Były oficer GROM: Dopóki oddychasz, możesz wszystko!

Czytaj dalej
Anita Czupryn

Były oficer GROM: Dopóki oddychasz, możesz wszystko!

Anita Czupryn

- Płakałem tylko wtedy, gdy byłem na misji i kiedy trumny z poległymi żołnierzami polskimi oraz wojsk koalicji były wnoszone do samolotów. I nigdy się nie poddałem - mówi Krzysztof Puwalski, były oficer GROM, autor książki „Operator 594”.

Kto to jest operator?

Były oficer GROM: Dopóki oddychasz, możesz wszystko!

To żołnierz jednostki specjalnej, który po selekcji, kursie podstawowym oraz kursach specjalistycznych trafia do zespołu bojowego, obejmując w nim określoną funkcję. Ja pełniłem w GROM-ie różne funkcje. Byłem między innymi breacherem, czyli operatorem pirotechnikiem, który odpowiadał między innymi za otwieranie miejsc zamkniętych - wszelkich drzwi, okien, ścian, podczas szturmu na obiekt. Innymi słowy moim zadaniem było robienie przejść dla sekcji bojowej.

Służyłeś 22 lata w siłach specjalnych, w tym 12 lat w GROM. Jak oceniasz ten czas?

Gdybym miał określić go jednym zdaniem, powiedziałbym, że było to spełnienie moich marzeń. Zrealizowałem wszystkie moje życiowe pasje; a kolejne pojawiały się albo odkrywałem je w sobie, gdy w moim życiu otwierały się nowe drzwi. Tak było ze strzelectwem czy ze spadochroniarstwem - uwielbiałem skoki spadochronowe; kochałem tę prędkość opadania, zanim jeszcze otworzy się czasza spadochronu. Przyjemność sprawiała mi jazda motorem crossowym. Pociągały mnie wszystkie te dyscypliny, które dawały mi adrenalinę. Ale też zupełnie niespodziewanie odkryłem, jak wiele przyjemności sprawiają mi umiejętności komunikacyjne, które rozwinąłem po odejściu z zespołu bojowego. Trafiłem wówczas do grupy rozpoznania taktycznego, okazało się, że świetnie czułem się w działaniach zbliżonych do wywiadowczych.

Cofnijmy się do Zbójna, gdzie przeżyłeś dzieciństwo i młodość.
Na przełomie lat 80. i 90. w takich małych miejscowościach nie było co robić. Szaro kojarzą mi się tamte lata. W sklepach pustki; ocet i chleb, a i to nie zawsze. Odkryłem wtedy wiejską bibliotekę. Kolorowe książki, fajne czasopisma. To był świat, który mnie pochłonął. Cały wolny czas spędzałem wtedy w tamtym miejscu.

Pewnego razu w bibliotece zobaczyłeś czasopismo „Żołnierz Polski”, a na okładce zdjęcie komandosa w bordowym berecie.

To zdjęcie rozpaliło we mnie wielkie pragnienie. Pomyślałem, że ja też chcę być komandosem. Od tego się zaczęło. Myślałem o tym bez przerwy. Nawet rysunki z tamtego okresu, a całkiem nieźle wtedy rysowałem, zwłaszcza rycerzy czy wojowników, przedstawiały mnie - dorosłego już faceta jako komandosa.

Komandos uosabiał te ideały, które były Ci bliskie. Może dlatego, że miałeś bazę. Tą bazą była Twoja rodzina - bardzo ciekawie piszesz o silnych i wytrwałych dziadkach, o mądrych rodzicach, zaradnej siostrze i zasadach, jakie Ci wpojono.

