Cztery dni pod ziemią. To już 50 lat od katastrofy na kopalni Generał Zawadzki

Czytaj dalej
Fot. Stanisław Jakubowski/zbiory Muzeum Miejskiego Sztygarka w Dąbrowie Górniczej
Tomasz Szymczyk

Cztery dni pod ziemią. To już 50 lat od katastrofy na kopalni Generał Zawadzki

Tomasz Szymczyk

Gdyby to zdarzyło się dzisiaj, informacje z kopalni Generał Zawadzki w Dąbrowie Górniczej znalazłyby się na żółtym pasku w każdym serwisie. Ale i wtedy, 50 lat temu, cała Polska cztery dni śledziła walkę o życie górników. Walkę zakończoną sukcesem. W strefie zagrożenia było 119 górników. Zginął tylko jeden.

W lipcu 1969 roku w Dąbrowie Górniczej życie toczyło się swoim tempem. W kinie Ars przy ul. Kościuszki (bo Bajka przy 3 Maja była w remoncie) można było zobaczyć enerdowski western „Na tropach Sokoła”, w Gołonogu trwała budowa zajezdni autobusowej, z kolei Czytelniczka „DZ” skarżyła się na kradzieże kwiatów z miejscowego cmentarza. Na termometrach było 28 st. C, a górnicy z „Zawadzkiego” myślami byli już na urlopach. Ale to właśnie jeden z lipcowych dni sprawił, że o kopalni i mieście stało się głośno w całej Polsce.

Meldunek z oddziału III

O godzinie 11 w dyspozytorni dzwoni telefon. Oddział III melduje, że jest tam zbyt dużo wody. Jednocześnie powierzchnia daje znać, że na jednym z osadników widać lej. Na dole jest 1500 górników. Kopalnia staje, wszyscy mają się natychmiast ewakuować w kierunku będzińskich szybów Walery i Małobądz. Najbardziej zagrożony jest oddział III, w którym pracuje 119 górników.

- Już nie mamy wyjścia, polecamy się waszej pamięci. Jest ze mną 23 ludzi. Przychodzą inni. Widzę światła. Widzę, że idzie za... - melduje z dołu sztygar oddziału wentylacji Roman Wilk, ale w trakcie meldunku łączność się urywa. Na powierzchni strach, ale i natychmiastowe działanie. Już o 12 na dół zjeżdżają ratownicy, ale woda zalała już rozdzielnię i pompownię. Zalane są też główne szyby Generał Zawadzki i Cieszkowski. W chodnikach nie ma światła, a i woda przybiera - 13 metrów sześciennych na minutę. Mułu i szlamu też jest coraz więcej. Sytuacja staje się coraz groźniejsza. Część górników wydostaje się na powierzchnię. Po ziemią zostaje ich 82. Nie ma z nimi żadnej łączności.

Woda z osadnika i odwiert

Jerzy Grela, ostatni dyrektor KWK Paryż, pracuje już wtedy na „Zawadzkim”, ale nie ma go akurat na kopalni.

- Spałem po nocnej zmianie. Przyszedł do mnie kolega, który pracował na powierzchni, i powiedział o katastrofie - wspomina. - Ten osadnik powstał w miejscu, gdzie była wychodnia pokładu, skąd węgiel eksploatowany był odkrywkowo. Powybraniu takie miejsca zasypywano i rekultywowano. Fachowcy uznali, że nie ma zagrożenia, aby woda przedostała się do wyrobisk i można tu zrobić osadnik wód popłuczkowych. To okazało się tragiczne w skutkach - mówi Jerzy Grela i dodaje, że odległość między dnem osadnika a najpłytszym korytarzem wynosiła tylko około 90 metrów.

W sztabie ratowniczym zapada decyzja, aby spróbować dostać się do górników od góry. Jeszcze w czwartek przed pawilonem Centrum w ścisłym centrum Dąbrowy (stoi do dziś) rozpoczynają się odwierty. Plotka głosi, że nie wahano by się wyburzyć tego pawilonu, gdyby była to droga dotarcia do górników. W sobotę przyjeżdża premier Józef Cyrankiewicz. Na dole ratownicy, brnąc po piersi w mule, idą do górników.

