Tomasz Borówka

Cesarz Wilhelm II w Pszczynie. Wielka Wojna i śląski mały Berlin [INTERAKTYWNE ZDJĘCIA,MAPA]

Cesarz Wilhelm II w Pszczynie. Wielka Wojna i śląski mały Berlin [INTERAKTYWNE ZDJĘCIA,MAPA] Fot. Muzeum Zamkowe w Pszczynie
Tomasz Borówka

Pszczyna w latach pierwszej wojny światowej stała się mózgiem wielkiego mocarstwa. To tu zapadały decyzje mające wpływ na losy świata.

Co sprawiło, że podczas pierwszej wojny światowej, Wielką Wojną wówczas zwanej, cesarz Wilhelm II, niemiecki Najwyższy Pan Wojny, to Pszczynę właśnie upatrzył sobie na główną kwaterę swoją i swoich najwyższych sztabów? Zdecydowały dwa czynniki: układy towarzyskie i geografia. Kajzer, tytułujący się między innymi suwerenem i wielkim księciem Śląska oraz hrabstwa kłodzkiego, jeszcze przed wybuchem wojny bywał częstym w Pszczynie gościem. Moc przyciągania miała tu i bajeczna fortuna księcia Hansa Heinricha XV Hochberg, księcia von Pless, jedna z pierwszych w Rzeszy, jak i jego słynne w całej Europie żubry oraz oczywiście angielska żona Daisy, arystokratyczna piękność nie mniej w świecie wyższych sfer uznana. Na to, czy Daisy romansowała z cesarzem, dowodów nie ma, aczkolwiek pikantne plotki na ten temat krążyły, przyczyniając się do późniejszego rozbicia jej małżeństwa. Wilhelmowi, wnukowi brytyjskiej królowej Wiktorii, snobistyczne „kuzynostwo” z drugiej strony Morza Północnego zawsze imponowało – i swym stylem bycia, i potęgą imperium, na straży którego stała najpotężniejsza w świecie flota (sam więc zabrał się za budowę podobnej). Także więc i w wojennych latach Daisy widywała się w Pszczynie z Kajzerem, wyjątkowo wobec niej przy tych okazjach szarmanckim. 

Pszczyna miała dla cesarza i najwyższych dowódców jego armii zaletę jeszcze jedną: leżała w pobliżu Cieszyna. A to w Cieszynie właśnie ulokował się sztab armii austriackiej, który wobec sukcesów Rosjan w Galicji musiał jak niepyszny ewakuować się z zagrożonej twierdzy Przemyśl. Wybór na Cieszyn padł z kolei dlatego, że księciem cieszyńskim był głównodowodzący armii Austro-Węgier, arcyksiążę Fryderyk Habsburg. Skądinąd rezydujący nad Olzą cesarsko-królewscy sztabowcy bulwersowali konserwatywnych i zasadniczych cieszyniaków. Pół biedy byłoby jeszcze, gdyby panowie oficerowie sprowadzali sobie do swych wygodnych willi żony – ale, o zgrozo, sprowadzali panienki. Co gorsza, przykład szedł z samej góry, bo sam szef sztabu, gen. Franz Conrad von Hötzendorff, gościł w Cieszynie kochankę, Ginę von Reininghaus. Ta swoboda obyczajów oburzała także i odkomenderowanych do austriackiego sztabu bądź odwiedzających go sojuszników. 

Zmotoryzowany generał 

Jako że z Pszczyny miał niedaleko, częstym gościem Conrada był szef niemieckiego Sztabu Generalnego, Erich von Falkenhayn. A zajeżdżał nowocześnie – w osobiście kierowanym automobilu, z goglami na oczach i szalikiem na szyi, paląc przy tym wielkie cygaro. Pokrytego szosowym kurzem Falkenhayna pedantyczny Conrad witał w perfekcyjnie zadbanym mundurze. Zresztą obaj szefowie sztabów i tak różnili się zasadniczo, począwszy od postury, poprzez sposób wyrażania się w mowie i piśmie, skończywszy na stosunku do zdobyczy techniki. Austriak zwykł pisywać wysmakowane stylistycznie listy, od telefonu zaś stronił. Stanowczo preferował bezpośrednie kontakty i stąd nieraz odwiedzał Pszczynę, mimo iż Niemców – którzy w miarę trwania wojny coraz bardziej wtrącali mu się do dowodzenia – szczerze nie cierpiał. Tak było w trakcie planowania decydującej bitwy pod Gorlicami, która miała wstrząsnąć frontem wschodnim i zadać armii rosyjskiej cios, po którym ta już by się nie pozbierała. 22 maja 1915 roku z okazji wielkiego sukcesu odniesionego w tej bitwie strzelały w Pszczynie korki od szampana, gdy podczas uroczystej i suto zakrapianej kolacji Kajzer ogłosił mianowanie feldmarszałkiem zwycięskiego generała, Augusta von Mackensena. 

