Czesiek mnie tu ściągnął - Czesława Gawlika wspomina Wojciech Bronowski

Czytaj dalej
Fot. Jadwiga Demczuk-Bronowska
Szymon Kamczyk

Czesiek mnie tu ściągnął - Czesława Gawlika wspomina Wojciech Bronowski

Szymon Kamczyk

W poniedziałek pożegnaliśmy Czesława Gawlika, jazzmana i legendę rybnickiego świata muzyki. Przez wiele lat artysta ściśle współpracował z Wojciechem Bronowskim, którego ściągnął do Rybnika. Dziś były dyrektor Teatru Ziemi Rybnickiej wspomina swojego kolegę ze sceny.

Jak panowie się poznali?
Można powiedzieć, że połączył nas Jurij Gagarin. Czesiu ze swoim zespołem jazzowym miał koncerty w Zielonej Górze. Były one robione wspólnie z moim zespołem estradowym z Bydgoszczy, gdzie mieszkałem. Ja współprowadziłem koncert z okazji przyjazdu pierwszego kosmonauty - Jurija Gagarina. To było w 1961 roku, w trzy miesiące po jego locie. Myśmy z Czesławem się poznali i zaczęliśmy korespondować, zresztą zaprosił mnie jeszcze w tej Zielonej Górze do wspólnych koncertów.

W takim razie, to przez Czesława Gawlika trafił pan do Rybnika?
Tak, po tej wymianie korespondencji i wspólnych koncertach, Czesiu i ówczesny dyrektor Domu Kultury RYFAMY Tadeusz Pintara zaproponowali mi przyjazd do Rybnika na stałe, pracę i mieszkanie. Wtedy w Bydgoszczy zostałem sam, mama mi zmarła. Pojechałem więc do Rybnika na tydzień, aby to przemyśleć. Zaprosili mnie do konferansjerki podczas występów węgierskiego zespołu. Zobaczyłem sobie ten Rybnik i mi się spodobał. Miałem 25-26 lat. Pokazali mi dom kultury, gdzie miałbym pracować. Czesiu był tam instruktorem. To był grudzień, a już w lutym byłem w Rybniku na stałe.

Razem z panem Czesławem stworzyliście zgrany duet...
Był jego zespół, z najlepszym jazzem. Było mnóstwo ludzi śpiewających, ale brakowało im konferansjera. Znaleźli mnie i zaczęliśmy koncertować przez kilka lat w różnych miejscach, m.in. w NRD, Związku Radzieckim, Bułgarii. Zespół estradowy tworzyło ok. 25 osób. W nim zaczynał młody Adaś Matyszkowicz, dzisiaj znany jako Adam Makowicz, bo nazwisko trudno było wymówić w USA. Był też młody Olek Krupa.

Podobno programy artystyczne powstawały przy dobrych trunkach?
Żeby stworzyć dobry koncert, trzeba było zrobić scenariusz przy garnku dobrego Portera. (śmiech)

Słyszałem, że było wino, kobiety i śpiew, to prawda?
A jakże! Był zespół pięknych dziewczyn, które śpiewały. Przemierzaliśmy Europę. To były fajne koncerty, a myśmy wszyscy tworzyli grupę dobrych przyjaciół.

Do końca?
Do końca, Czesław był jednym z moich dwóch największych przyjaciół w Rybniku. My wspieraliśmy się w każdej sytuacji. Wszyscy go cenili, a ja najbardziej, dlatego jego śmierć jest dla mnie niepowetowaną stratą.

Szymon Kamczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.