Cztery miesiące w łóżku z Krzysztofem Wielickim. Jak powstała książka. Rozmowa z Darkiem Kortko i Marcinem Pietraszewskim

Czytaj dalej
Fot. Anna Lewańska
Ola Szatan

Cztery miesiące w łóżku z Krzysztofem Wielickim. Jak powstała książka. Rozmowa z Darkiem Kortko i Marcinem Pietraszewskim

Ola Szatan

Z Dariuszem Kortką i Marcinem Pietraszewskim, dziennikarzami „Gazety Wyborczej”, rozmawiamy o tym, jak pisanie książek stało się ich pasją. Na swoim koncie mają „Cenę nieważkości” przedstawiającą kulisy lotu Polaka w przestrzeń kosmiczną i biografię Jerzego Kukuczki, która zapoczątkowała zainteresowanie Polaków literaturą o temacie górskim. Właśnie ukazała się ich najnowsza publikacja o jednym z największych himalaistów: „Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało”.

Trudniej jest być pisarzem czy dziennikarzem?

MARCIN PIETRASZEWSKI: Ciągle w sercu jestem dziennikarzem. Zajmuję się dziennikarstwem śledczym i ten świat dla mnie jest taki dość hermetyczny. Natomiast pisanie książek to duża odskocznia i oczyszczenie głowy. Książka o Kukuczce była biografią reporterską, podobnie jak w przypadku Hermaszewskiego. To są reportaże, tyle że rozbudowane do formy książkowej. Pisze się je podobnie jak teksty, tylko to proces zdecydowanie bardziej długotrwały. I czasami cięższy niż przy tekście, bo wymaga pracy z wieloma osobami. Tak się złożyło, że wybieramy bohaterów, których środowiska są dosyć mocno zamknięte. I niechętnie dzielą się tym, co się dzieje w środku. A tu nagle przychodzi dwóch facetów z zewnątrz, którzy nie mają nic wspólnego z górami, nigdy się nie wspinali. I góry w ogóle ich nie wzywają (śmiech).

To co było tym punktem zapalnym?

MARCIN: Przyczyna była bardzo prozaiczna. Byliśmy na wystawie w Muzeum Śląskim dotyczącej historii Śląska. Kończyła się zdjęciem Jurka Kukuczki i paroma zdaniami o nim. Refleksja była szybka. Przecież nie ma biografii Kukuczki! Były bardziej wspomnienia wyprawowe, a facet z Katowic, ze Śląska, wielkie nazwisko w świecie wspinaczkowym… Powiedzieliśmy sobie: dlaczego nie? I zabraliśmy się do roboty. Z Mirosławem Hermaszew-skim było podobnie. A przypadek Krzyśka Wielickiego też sam się zrodził. Władze Katowic ogłosiły, że chcą tworzyć Centrum Himalaizmu, zresztą blisko domu, w którym urodził się Jerzy Kukuczka. Wertując materiały na temat katowickiego Klubu Wysokogórskiego, pojawiła się myśl, że nie ma biografii Krzysia Wielickiego. To było trudne, bo Krzysiek nie jest łatwy w kontaktach. Nasze stosunki przypominały szorstką, męską przyjaźń, taką jak między Leszkiem Millerem a Aleksandrem Kwaśniewskim. Kiedy pisaliśmy książkę o Kukuczce, jeden rozdział poświęciliśmy przemytowi. W jaki sposób himalaiści w latach 80. zbierali pieniądze na wyprawy? W dużej części była to kasa z przemytu. Krzysiek trochę obraził się na nas po tej książce. Mówił, że tego przemytu było trochę za dużo i w ogóle niepotrzebne. Co się dzieje w górach, zostaje w górach, a my ten temat tabu wywlekliśmy na światło dzienne. Ale to był mocny, fajny temat pokazujący, że oni byli przedsiębiorczy i że takie były czasy.

Przekonanie Wielickiego do napisania biografii było niczym wejście na ośmiotysięcznik?