To było dla mnie bardzo ważne. Historie moich dziadków, ale też jeszcze wcześniej pradziadków, z których jeden walczył u boku Piłsudskiego, służąc w Legionach; drugi 5 lat spędził w carskim wojsku na Syberii, a po powrocie do domu, w wieku trzydziestu kilku lat zmarł, wyczerpany. Moja mama, bardzo silna kobieta, pokazała mi, że w życiu liczy się to, aby żyć dla innych, nie tylko dla siebie. Kiedy dziś patrzę na drogę mojego życia, myślę sobie, że to jej spojrzenie odcisnęło na mnie największy ślad. Z kolei ojciec - bardzo honorowy człowiek; honor stawiał zawsze na pierwszym miejscu. Bardzo mi to imponowało. Słowem- mam powody do dumy.

Były oficer GROM: Dopóki oddychasz, możesz wszystko!

W młodości nie byłeś ideałem. Ciągle jakieś bijatyki. Co takiego jest w pokrwawionych twarzach, poszarpanych ubraniach, bliznach, ranach?

W czasie, kiedy byłem nastolatkiem, w wieku 16-17 lat, my, chłopaki, mieliśmy swoje małe ojczyzny - były nimi nasze małe miejscowości. Gdy jechaliśmy na jakąś imprezę do sąsiedniej wsi i ktoś z naszej ekipy został skrzywdzony, to stawało się powodem do walki i w takich walkach wielokrotnie brałem udział. Takie były czasy, że ostro się walczyło.

Potem przyszły niełatwe czasy w wojsku...

Kiedy trafiłem do wojska, byłem strasznym bałaganiarzem. Jednostka podzielona była na rejony, każdy młody żołnierz miał przydzielony swój rejon do sprzątania. Wiadomo, że dla młodych były to najgorsze rejony, na przykład toalety. Sprzątnąłem raz toaletę, ale widocznie zrobiłem to tak sobie, bo podoficer dyżurny kazał mi ją sprzątać do rana za pomocą żyletki. Tą żyletką musiałem wyskrobać każdy brudek, łącznie z brudem na lustrze.

Tak kształtowało się wtedy w wojsku charakter przyszłego żołnierza zawodowego?

Dzisiaj często krytykuje się te metody, których używało się kiedyś.

„Ciągle w pędzie, ciągle biegiem” - piszesz w książce.

Albo ciągle krzyk. Albo dostawało się stary sprzęt, strasznie niewygodny, który uwierał w każdym możliwym miejscu ciała. Tylko, że kiedy oglądam filmy o amerykańskich siłach specjalnych, na przykład Navy SEALs, to tego rodzaju metody ciągle u nich funkcjonują. Kiedy do armii przychodzi młody chłopak czy dziewczyna, chodzi o to, aby kompletnie zburzyć ich wyobrażenia i po to aplikuje się im właśnie coś takiego. Jeśli wytrzymają - to dopiero wtedy można ich na nowo budować jako żołnierzy. W GROM też tak było; kurs podstawowy burzył dotychczasowe przekonania adeptów i budował je od nowa.

To były mordercze treningi...

Mordercze treningi, brudne mundury, wyciągane z zapyziałej piwnicy. Ale pamiętam również, jak byłem wtedy dumny, że mogłem ten mundur włożyć.

Bo to był mundur żołnierza z Lublińca?

To był mundur wojsk powietrzno-desantowych, z lat 90., tak zwany deszczyk.

Niezwykle plastycznie i emocjonalnie opisujesz pierwszą selekcję i wysiłek, jaki trzeba było włożyć w marszobieg z pełnym oporządzeniem na dystansie 60 kilometrów. 10 lat później jesteś w Bieszczadach na kolejnej selekcji, już do GROM-u. Czym te dwie selekcje się od siebie różniły?

Do tej pierwszej selekcji byłem kompletnie nieprzygotowany. Miałem za małe buty, niewygodny mundur, siermiężne wyposażenie, które uwierało przy każdym kroku. Ale miałem w sobie takie zaparcie, taką determinację, że po prostu biegłem, nie bardzo nawet wiedząc, dokąd biegnę. To był morderczy bieg. Pamiętam, że kiedy dobiegłem do mety, na szczyt wzniesienia, okazało się, że to nie jest koniec, bo trzeba jeszcze odpowiadać na pytania. Byłem jak w transie. Jedno z pytań pamiętam do dziś. Brzmiało: „Czy poświęciłbyś swoją rodzinę dla wykonania zadania?”.

