jeżeli się nie powiedzie?
Byłbym trupem, jak inaczej? W ekipie skoczków było nas czterech. Każdy miał własne zadanie. Po wylądowaniu ruszyliśmy w swoją drogę, pod swój adres kontaktowy.

Wyobrażenie o Polsce walczącej, wyniesione ze szkoleń w Szkocji, okazało się realne?
Szkolenie polegało m.in. na dokładnym zapoznaniu się z sytuacją w Polsce. Muszę przyznać, że przekaz był wierny. Nic mnie nie zaskoczyło. Gdy wylądowałem na spadochronie niedaleko Warszawy, czułem się swobodnie, bez problemów dotarłem na umówione miejsce podmiejską ciuchcią.

Komu pan podlegał w Polsce?
Komendzie Głównej AK i pozostawałem do jej dyspozycji. Skierowano mnie w okolicę Nowogródka, do kompanii partyzanckiej AK. Buszowały tu też partyzantka sowiecka i bandy rabusiów. Walczyły między sobą.

Na czym polegało pana zadanie?
Szkoliłem żołnierzy, uczestniczyłem w operacji oswobodzenia Wilna z rąk Niemców "Ostra Brama".

Jak weszła Armia Czerwona, przystąpiła do likwidacji partyzantki polskiej. Ujawnił się pan?
Skąd! Po wyjściu z puszczy żołnierze AK sami decydowali o swoim losie. Ja od razu skierowałem się w stronę Warszawy. Dotarłem tam po zamarzniętej Wiśle, gdy już Rosjanie zajęli miasto. Ruiny i cisza. Ani jednej żywej duszy, tylko groby. Dlatego uważam, że powstanie warszawskie to była zbrodnia.

Rodzina wiedziała, co się z panem dzieje?
Wiedziała, że jestem gdzieś za granicą. Od czasu do czasu przesyłałem jej paczki. Matka po wojnie wspominała, że któregoś dnia, wracając z kościoła, całą drogę rozmyślała, za co kupi coś do jedzenia. A tu w domu czekała na nią paczka.

Pana pseudonim, Upłaz, coś oznacza?
W gwarze góralskiej to jest łagodny stok górski. Miałem trochę zwariowaną ciotkę, która uwielbiała chodzić po Tatrach i zabierała mnie ze sobą. Z czasem też ogarnęła mnie fascynacja górami. Pseudonim Upłaz był na pamiątkę tych wędrówek.
Chciał pan w 1945 roku wrócić za granicę, bo Polska nie okazała się krainą z marzeń?
Nie, bo nie wiedziałem, czy w Anglii będę mógł studiować, a chciałem zrobić coś dla siebie. Na tej wojence straciłem już parę lat.

Powrót na Śląsk nie był przypadkowy?
Do Chorzowa wrócili moi rodzice, a do Gliwic zjechała kadra profesorska ze Lwowa. Przeniosłem się tam na studia.

Władza rozliczała ludzi z postaw w czasie wojny. Co wiedziała o panu?
Mówiłem, że byłem na robotach przymusowych, podawałem fikcyjną nazwę wsi.

Kiedy pan ujawnił wojenną tożsamość?
Uważałem, że lepiej jak najmniej mówić.

Może dlatego zapomniano o awansach dla pana od 1944 roku?
Mnie awanse nie interesowały. Przeszłości nie rozpamiętuję. Było, minęło.

Polska lubi swoich bohaterów.
Ale ja nie byłem bohaterem. Nie zasłaniałem swoim ciałem wylotu armaty. Podobne działania, do moich, podejmowało tysiące ludzi na wszystkich frontach tej wojny.

Rok temu, w wieku 93 lat, znów skoczył pan ze spadochronem. Coś chciał pan udowodnić?
Podobno na starość ludzie stają się bojaźliwi. Chciałem sprawdzić, czy to prawda. Jak jestem starym prykiem, to może rzeczywiście będę trząść się ze strachu.

I jak było na górze?
Żadnego strachu. Mógłbym co tydzień skakać, gdyby to ode mnie zależało. Skok bojowy był krótki, z wysokości kilkuset metrów, a rok temu skoczyłem z powyżej 2 km, oczywiście w tandemie. Piękna pogoda, wspaniałe widoki, nic tylko wisieć w powietrzu.

Dlaczego nie skakał pan między rokiem 1944 a 2014, na przykład w aeroklubie?
Musiałbym wtedy powiedzieć, gdzie się uczyłem skakać, a tego nie chciałem.

To prawda, że pan wciąż pracuje zawodowo?
Tak, jako główny technolog w firmie chemicznej. Chemia to moja pasja. W kuchni, ku zmartwieniu żony, mam małe laboratorium.

Z perspektywy lat, jak pan ocenia swoją misję?
Znaczyła tyle, co paczka żywnościowa dla mojej rodziny w te wojenne dni.

Teresa Semik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.