W latach wojny w mieście roiło się od oficerów różnych stopni i wszelkich broni, adiutantów (był wśród nich Ślązak, hrabia Nikolaus zu Dohna-Schlodien, wcześniej dowódca słynnego zamaskowanego rajdera „Möve”), ordynansów, gwardzistów i całego mrowia żołnierzy nieprzeliczonych specjalności, bez których pracy nie mogłyby funkcjonować wielkie sztaby. Cesarzowi towarzyszyli też, bądź przybywali doń, ministrowie i inni urzędnicy państwowi. Nic więc dziwnego, że miasto dorobiło się miana „małego Berlina”. 
Do dyspozycji sztabowców oddano Paleję. Owa nieco dziwnie w obcym uchu brzmiąca nazwa pochodzi od „Palais” – miana siedziby Generalnej Dyrekcji Dóbr Książęcych. Budynek jej, wówczas na wskroś nowoczesny, dziś określilibyśmy biurowcem. Okazał się idealny na potrzeby wojskowych planistów i strategów. To właśnie stamtąd dowodził Falkenhayn, a później (gdy Falkenhayn pożegnał się ze stanowiskiem po tym, jak zawiódł pod Verdun jego plan wygrania wojny) sławny marszałek Paul von Beneckendorff von Hindenburg i generał Erich Ludendorff. Każdego ranka rytualnie wręcz udawali się na zamek, gdzie rezydował cesarz Wilhelm, by zdawać mu raporty z położenia na frontach. On sam też zresztą do Palei zaglądał. 

Cesarz i admirał 

Kajzer przyjmował na zamku licznych gości. Znajdowały się wśród nich gwiazdy pierwszej politycznej wielkości, jak np. bułgarski car Ferdynand czy Enver Pasza, faktyczny dyktator Turcji. Na ogół jednak były to spotkania robocze z najwyższymi stopniem oficerami, którzy zjeżdżali do Pszczyny z wszystkich frontów i okupowanych przez Niemcy terytoriów oraz z samej Rzeszy. Swe częste wizyty u cesarza w Pszczynie wspominał admirał Reinhard Scheer, dowódca Hochseeflotte (czyli głównych sił floty niemieckiej, w której zgrupowane były nowoczesne pancerniki i wielkie krążowniki), który pod koniec wojny stanął na czele całej Cesarskiej Marynarki. 3 września 1916 Scheer uczestniczył w obradach mających na celu rozstrzygnąć, czy niemieckie U-Booty powinny rozpocząć nieograniczoną wojnę podwodną. Wówczas jeszcze nie zdecydowano się sięgać po ten ryzykowny (bo grożący rozdrażnieniem Stanów Zjednoczonych) środek prowadzenia wojny. Innym razem rozeźlony Kajzer wezwał Scheera do Pszczyny na dywanik. W listopadzie 1916 brytyjski okręt podwodny storpedował dwa niemieckie pancerniki. Szczęściem dla Scheera oba zostały tylko uszkodzone, ale admirał i tak musiał tłumaczyć się przed Wilhelmem II, dlaczego wystawiono na niebezpieczeństwo cenne okręty. Odetchnął pewno z ulgą, gdy przekonał się, że cesarz przyjmuje do wiadomości jego argumenty. Ale nawiasem mówiąc, można było się tego spodziewać, gdyż Wilhelm II cenił Scheera, który kilka miesięcy wcześniej w wielkiej bitwie morskiej pod Skagerrakiem nie dość, że wyprowadził swą flotę z groźnego położenia bez większych strat, to jeszcze sam srodze poszczerbił Anglików. Oczywiście to w Pszczynie zameldowano Wilhelmowi II o sukcesie „Zwycięzcy spod Skagerraku” (jak odtąd zwano Scheera w Niemczech). Uradowany Kajzer czym prędzej wyjechał do Wilhelmshaven, by wraz ze swoją Marynarką świętować największy triumf w jej historii. 

Poruszaj linią pośrodku zdjęcia i zobacz sypialnię cesarza dawniej i dziś




Czerwony Baron poluje 

Gośćmi w Pszczynie bywali również wojacy niższych rang, za to szeroko znani, dziś powiedzielibyśmy: celebryci. Byli to bohaterowie wojenni słynni na całe Niemcy (a nieraz Europę czy wręcz świat), jak np. Ślązak Manfred von Richthofen, as powietrzny z rekordową ilością zestrzelonych nieprzyjacielskich samolotów na koncie, Czerwonym Baronem zwany (odkąd polecił na ten kolor pomalować swój groźny myśliwiec). Cesarz wielu z nich zapraszał do Pszczyny i osobiście dekorował najwyższymi odznaczeniami, z Pour le Merite (potocznie Błękitnym Maksem zwanym) włącznie. Von Richthofena 26 maja 1917 spotkał zaszczyt wyjątkowy: oto książę Hochberg zaprosił go na łowy w pszczyńskich lasach. I było to polowanie nie byle jakie – bo na żubra! 

