Chrześcijanie na wygnaniu. Tak wygląda Boże Narodzenie w cieniu wojny

Czytaj dalej
Fot. Fot. W. Wojtkielewicz
Katarzyna Rodacka

Chrześcijanie na wygnaniu. Tak wygląda Boże Narodzenie w cieniu wojny

Katarzyna Rodacka

Od lat powtarzamy te same rytuały. W wigilijny poranek ubieramy choinkę, wieczorem znajdujemy pod nią prezenty, notorycznie przypadkowo rozbijamy wiszące na niej bańki. Święta to często czas domowej sielanki. Nie dla wszystkich - na świecie prawie 80 milionów osób musiało uciekać ze swojego domu przed wojną, dyskryminacją czy przemocą, inni pozostali u siebie i starają się przeżyć święta w cieniu wojny. Wśród tych osób jest także wielu chrześcijan. Jak wygląda ich Boże Narodzenie?

Choinka w Aleppo

Choinka w Aleppo kosztuje w tym roku 50 dolarów. Jest początek grudnia, termometr wskazuje 10 stopni na plusie. Miesięczna pensja wynosi 25 dolarów, a latarnie palą się rzadko. Drzewko jest zbyt drogie, by sobie na nie pozwolić. Temperatura zbyt niska, by czuć się dobrze w nieogrzewanym domu. Pensja zbyt kiepska, by starczyło na prezenty. Jest początek grudnia i w Aleppo wcale nie czuć świątecznych przygotowań. Przed wojną, w dzielnicach chrześcijańskich w okresie świątecznym domy były udekorowane światełkami i ozdobami. Dziś ulice są ciemne.

Ola i Carla nie wyjechały za granicę. Zostały w rodzinnym Aleppo. Pracują w Hope Center Syria - organizacji, której celem jest m.in. pomoc w stworzeniu nowych miejsc pracy mieszkańcom. W swoim biurze do pracy korzystają z generatorów prądu. Prąd to towar deficytowy w Aleppo. „Zazwyczaj dostępny jest tylko przez 2, maksymalnie 3 godziny w ciągu dnia, nigdy jednak nie wiadomo wcześniej kiedy będzie można z niego skorzystać. Czasem zdarza się, że włącza się, kiedy ludzie są w mieście - wracają wtedy szybko do domu, by nastawić pranie czy podładować telefony. Mieszkańcy Aleppo organizują sobie życie według czasu dostaw prądu. - My za swoje generatory płacimy bardzo wysokie rachunki - wyjaśnia Ola.

Sytuacja tutaj nie jest stabilna. Pod względem bezpieczeństwa nie jest źle. Mieszkańcy cierpią przede wszystkim z powodu sytuacji ekonomicznej i braku elektryczności. Ze względu na sankcje brakuje pewnych produktów. Wszystko podrożało. Przez kryzys ekonomiczny w którym jesteśmy i spadek wartości pieniądza, ludzie nie są w stanie zapewnić sobie podstawowych produktów - mówi Carla.

Chleb kosztuje dwa dolary.

Choinka na Lesbos

- W Mitilini oczywiście stanie w centrum choinka. Ale Grecy nie pozwolą nam obchodzić tych świąt razem z nimi - żali się Mariam. - Jesteśmy uchodźcami, Grecy nie patrzą przychylnie na to, że ktoś z nas chciałby razem z nimi brać udział w obchodach religijnych. Poszłam kiedyś do greckiego kościoła, stanęłam na mszy z tyłu. Ktoś kto stał obok powiedział mi, że nie mam prawa tu być - dodaje.

Mariam pochodzi z Iranu, ze względów politycznych musiała jednak z niego uciekać. Wędrując przez Turcję, trafiła do Morii - obozu dla uchodźców na greckiej wyspie Lesbos, który spłonął we wrześniu tego roku. Mieszkali tam rok - zimą i latem w namiocie. Przez cały ten rok nikt nic nie zrobił w ich sprawie. Mariam rok temu razem z mężem wyprowadziła się z obozowego namiotu do niewielkiej sutereny w Mitilini, miasteczku położonym 5 minut drogi od Morii. Powód? Napaść, która jej się tam przydarzyła oraz brak poczucia bezpieczeństwa w obozie. Mariam wraz z mężem, również Irańczykiem, porzuciła islam na rzecz chrześcijaństwa - taka konwersja nierzadko kończy się zerwaniem stosunków przez resztę rodziny, a często także spotyka z otwartą wrogością, nawet ze strony obcych.

Islam uznaje chrześcijan jako jeden z ludów Księgi - nie są oni traktowani jak poganie, ale ze względu na Biblię, której należy się szacunek i która ma specjalne znaczenie, chrześcijanie (a także żydzi, którzy posiadają Torę) wyróżnieni są na tle innych nie muzułmanów i traktowani są według założeń islamu z szacunkiem. W samym Iranie mieszka między pół miliona a milion chrześcijan i obie religie - islam oraz chrześcijaństwo - mają wiele punktów wspólnych, m.in. uznają tych samych proroków. Zabroniona jest jednak konwersja z islamu na chrześcijaństwo i według niektórych muzułmanów osoby jej dokonujące powinny zostać potępione.