Poświęciłbyś?

To było straszne pytanie. Nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć. W końcu odpowiedziałem: „Nie”. Pomyślałem, że odpowiem, jak czuję, nawet gdybym miał przez to odpaść z selekcji.

Nie odpadłeś. A selekcja w Bieszczadach?

Podczas tamtej pierwszej selekcji byłem jeszcze chłopakiem. Podczas selekcji do GROM byłem już ukształtowanym mężczyzną, z doświadczeniem. Już po wyczerpujących szkoleniach w jednostce w Lublińcu, po misji w Iraku. Ale selekcja do GROM i tak była niewyobrażalnie, potwornie ciężka. Trwała 6 dni, prócz egzaminów sprawnościowych, wysokościowych i testów psychologicznych. 6 dni walki z samym sobą. Las, noc, zima. Kompas, latareczka i mapa. Idziesz i nie wiesz, czy dobrze idziesz. Masz tylko swoją głowę, umysł i psychikę, która podpowiada ci różne rzeczy. I musisz sobie samemu zaufać.

Zanim trafiłeś do GROM, to zdarzyło się całe mnóstwo innych sytuacji i zadań specjalnych, które otrzymywałeś, służąc w jednostce w Lublińcu. Ciekawe było porwanie, jakiego musiałeś dokonać i uczyniłeś to, grając rolę księdza. Jak to było?

Zadania w latach 90. w jednostkach specjalnych były zupełnie innego rodzaju niż dzisiaj. Nie mieliśmy takich sztywnych procedur. Dziś wszystko jest poukładane; każde zadanie ma procedury, żeby wiadomo było, co i jak zrobić. Oczywiście zawsze zostaje element kreatywności, bo bez tego zadanie nie zostałoby wykonane, ale w tamtym czasie, mam wrażenie, mieliśmy dużo więcej swobody. Dziś spotykam się z krytyką tamtych lat, że wtedy był bałagan, ale ja patrzę na to inaczej. Kiedy otrzymałem zadanie porwania człowieka z jego domu, dostałem tylko jego zdjęcie i współrzędne miejsca zamieszkania; nic więcej. I termin, kiedy mam to zrobić - określony dzień, ale bez wyszczególnienia, czy ma to być rano, czy po południu. O tym sam miałem zdecydować, podobnie, jak miałem wybrać, w jaki sposób to zrobię. Takie nietypowe zadania wymuszały na nas kreatywne myślenie. Dzięki temu, że na kompanii znalazła się sutanna, bo brat jednego z kolegów był zakonnikiem, mogłem wcielić się w księdza. Nie będę opowiadać szczegółów, bo myślę, że warto samemu o tym przeczytać, ale kiedy wszedłem do domu człowieka, którego miałem porwać, zrobiłem oszałamiające wrażenie na jego żonie, która natychmiast mnie - jako osobie duchownej - zaufała. I o to właśnie chodzi - żeby nie ufać pozorom.

Kolejnym rozdziałem w Twoim życiu był 2003 rok i wojna w Iraku, kiedy uratowałeś życie generała Andrzeja Tyszkiewicza, dosłownie wynosząc go ze strefy śmierci w Karbali.

Przez wiele lat w ogóle o tym nie mówiłem. Po prostu wykonałem swoją robotę - moim zadaniem była ochrona generała. Ale uwierz mi, on mógł w jednej sekundzie zginąć. Wyobraź sobie - wchodzimy w strefę, gdzie wcześniej ginie pułkownik amerykański i dwóch jego żołnierzy. Zaczyna się potężna ofensywa, przyjechało mnóstwo amerykańskiego wojska. W ostatniej sekundzie wyprowadziłem generała ze strefy śmierci, o czym on nawet nie zdawał sobie sprawy.