MARCIN: Najczęściej padało pytanie: „Ale po co?”. Bo zrobił w górach wszystko. Bo jest w idealnym momencie, by podsumować życie. W końcu się zgodził. Ale był na początku nieufny, bo pamiętał, jak pracujemy. Biografia ma być obiektywna, muszą znaleźć się w niej nawet rzeczy, które bywają wstydliwe. Im dłużej z nim pracowaliśmy, tym bardziej się otwierał. Z pana Krzysztofa stał się Krzyśkiem. Jednak nie pracowaliśmy z nim bardzo długo, bo zależało nam, aby pokazać go oczami innych ludzi. Oświetlić go z różnych stron. Na początku spędziliśmy kilkanaście dni w archiwach w Warszawie, przeczytaliśmy ponad tysiąc artykułów z lat 70. i 80. dotyczących świata wspinaczkowego, wyczynów Polaków i nie tylko. Potem była seria wielomiesięcznych spotkań z ludźmi. I rzecz, którą Krzysiek do tej pory dość mocno chronił, czyli spotkania z rodziną: jego pierwszą żoną, dziećmi, drugą żoną Kasią. I Aliną, która była między pierwszą i drugą żoną. To był temat, o którym środowisko doskonale wiedziało, natomiast Krzysiek w ogóle się tym nie chwalił. A to była przecież dekada z jego życia.

Zdarzały się odmowy ze strony ludzi, z którymi chcieliście porozmawiać o Wielickim?

MARCIN: Zdarzało się, że ktoś nie chciał rozmawiać, bo Krzysiek przecież żyje. Ci ludzie mocno dbają o swoje relacje i trzeba bardzo nad nimi pracować, żeby zaczęli mówić szczerze o sobie. Mają świadomość, że jeśli coś za dużo powiedzą, to potem rodzą się „kwasy”. Ale wygrała stara metoda dziennikarska: jak nie drzwiami, to oknem (śmiech). Innym musieliśmy tłumaczyć, że nie chcemy pisać książki o wspinaniu, bo to byłoby nieautentyczne, skoro sami się nie wspinamy. Bardzo nas też bawiły sytuacje, gdy ktoś mówił: „coś wam powiem, ale nie do publikacji”. A to najfajniejsze rzeczy były. I oczywiście udało się to ostatecznie opublikować.

Jak pogodziliście zawodowe zajęcia, bardzo nienormowany czas pracy, z pisaniem książki, która wymaga czasu i zaangażowania?

MARCIN: Najpierw była normalna praca w gazecie, a praca nad książką odbywała się głównie po godzinach, popołudniami. Jest jeszcze życie rodzinne, które oczywiście cierpiało, bo nie można być w trzech miejscach jednocześnie. Materiał zbieraliśmy wspólnie z Darkiem, aby mieć ten sam poziom świadomości, natomiast już samo pisanie odbywało się osobno. Przy kawie dzieliliśmy się rozdziałami, układając książkę w głowie. To nie jest chronologicznie spisane życie Krzyśka, przeskakujemy. Ja mam zawsze problem, aby zacząć z taką dużą formą i potrzebuję „kopa w dupę”. I zawsze otrzymuję go od Darka. Kiedy pracuję w domu, to lubię pracować w sypialni. Czyli pisząc książkę, spędziłem cztery miesiące z Wielickim w łóżku. Wielicki był wszędzie. Porozrzucane notatki, książki, zdjęcia. Tak byłem zmęczony, że czasami otwierałem lodówkę, a w niej był Wielicki (śmiech).
DAREK KORTKO: Zawsze ktoś musi zacząć. Jak jest partnerstwo liny, to ktoś musi za tę linę pociągnąć. I zwykle pada na mnie. Jak na kierownika całego interesu przystało, każdy patrzy na to, co zrobię (śmiech).

Czego dowiedzieliście się o sobie nawzajem po tych trzech książkach?

DAREK: Kiedy piszesz swoje reportaże, to jesteś zdany sam na siebie. A tu trzeba zaufać drugiej osobie. Gdy dzielimy się rozdziałami, to chcesz mieć pewność, że ten rozdział będzie porządnie zrobiony. Oczywiście przegadujemy te tematy, natomiast nie zdarzyło się jeszcze, abyśmy się pokłócili. Podobnie myślimy o tekście, nie ma dwóch wersji. W tym pisaniu jest jakaś chemia między nami. Nadajemy na tych samych falach, wiemy, o co nam chodzi.

W środowisku wspinaczy górskich patrzą już na was podejrzliwie: kto następny znajdzie się na waszej liście?

