Czantoria zaklęta w momentach. Miliony zdjęć przez pół wieku

Czytaj dalej
Fot. Mat. prywatne
Andrzej Drobik

Czantoria zaklęta w momentach. Miliony zdjęć przez pół wieku

Andrzej Drobik

Zdjęcia z Czantorii były kiedyś jedną z najważniejszych pamiątek, które można było przywieźć z Ustronia. Fotografie z kolei linowej można na pewno znaleźć w tysiącach rodzinnych albumów fotograficznych. Historia rodzinnej firmy spod Czantorii to ponad 50 lat i miliony wywołanych zdjęć.

W tym, jak pracujemy, zmieniło się niewiele. Fotograf ciągle siedzi tam, gdzie siedział, ciemnia zmieszczona jest w tej dużej maszynie, zdjęcia ciągle musimy zanosić do punktu sprzedaży - Marek Więcławek, którego rodzinna firma od ponad 50 lat robi zdjęcia przy dolnej stacji kolei linowej na Czantorii, drukuje zdjęcia, przerywa na chwilę rozmowę i zanosi je do kiosku, w którym turyści mogą kupić tę niezwykłą pamiątkę z Beskidów.

Kiedy jego ojciec przeprowadził się do Ustronia, żeby robić pod Czantorią zdjęcia, miasto wyglądało inaczej, aparaty były jeszcze prawdziwą rzadkością, a zdjęcie z Czantorii kupował niemal każdy, kto korzystał z kolejki krzesełkowej.

Co jeszcze zmieniło się przez pół wieku?

Goniec, filmy i trudna praca w ciemni

Kilkanaście lat temu Andrzej Więcławek, ojciec Marka, mówił: Kiedyś odbitki trzeba było przygotować w ciągu pół godziny, zanim ludzie zdążyli zjechać. Liczyła się więc dobra organizacja pracy. Ja i żona pracowaliśmy w ciemni, operator pstrykał zdjęcia, a filmy wysyłał do nas za pośrednictwem gońca.

Jak tłumaczy, fotograf miał kilka minut, żeby zrobić zdjęcia, nawet jeśli w tym czasie nie wykorzystał całego filmu, wyciągał go z aparatu i przekazywał gońcowi. Przede wszystkim liczył się czas - trzeba było wywołać zdjęcia i dostarczyć je do punktu sprzedaży, a to nie należało do łatwych zadań. Problemem było też to, że w PRL-u ciągle brakowało materiałów fotograficznych, których nie można było zdobyć bez znajomości, ale z tym fotograf spod Czantorii musiał sobie poradzić, zazwyczaj się udawało.

Nowe czasy, ale problemy wcale nie zniknęły

Dzisiaj gońca już nie ma. Fotograf pod wyciągiem ma komputer, który przez kabel przesyła zdjęcia do studia fotograficznego poniżej dolnej stacji kolei linowej, gdzie są drukowane. Ale zmieniło się sporo.

- Ludzi jest mniej, w dodatku prawie każdy ma swój aparat w komórce i robi własne zdjęcia. Czasy, w których cały parking pod Czantorią był wypełniony wycieczkowymi autokarami, się po prostu skończyły i pewnie nigdy nie wrócą - mówi Marek Więcławek.

To jego ojciec, Andrzej, jako pierwszy robił pod Czantorią zdjęcia, Marek jest drugim pokoleniem, które prowadzi ten biznes, a w zakładzie pracuje też jego syn Adam.

Fotograficzne eldorado i ustroński boom turystyczny

Jest rok 1967. Cały Ustroń spogląda na nowatorską inwestycję - budowę krzesełkowej kolei na Czantorię.

Rok później do Ustronia przyjeżdża fotograf Andrzej Więcławek z żoną i kilkuletnim synem Markiem. Wcześniej pracował przy kolejce w Karpaczu, ale tam konkurencja była duża, więc fotograf znalazł nowe miejsce - rozwijający i rozbudowujący się właśnie Ustroń. Także wtedy naprzeciw Czantorii, w dolinie Jaszowca, powstaje nowoczesna dzielnica wypoczynkowa, Ustroń rośnie z dnia na dzień.