Wrzuciłeś generała do hummera?

To był teamwork z moim kolegą „Zwierzakiem”. On zauważył coś niepokojącego, przekazał mi informację, że w oknach budynku pojawili się mężczyźni z wycelowaną w nas bronią. Błyskawicznie oceniłem sytuację i wiedziałem, że muszę zrobić to teraz. I wrzuciłem generała do samochodu. Szybka decyzja uratowała mu życie.

Przywołujesz tu takie powiedzenie, że przyjście na czas może oznaczać, że przyszedłeś za późno.

To było powiedzenie jednego ze snajperów z GROM-u, „Dziadka” - jeśli jesteś na czas, to oznacza, że już jesteś spóźniony.

Wezmę to sobie do serca. Dlaczego starałeś się o przyjęcie do GROM? Dlaczego Ci na tym zależało? Przecież byłeś już tym wymarzonym komandosem.

Owszem, w jednostce w Lublińcu byliśmy naprawdę nieźle wyszkoleni. Ale w Iraku spotkałem dwóch żołnierzy GROM, „Navala” i „Janka”. Spędziłem z nimi pięć dni. Obserwowałem ich. Widziałem, jak się poruszają z bronią, co sobą reprezentują. Byli imponujący. Dla mnie to był top. Wtedy postanowiłem, że ja też chcę, że muszę się dostać do GROM.

I przyszła jesień 2004 roku.

Selekcja do GROM. To był mój główny cel. Przygotowania do niej trwały długo. A potem walka o każdą sekundę, o każde podciągnięcie, o zwycięstwo na macie.

Były oficer GROM: Dopóki oddychasz, możesz wszystko!

Twój opis tej selekcji jest naprawdę niesamowity. Morderczy wysiłek. Ostatnie metry. Walka do końca. Zdobywanie szczytu na czworakach. I konkluzja, która ma moc budzenia świadomości: „Dopóki oddychasz, możesz wszystko”. Wtedy to poczułeś?

Dokładnie. Pamiętam, jak biegłem wówczas te 3 tysiące metrów. Biegałem nieźle, byłem wysportowany, wytrzymały, ale kiedy zszedłem z maty, z sali walki wręcz i stanąłem na bieżni, to naprawdę uginały mi się nogi. To były najgorsze 3 tysiące metrów w moim życiu. Walczyłem o każdą sekundę, bo wiedziałem jedno: musiałem się zmieścić w 12 minutach. Wcześniej to nie było dla mnie jakieś wielkie wyzwanie. Ale wtedy było.

Nie przestajesz na tym, co zdobyłeś, idziesz wyżej, zmieniasz miejsca, zmieniasz dekoracje i nagle jest ośrodek Bystre w Baligrodzie, skąd wyruszasz po kolejne swoje marzenia.

Po zaliczeniu wspinaczki na drabince speleo w Warszawie otrzymaliśmy tabliczki z numerami i współrzędne, zgodnie z którymi mieliśmy zjawić się w danym miejscu następnego dnia. Wsiedliśmy, do naszych prywatnych samochodów i całą noc jechaliśmy na miejsce.

Ze wzruszeniem czytałam ten moment, kiedy już po selekcji instruktorzy zaprosili was na grilla. Wtedy to oni nalewali wam grochówkę, to oni otwierali wam piwo. Bardzo symboliczny moment.