DAREK: Raczej już z ciekawością patrzą. Największa trudność była przy książce o Kukuczce. Byliśmy nieznani.
MARCIN: Byliśmy świeżakami.
DAREK: Kiedy ta książka zaczęła żyć swoim życiem, pojawiały się dobre recenzje, a ludzie zaczęli o niej pozytywnie mówić, to w tym środowisku też trochę zmieniła się optyka. My ciągle mamy obawy, czy to, co piszemy, będzie fajne, jak się przyjmie. Pisząc biografię żyjącego bohatera, jak w przypadku Krzysztofa Wielickiego, jest jeszcze inaczej. Mamy pierwsze doniesienia, że ta książka też się podoba. Poza tym sami zainteresowani już te książki czytają. My wcześniej nie dawaliśmy tego materiału do przeczytania. Przed publikacją dostał jedynie Wielicki. On oczywiście porozsyłał ją swoim kolegom, bez naszej wiedzy. I już połowa środowiska wiedziała (śmiech). Widzimy też zmianę, gdy dzwonimy do tych ludzi. Już inaczej z nami rozmawiają. Nie wysyłają w kosmos (śmiech).

Czy Krzysztof Wielicki był dla was inspicjentem przy pracy nad książką? Sugerował, co mogłoby się znaleźć w tej publikacji?

DAREK: Nie. Nie chcieliśmy robić z nim wywiadu-rzeki. Postanowiliśmy opowiedzieć biografię inaczej. O Krzysztofie mieli opowiadać ludzie. On jest w środku tej historii, my tylko to naświetlamy. Założenie było więc takie, że nie będziemy się zbyt często spotykać, nie będziemy mówić mu, o czym jest książka. Oczywiście Krzysztof bardzo chciał, by mu przysyłać kolejne rozdziały. Odmówiliśmy. Miał dostać dopiero, gdy będzie gotowa. Spotkaliśmy się może dwa lub trzy razy, gdy chcieliśmy wyjaśnić jakieś rozbieżności. Ktoś pamiętał inaczej daną sytuację, to musieliśmy zweryfikować, jak pamięta ją Krzysztof. Ale też znajdziecie w tej książce kilka punktów widzenia, co może być ciekawe dla czytelnika. My też mamy swoją stałą zasadę, że nigdy nie robimy własnej oceny. Jesteśmy reporterami, to klasyczny reportaż biograficzny. Niektórzy czytelnicy mówią, że chcieliby się dowiedzieć, jak my widzimy Krzysztofa. A to nie jest nasza rola. Nigdy tego nie zrobimy, bo nie piszemy dla siebie. Opisujemy różne sytuacje, a czytelnik niech sam sobie wyrobi zdanie.

Trudno było zrobić ten pierwszy krok w górskiej tematyce?

DAREK: Jesteśmy dziennikarzami. Nie jesteśmy specjalistami w żadnej z dziedzin, tylko jak coś się dzieje, to idziemy w teren i działamy. Nauczymy się tego.
MARCIN: Bałem się, bo góry to dla mnie zupełnie obcy temat. Mam lęk wysokości, przestrzeni, nie cierpię zimna…

Góry przekonały was do siebie? Na tyle, by zetknąć się z nimi twarzą w twarz?

DAREK: Chcielibyśmy pojechać i zobaczyć. Po książce o Kukuczce nie mieliśmy ochoty, ale po biografii Wielickiego, już jej nabraliśmy. By zobaczyć te góry.

Z Krzysztofem Wielickim?

MARCIN: Może… jest pewien plan na wiosnę.
DAREK: Deklarujemy, że bardzo chcielibyśmy to zobaczyć, bo może inaczej by nam się pisało. Teraz też dużo pomaga technologia, jest dostęp do filmów, archiwów, co jest ogromnym ułatwieniem. I można się też górami nasycić. Oglądam dużo zdjęć. Czasem ma się dość tych gór. Nienawidzi się ich, zwłaszcza gdy rośnie drugi stos książek, które chciałoby się przeczytać dla własnej przyjemności. A nie ma na to czasu, bo jest dwa razy większy stos książek, które trzeba przeczytać do pracy.

Z nienawiści jednak bywa bardzo krótka droga do miłości.

DAREK: To są uczucia, które się przeplatają. Ja bardzo lubię proces zbierania materiałów, samo pisanie bywa męką. Bo trzeba to wszystko z siebie wypluć.
MARCIN: Do tego dochodzi dobra selekcja materiału. I książkę trzeba też wysiedzieć. DAREK: Rok to jest taki dobry termin. By też nie przeciągać tego procesu i uniknąć pokus, że jeszcze coś można dopisać, a coś zapomnieliśmy.

Ola Szatan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.