Kiedy pewnego dnia Mariam poszła do łazienki, czekały tam na nią cztery osoby. Zwyzywały ją, uderzyły oraz zerwały z szyi łańcuszek z krzyżykiem. Poszła do lekarza, oprócz opatrunków poprosiła o pomoc. Usłyszała, że personel obozu nie może mieszać się w wewnętrzne problemy mieszkańców. Przestała wychodzić na zewnątrz. Wynajęli mieszkanie w Mitilinii, za które płacą 150 euro miesięcznie. To duża kwota, więc zaprosili jeszcze jedną rodzinę, by zamieszkała z nimi. W ten sposób żyją w piątkę w jednym pokoju. Wychodzi taniej - to istotne, ponieważ opuszczając dobrowolnie obóz, Mariam z mężem przestali otrzymywać wsparcie finansowe od rządu.

Do Iranu wrócić nie mogą. Utknęli w Mitilini.

Ostatnie prawdziwe święta

Mariam opowiada, że w Mitilini znajduje się ich własny kościół. Zanim wybuchła pandemia, Irańczycy z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, którzy są chrześcijanami i którzy czasem spędzali wakacje na Lesbos, organizowali tu msze święte po persku. W zeszłym roku wspólnota tego kościoła zorganizowała nawet kolację wigilijną. - Zrzutka wynosiła po euro od osoby - to był spory wydatek. W tym roku jednak chyba nic takiego nie zostanie zorganizowane. Naprawdę nie mamy możliwości, by cokolwiek przygotować. Po prostu pod wieczór pomodlimy się razem. Poczytamy Biblię. Tyle. Ze względu na obostrzenia sanitarne, nie możemy iść na mszę. Zresztą nawet jeśli nie byłoby pandemii, to i tak Grecy nie pozwoliliby nam wejść do kościoła - dodaje zdenerwowana.

W Aleppo obecnie koszt świątecznej kolacji wynosi około 25 dolarów na rodzinę. Od kilku lat wszyscy spędzają święta w gronie tylko tych najbliższych. Sporym wyzwaniem jest kupno prezentów. - Zabawki są dziś bardzo drogie, więc prezenty są proste, zwykłe. Dzieci i tak od rana czekają na upominki. One naprawdę nie bardzo rozumieją, dlaczego to wszystko wygląda inaczej niż kiedyś. - dodaje Ola. Na pasterkę idą raczej młodzi. W nocy nie ma świateł, ulice są ciemne, więc starsi nie chcą ryzykować i idą na mszę następnego dnia. W tym roku sprawę utrudnia jeszcze pandemia.

Bożonarodzeniową syryjską tradycją były też rodzinne odwiedziny. - Braliśmy ze sobą coś do jedzenia, gospodarze także przygotowywali poczęstunek. Dzisiaj już nikt nie chodzi w odwiedziny, żeby nie wprawić rodziny w zakłopotanie, że nie mają czym poczęstować gości. Poza tym wiele osób, które można było odwiedzić wyemigrowało - tłumaczy Carla.

Masz jakieś radosne wspomnienia z którychś z ostatnich świąt? - pytam.

Ciężko powiedzieć. Od ostatnich prawdziwych świąt minęło już sporo czasu - odpowiada Carla. Wraca pamięcią do czasu sprzed wojny, kiedy jej rodzina spędzała razem wigilię. Ma pięcioro wujostwa, mnóstwo kuzynów i spotkanie z nimi sprzed dekady wspomina z rozrzewnieniem. Pamięta też święta sprzed kilku lat. „To był 2016 lub 2017 rok. Wschodnie Aleppo stało się nieco bezpieczniejsze, nie było już tak intensywnych walk w mieście. Mieliśmy nadzieję, że wszystko wróci do normy. Ludzie świętowali na ulicach, wszyscy razem, muzułmanie i chrześcijanie. Ale ostatecznie sytuacja wcale się nie poprawiła - wyjaśnia.

Dodaje, że wojna zmusiła ich wszystkich do innego postrzegania świąt. - Dawniej byliśmy zaaferowani kolacją, sprawunkami okołoświątecznymi, organizowaniem spotkań. Istotne były prezenty. Teraz zmieniły się priorytety. Wiele osób zredefiniowało swoją wiarę, dla wielu stała się ona prawdziwą pomocą w tych trudnych czasach. Ludzie skupiają się na sprawach, które naprawdę są ważne. Warto jednak to zrozumieć, zanim zmusi nas do tego wojna.

Katarzyna Rodacka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.