Pomysł jest prosty - każdy, kto odwiedza Czantorię, będzie chciał pewnie kupić zdjęcie z wyciągu i przywieźć taką pamiątkę do domu.

- Najlepsze były lata 70. i 80. XX wieku. Wtedy zdjęcia sprzedawały się świetnie. Później przyszły lata 90. i pojawiły się kompaktowe aparaty fotograficzne. Pamiętam te czasy, w moim niewielkim sklepie potrafiłem sprzedać 30 aparatów dziennie. Już wtedy prawie każdy mógł zrobić sobie własne zdjęcie - mówi Marek Więcławek.

Dzisiaj są komórki, ale mimo wszystko firma Więcławków pod Czantorią ciągle funkcjonuje. Ciągle są osoby, które doceniają właśnie taką pamiątkę z odwiedzin w Ustroniu.

- Kiedyś klienci z Krakowa powiedzieli nam, że jesteśmy jak Smok Wawelski, właściwie od zawsze kojarzymy się z tym miejscem. Tylko myślę sobie, że smok wytrzyma znacznie dłużej, bo fotografia to naprawdę trudny biznes - mówi Więcławek.

Te statystyki łatwo zestawić z innymi - w latach 70. i 80. XX wieku rodzina Więcławków sprzedawała średnio około 70 procent zdjęć wydrukowanych każdego dnia. To oznaczało, że codziennie wieczorem tylko 30 procent trzeba było zniszczyć bądź zostawić do archiwum. Dzisiaj te proporcje się odwróciły.

Ludzie machają, ale nie zawsze kupują

Marek Więcławek wspomina: - Kiedyś zasada była taka, że fotografowało się wszystkich na krzesełkach, jak leci. Mówiłem operatorowi: „Jak na ciebie nie plują, to pstrykasz” i przeważnie większość sfotografowanych osób kupowała zdjęcia.

Dzisiaj pod Czantorią znajduje się informacja, że każdy, kto chce zdjęcie pamiątkowe, powinien zamachać do fotografa. Niestety, często jest tak, że ludzie machają, a później zdjęć nie kupują. To, co nie zmieniło się przez ponad pół wieku, to to, że fotograf musi mieć świetny refleks i wiedzieć, komu zrobić zdjęcie.

Na razie jednak ponad półwieczna historia fotografii spod Czantorii trwa. Są tacy klienci, którzy zdjęcia z Czantorii kupują co roku, niektórzy wracają po latach i proszą o podobne zdjęcie, jak to wykonane dawniej. Jak mówi Więcławek, rekordzista ma już ponad 25 fotografii. W ten sposób przez ćwierć wieku dokumentuje historię swojej rodziny.

Ile fotografii zostało wykonanych pod Czantorią? Tego tak naprawdę nikt nie wie, na pewno miliony. Przez 51 lat działalności na zdjęciach znalazło się mnóstwo celebrytów. Są na przykład Zbigniew Boniek, Karol Strasburger, Sonia Bohosiewicz, Antoni Piechniczek i wielu innych. Ale przede wszystkim jest niezliczona rzesza mieszkańców województwa śląskiego, i nie tylko.

- Kiedy odwiedzam kogoś na Śląsku, często pojawia się temat zdjęcia z Czantorii. Okazuje się, że niemal każdy ma je w swoim albumie. Bo przecież niemal każdy Ślązak Czantorię odwiedził - tłumaczy mieszkający niedaleko Czantorii mieszkaniec Ustronia.

- Ile zdjęć możemy zrobić? Możemy sfotografować każdego turystę. Problem w tym, żeby te zdjęcia później sprzedać. Kiedyś mieliśmy tutaj taką mapę świata, na której pinezkami zaznaczaliśmy miasta, w których były nasze zdjęcia i o tym wiedzieliśmy. Nawet Australia była całkiem gęsto oznaczona, właściwie całe Stany. W Polsce brakowało nam już miejsca, więc mapę zdjęliśmy, mam ją w piwnicy - mówi fotograf.

Andrzej Drobik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.