Do końca byłam Magdą od „tego” Ojca Świętego

Czytaj dalej
Fot. Sergio Natoli
Katarzyna Kachel

Do końca byłam Magdą od „tego” Ojca Świętego

Katarzyna Kachel

O tej książce już jest głośno, a na spotkania autorskie ciężko się dostać. Magdalena Wolińska-Riedi, żona szwajcarskiego gwardzisty, autorka „Kobiety w Watykanie”, opisuje codzienne życie mieszkańców, niewidoczne dla oczu postronnych. Życie wpisane w podstawy jedynej tego rodzaju monarchii na świecie i bardzo chronione przed ludźmi z zewnątrz.

Kiedy dowiedziałaś się, że musisz zamieszkać za murami Watykanu, co poczułaś?
Lekki strach. Pomyślałam, że to jest chwila, kiedy muszę wejść do kompletnie nieznanego mi świata. Pojechałam do Watykanu w lutym, żeby zobaczyć swoje przyszłe mieszkanie. Oglądaliśmy je z moim przyszłym mężem, było dwa razy większe niż to, w którym później zamieszkaliśmy, bo zostało podzielone na dwa mniejsze apartamenty. Na wszystko mieliśmy wpływ, pytano nas o kolory ścian, o wielkość pokoi, ale wszystko musiało mieścić się w klasycznych kanonach. Bez ekstrawagancji. I już wtedy, z odrobiną niepokoju, zauważyłam żandarmów na każdym kroku, którzy cały czas mnie pytali: „A pani dokąd, proszę tu nie stać, kim pani w jest?”.

Ale nie uciekłaś?
Nie, a kiedy wróciłam tam już z paszportem jako pełnoprawna mieszkanka, wszystko się zmieniło, od pierwszej chwili byłam traktowana z szacunkiem i otaczana troską. Już byłam „swoja” i wszyscy darzyli mnie dużą atencją, począwszy od tych odpowiedzialnych za ochronę, po wysokich rangą oficerów, ale też duchownych.

Zostałaś przyjęta?
Tak, ale pamiętaj, że w tej wielkiej wspólnocie są jeszcze wspólnoty mniejsze - moją była Gwardia Szwajcarska i to była moja swego rodzaju rodzina.

Walcząca z żandarmerią?
Tocząca odwieczną wojnę o przywileje papieskie, o to, kto ma większe kompetencje i na kogo spływa większy splendor. Tak naprawdę Gwardia istnieje od ponad pięciuset lat, żandarmeria dwieście, więc już na starcie papieskie wojsko ma jeden punkt więcej. Żandarmeria pełni wiele funkcji, których nie ma w swym regulaminie gwardia, bo przecież pilnuje porządku na ulicach i dziedzińcach całego państwa, wlepia mandaty jako drogówka, pełni funkcję służby więziennej, zajmuje się obszarami, których Gwardia „nie dotyka”. Gwardia jest bezpośrednio odpowiedzialna za bezpieczeństwo papieża i pałacu apostolskiego i od czasów, kiedy papież Franciszek wprowadził wiele zmian i zmienił miejsce zamieszkania, także za Dom św. Marty.

Ile jest tych enklaw w enklawie?
Sporo, bo są np. spowiednicy, których jest czternastu z dziesięciu krajów, w tym czterech Polaków i oni żyją w odrębnym budynku u stóp ogrodów, są siostry zakonne telefonistki, bracia bonifratrzy odpowiedzialni za słynną aptekę watykańską i produkcję eliksirów oraz mikstur. A my, mimo że jesteśmy „rozstrzeleni” po Watykanie, bo nie udało się nam dostać mieszkania w koszarach, też żyjemy razem. Fakt, że z mężem mieszkaliśmy dwieście metrów dalej, odrobinę rozwiązywał ten nasz gorset, uniknęliśmy bowiem codziennej musztry o siódmej rano, ciszy od piętnastej do siedemnastej, kiedy dzieci nie mogą grać w piłkę na dziedzińcu, bo gwardziści odpoczywają. Są pewne reguły, których łamać nie można. Ale nikt się przeciwko temu nie buntuje.

Jak się o nich dowiedziałaś?
Od pierwszego dnia docierały do mnie informacje choćby od osób, które mieszkają tam dłużej i wprowadzają w te arkana przybyszów. Kobiety trzymają się razem, zwłaszcza kiedy rodzą się dzieci. Byłyśmy w podobnym wieku, musiałyśmy sobie jakoś nasze życie tam za Bramą zorganizować, były wspólne spacery do ogrodu z wózkami, z kocykiem na trawę.