„Dzięki łaskawości Jego Książęcej Wysokości pozwolono mi na odstrzelenie jednego z tych rzadkich zwierząt” – wspominał z widoczną satysfakcją Richthofen. Polowanie na nieszczęsnych przedstawicieli ginącego gatunku dostarczyło mu podobnych emocji co walka powietrzna. Amatorem polowań na pszczyńskie żubry był i Hindenburg, który Richthofenowi udzielał fachowych w tej dziedzinie porad: „Niech pan zabierze ze sobą sporo naboi. Ja na swojego żubra zużyłem ich pół tuzina, bo to zwierzę łatwo nie umiera”. Ale królowi powietrznych myśliwych wystarczyły trzy pociągnięcia za spust. Po zakończeniu polowania odwiedził jeszcze pałacyk w Promnicach, którym się zachwycił. Największe jednak wrażenie zrobił na nim książęcy zwierzyniec, o którym we wspomnieniach (zdążył je napisać, nim poległ w kwietniu 1918) opowiada z niekłamaną fascynacją. 

Poruszaj linią pośrodku zdjęcia i zobacz gabinet cesarza dawniej i dziś




Decyzje na miarę historii XX wieku 

„Rozkazuję wszcząć nieograniczoną wojnę podwodną z dniem 1 lutego i prowadzić ją z największą energią. Wilhelm J.R.” Dokument o tym brzmieniu cesarz podpisał po Radzie Koronnej na pszczyńskim zamku, zwołanej 9 stycznia 1917, podejmując ostateczną decyzję o rozpoczęciu nieograniczonej wojny podwodnej (innymi słowy, udzielając swym U-Bootom zezwolenia na zatapianie praktycznie wszystkiego, co tylko napotkają na Atlantyku). Wilhelm II przychylił się do argumentacji tych wojskowych i polityków, którzy byli zdania, że wystarczy pół roku, a jego podwodniacy rzucą Imperium Brytyjskie na kolana. „Gwarantuję słowem honoru oficera marynarki, że żaden Amerykanin nie postawi stopy na kontynencie!” – zapewnił go przecież admirał Henning von Holtzendorff. Wśród dowódców Armii i Marynarki panowało przekonanie, że Amerykanie nie od razu przystąpią do wojny, zaś nawet gdy to w końcu nastąpi, to efekty i tak nie będą natychmiastowe. Nim Stany zdołają przerzucić swe wojska do Europy – kalkulowali – wynik wojny będzie już rozstrzygnięty na korzyść Niemiec. W dodatku umyślono dać Stanom Zjednoczonym zajęcie po ich własnej stronie Wielkiej Wody, zachęcając do wystąpienia przeciwko nim Meksyk. Tymczasem jednak Brytyjczycy odczytali zaszyfrowaną depeszę dyplomatyczną do ambasadora w Meksyku, któremu polecono zaproponować temu krajowi sojusz z Niemcami. Ten tzw. Telegram Zimmermanna przekazali Amerykanom, ci zaś wpadli w furię. Po kilku tygodniach byli już w stanie wojny z Niemcami. Taka to wielka, międzynarodowa afera, który wpłynęła na historię całego świata, poczęła się w Pszczynie! 

Podczas pierwszej wojny światowej Pszczyna zapisała się również w historii Polski. To tam postanowiono o proklamowaniu Manifestu Dwóch Cesarzy, zwanego też Aktem 5 Listopada. „Gdy utracono nadzieję pokoju odrębnego z carem – pisze międzywojenny historyk (i polityk) Marian Kukiel – zapadła w Pszczynie ostateczna decyzja ogłoszenia Królestwa jako osobnego państwa”. Niemcy i Austro-Węgry nie z miłości do Polaków to uczyniły, lecz z myślą o pół milionie polskich rekrutów. Chcąc nie chcąc, zrobiono jednak w Pszczynie pierwszy krok ku wskrzeszeniu Polski.

Zdjęcia pochodzą z Muzeum Zamkowego w Pszczynie

Tomasz Borówka

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

cirano

... a może mała Wszawa? No nie przesadzajmy.
Piękny zamek i skromne miasteczko jeszcze Berlina nie czynią.

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.