Też byłem wtedy wzruszony. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z tym, że instruktorzy, którzy przez sześć dni nas „dojeżdżali”, ostatniego dnia, kiedy okazało się, że nie odpadliśmy, że jesteśmy już po rozmowach z dowódcą jednostki, zapraszają nas na grilla, przyjmują z honorami i nagle jesteśmy dla nich równorzędnymi partnerami, kumplami. Podchodzą do nas, rozmawiają, śmiejemy się. A wraz z tym wszystkim odczuwamy ich wielki do nas szacunek. Pomyślałem sobie: „Kurczę, jestem właśnie w tym miejscu, w którym chciałem być”. To było niewiarygodne uczucie. Później, kiedy byłem już w zespole bojowym i sam jeździłem na selekcje jako instruktor, zachowywałem się identycznie wobec tych, którzy przeszli selekcję. Taki był zwyczaj w GROM. Ale też z wielkim szacunkiem traktowaliśmy i te osoby, które odpadły podczas selekcji. Tak było, tak jest i mam nadzieję, że tak będzie.

Wygląda, jakbyś szedł jak burza: kolejne poprzeczki, zadania, żadnej przegranej, same zwycięstwa. Nie miałeś takiego momentu, kiedy pękłeś, nie wytrzymałeś, kiedy pociekły ci łzy?

Płakałem tylko wtedy, gdy byłem na misji i kiedy trumny z poległymi żołnierzami polskimi oraz wojsk koalicji były z ceremoniałem wojskowym wnoszone do samolotów. Nigdy więcej. I nigdy się nie poddałem. Żołnierze GROM-u nie szkolą się po to, żeby przegrywać. Uczymy się walczyć po to, żeby zwyciężać.

Dlatego w GROM selekcja nigdy się nie kończy?

Właśnie. Praca trwa cały czas. Cały czas pracujemy nad sobą. Może to górnolotnie brzmi, ale wcale takie nie jest. Współpracując ze sobą, musimy sobie ufać. Pomagać sobie nawzajem. Pilnować się. Jeżeli ktoś zaczyna odstawać - sam podejmuje decyzję o odejściu.

Jeden z rozdziałów książki poświęciłeś generałowi Sławomirowi Petelickiemu, twórcy GROM-u. Kim był dla Ciebie?

Miałem przyjemność widzieć pana generała w swoim życiu kilka razy, ale ten najważniejszy raz, kiedy go poznałem, to było zaraz po kursie podstawowym, kiedy zaprosiliśmy pana generała na uroczystą kolację. Wszędzie, gdzie generał Petelicki się pojawiał, wydawało się, że wraz z nim szedł blask. Cała jego sylwetka jaśniała. Wszyscy to zauważaliśmy. To było niesamowite, podobnie jak jego do nas serdeczność. Ryngraf, który od niego dostałem, z jego podpisem, wisi u nas na ścianie i jest traktowany nieomal jak święty Graal.

Za pomoc w napisaniu książki i za inspirację dziękujesz córce generała - Dominice Petelickiej. Czy, gdy byłeś żołnierzem GROM, przeszło Ci przez głowę, że kiedyś będziesz jej partnerem, towarzyszem życia?

Powiem prawdę: wtedy nie wiedziałem nawet, że generał ma taką wspaniałą córkę. Poznałem Dominikę w momencie, kiedy już odchodziłem z jednostki; zaprosiłem ją na moje pożegnanie. Ważne było dla mnie, aby była na tej mojej imprezie, jej obecność traktowałem symbolicznie - odchodzę z GROM-u, na pożegnaniu jest córka twórcy GROM. I tyle. Musiał minąć kolejny rok, zanim znów się spotkaliśmy i zanim nasze dusze się rozpoznały.

Piękna i romantyczna historia! Przypomnę, że książkę zadedykowałeś wszystkim, którzy nie boją się walczyć o swoje marzenia. Twoim zdaniem to, o czym marzymy, jest po drugiej stronie strachu?

Warto w życiu być odważnym; warto walczyć o swoje. Wszystko to, co chcemy osiągnąć, czeka na nas po drugiej stronie strachu. Jeśli ten strach przezwyciężymy; jeśli pokonamy go w sobie, wyjdziemy z własnej strefy komfortu, to osiągniemy wszystko, czego pragniemy.

Anita Czupryn

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.