Rodziłyście w tych samych szpitalach?
Tak. Watykan ma podpisane umowy z różnymi klinikami rzymskimi, można sobie wybrać którąś z nich, w zależności od lekarza prowadzącego. Pierwszą córkę urodziłam w prywatnym szpitalu, w bardzo komfortowych warunkach. W tym samym pokoju kilka tygodni wcześniej urodziła swego syna choćby żona bardzo znanego włoskiego piłkarza Francesco Tottiego. Pod tym względem Watykan przychyla kobietom nieba, podczas połogu przychodziła do mnie zaprzyjaźniona pielęgniarka watykańska, pomagała mi. To daje wielkie poczucie bezpieczeństwa, zwłaszcza kiedy jesteś daleko od rodziny, tęsknisz i na dodatek jesteś jedyną Polką w obcym świecie. Po prostu tęskniłam za mamą, bliskimi, polskim niedzielnym obiadem.

Jakie są jeszcze zalety takiego świata?
Kredyty nieoprocentowane np. na samochód. Kupujemy wybrany model i spłacamy raty np. przez trzydzieści lat, ale raty są bez odsetek. Do tego Watykan ma podpisane umowy z konkretnymi markami, np. z Audi czy Volkswagenem. Dla młodego małżeństwa z dzieckiem, potem drugim, jest to na pewno spore udogodnienie.

Jak często mąż był w domu?
Dużo pracował. Od ósmej do czternastej. Potem od siedemnastej do dwudziestej. Do tego służba nocna od dwudziestej do szóstej rano. Bywało, że wracał z niej, miał godzinę przerwy, ale o wpół do ósmej szedł już na plac św. Piotra, by stać w pełnym słońcu. Oczywiście dyżury też zależały od stopnia, ale pierwsze lata życia w Watykanie przeżyłam, kiedy mąż był aktywnym podoficerem i to wiązało się z ciągłą pracą. W tym wszystkim byłam stosunkowo sama. Watykan, owszem, bardzo pomagał mi logistycznie, ale dokuczała mi samotność. Nie dość, że daleko od rodziny, bez przyjaciółek, to jeszcze wielokrotnie bez męża.

Na dodatek studiowałaś z samymi mężczyznami?
Tak, na Uniwersytecie Gregoriańskim, gdzie uczyli się sami księża. Przez długi czas miałam poczucie osamotnienia i trudności z odnalezieniem się w nowym, zamkniętym świecie. Potrzebowałam, jak każda młoda żona, mojego męża, ale służba była bardzo czasochłonna. Na dodatek nie dało się rozdzielić domu od pracy, bo wszystko było blisko, wiec była zawsze obecna w naszych czterech ścianach.

Przeżyłaś trzy pontyfikaty. Da się je porównać?
To trzy osobne historie, dlatego też część o papieżach podzielona jest na trzy odrębne rozdziały. Z każdym wiążą mnie inne relacje, emocje, inne aspekty mojego życia. Przy Franciszku zostałam korespondentką Telewizji Polskiej, tak więc towarzyszę mu w podróżach po świecie, rozmawiam także służbowo. I tu mam okazję porównać go z perspektywy mieszkanki, kiedy na przykład chodzę z dziećmi na spacer, a on zatrzymuje się, by zamienić dwa słowa, oraz dziennikarki. Pierwszy raz nie mógł ukryć zdziwienia, gdy mnie zobaczył na pokładzie samolotu. Spytał: „Co ty tu robisz?”.

Z Janem Pawłem II byłaś najbliżej?
Byłam Polką, więc miałam mocną kartę przetargową w ręku. To dawało od początku duży kredyt zaufania, w różnych sprawach - odnosiłam wrażenie, że miałam łatwiej. Kiedy umierał Ojciec Święty, zaczęłam robić serial „Tajemnice Watykanu”, czternaście odcinków. Miałam wtedy okazję wejść do różnych sekretnych miejsc, zaułków. Byłam kierownikiem produkcji, mówiłam: „To moi ludzie”, i wjeżdżały furgonetki ze sprzętem. Gwarantowałam za ekipę, z która pracowałam.