- Mam zaufanie do swojego dozoru. To mądrzy, doświadczeni górnicy. Jestem przekonany, że Wiesław Błażejewski i Roman Wilk wyprowadzili ludzi do wyrobisk najwyżej położonych. Tam należy ich szukać - mówi dziennikarzom dyrektor kopalni Andrzej Groyecki, który kieruje akcją razem z naczelnym inżynierem Bogdanem Ćwiękiem.

Herbata i czekolada

W sobotę rano udaje się zlokalizować miejsce, gdzie znajdują się górnicy. Ratownikom udaje się z nimi nawiązać kontakt przez rurociąg. Do górników trafiają tą drogą herbata i czekolada. Ale pojawia się nowe zagrożenie. To kilkakrotnie przekroczona norma zawartości dwutlenku węgla. Co robić? Przerwanie akcji załamie czekających na ratunek, ale jej kontynuacja to ryzyko życia 450 ratowników. Wieczorem z trzech dróg, którymi poszukują oni górników, zostaje jedna. To tam pracują najlepsi i tam idzie główny strumień powietrza.

Zalanie kopalni spowodowało wymulenie i zawalenie się obudów, a to 106-metrowy zawał, który uwięził górników. Ale po prawie dwóch dniach rycia, czasem niemal w litej skale, ratownicy docierają do górników. Pierwszy jest ratownik Franciszek Ćmok. To jego kolano jest potem stopniem, po którym dowykopanego tunelu o wysokości i szerokości metra wchodzą górnicy. Główne szyby są zalane, więc na powierzchnię muszą wyjeżdżać szybem Koszelew.

- To była droga przez mękę przez różne wyrobiska i różne poziomy. Każdy z odciętych górników był transportowany nanoszach w asyście 6-8 niosących go ratowników - opowiada Jerzy Grela. Szyb Koszelew był wtedy w rekonstrukcji, dlatego nie było tam wyciągu z klatką. W niedzielę po południu kubłem, jakim zjeżdża się do budowanego szybu, rozpoczął się transport górników na powierzchnię. Już od początku akcji oczekują ich tam tłumy. - Działy się tam dantejskie sceny. Były rodziny odciętych górników, kobiety, dzieci. Był lament i płacz. Porządek musiały zaprowadzać służby, byli też psycholodzy, pomagały związki zawodowe - wspomina Jerzy Grela. - Pomogła nam przepiękna pogoda, która zagwarantowała powodzenie akcji ratowniczej. W wyrobiskach zniszczony został system wentylacji. Gdyby wtedy przyszedł niż, gazy i tlenek węgla mogłyby spowodować straszną katastrofę - dodaje.

Katastrofę przeżyli wszyscy górnicy prócz jednego, młodego, 19-letniego. Jego koledzy w większości wrócili do pracy na kopalni, ale w gronie uratowanych byli też tacy, którzy nigdy nie zjechali już pod ziemię. Ludzi uratowano, ale zniszczenia na kopalni były ogromne. Dopiero pod koniec sierpnia uda się tu wznowić wydobycie. Wydarzenia z lipca 1969 r. były poniekąd ostatnimi, kiedy o dąbrowskim górnictwie było głośno. Już za moment pierwsze skrzypce zacznie tu grać Huta Katowice. Dąbrowa Górnicza i całe Zagłębie po dekadzie rządów Edwarda Gierka zupełnie zmienią swe oblicze. KWK Generał Zawadzki (od 1989 znów KWK Paryż) skończyła wydobycie w 1995.

Przed Pałacem Kultury Zagłębia, gdzie kiedyś górnicy świętowali Barbórki, do końca lipca oglądać można wystawę na temat wydarzeń z 1969 roku ilustrowaną zdjęciami Stanisława Jakubowskiego, które zakupiło Muzeum Sztygarka w Dąbrowie Górniczej. Fotoreportaż „Wyrwani śmierci” zyskał wtedy I nagrodę w konkursie Photo Stories.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Dziennika Zachodniego.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Dziennika Zachodniego
  • codzienne e-wydanie Dziennika Zachodniego
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Tomasz Szymczyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.