Jan Paweł II był widoczny w Watykanie?
Tak, ale boleśnie. Już wtedy chorował. To był 2003, 2004 rok - koniec jego życia. Pamiętam jego wyjazdy do szpitala i całą golgotę tych jego ostatnich dni. Z okien mojego domu widziałam okna papieża, rozświetlone przez całe noce. Wiedziałam, że to jego koniec. Ta cisza była przerażająca. Było to trudne, bo go znałam, byłam kilka razy na audiencjach prywatnych, spotykaliśmy się na mszach w osobistej kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej. Potem nastał Benedykt, którego też dobrze znałam. On mnie przygotowywał do ślubu, udzielał nam go, był z nami blisko, przychodził na kolację, rozmawialiśmy, chrzcił moje córki, zawsze się interesował, co u nich słychać.

A Franciszek?
Tu cię zdziwię, bo mieliśmy najmniej bliskich sytuacji. Co tu dużo mówić, dla nas, którzy w Watykanie mieszkaliśmy od długich lat i znaliśmy jego poprzedników, był na początku egzotyczny, daleki. W przeciwieństwie do szału na świecie na punkcie Franciszka w Watykanie było całkiem odwrotnie. Podoba mi się, że walczy z nadużyciami finansowymi, że mówi głośno o grzechach i słabościach w sercu Kościoła, o pedofilii, ale jest to papież, który wywrócił świat, do którego byłam za murami przyzwyczajona.

Myślisz o Watykanie „mój dom”?
Zawsze. Szybko się tam tak poczułam. Byłam u siebie, wszyscy mnie witali, salutowali, pozdrawiali. To nie jest kwestia żadnej pychy, tylko poczucie, że jestem w domu, wszystkich znam, rozpoznaję, jestem bezpieczna. Jadę na rowerze, a nieopodal mnie przejeżdża kolumna z prezydentem Putinem czy Trumpem i to jest normalne. To jest fenomen życia w tamtym wymiarze, ten niezwykły splot sacrum i profanum, rzeczy podniosłych z prozaicznymi.

Wszystko obserwują kamery.
Tak, śledzą mieszkańców i pracowników wszędzie, ale można się przyzwyczaić. Pamiętam, kiedyś wracałam późno po jakiejś dłuższej kolacji do domu, mój mąż był na służbie i dzwoni: „O, widzę cię tu, jesteś koło apteki”. Nie jestem osobą zbyt skrępowaną, staram się żyć własnym życiem. Obowiązują tam twarde reguły gry, ale np. na rowerze mogłam jeździć i to też był rodzaj odskoczni, wyrwania się, razem z innymi kobietami, kiedy mężowie po służbie mogli zająć się dziećmi. Tak nawiązały się nasze bliskie relacje z żonami innych gwardzistów, niektóre przyjaźnie trwają po dziś dzień. Nasze dzieci chodzą do tej samej szkoły, wozimy je razem na basen, w sobotę idziemy wszystkie razem do kina.

Dla twoich dzieci Watykan był pierwszą ojczyzną.
Tak, i nadal tak o nim myślą. Ale dzięki temu miejscu są szalenie otwarte na inne nacje, kulturę, tradycje. Miały cały świat w pigułce, bo przecież poznawały tu wielu gości, ambasadorów, polityków, VIP-ów. Uczestniczyły w tym wszystkim. Mówią w trzech, czterech językach. Ja mówiłam do nich po polsku, mąż po niemiecku (dialekt szwajcarski), wspólnie po włosku. To był miks. Dziś czują się obywatelkami świata, ale tęsknią. Bo już roweru nie mogą byle gdzie porzucić czy porysować kredą po dziedzińcu Watykanu.

Mogłaś udzielać wywiadów przez ten cały czas?
Nie było zakazu, nie musiałam pytać o pozwolenie. Nigdy nie wyciągałam plotek, dziwnych historii, o których nie powinno się mówić głośno, nie opisywałam, jak papież Franciszek w nocy zszedł do kuchni, by zrobić gwardziście kanapkę, bo może był głodny. Uchylam drzwi, nie otwieram ich na oścież, bo to byłoby wykorzystanie mojej uprzywilejowanej sytuacji.

Ale dużo widziałaś?
Widziałam słabości, dramaty ludzkie. Watykan to czterystu mieszkańców, ale i ludzie, którzy tu pracują. Piszę o biednej Miriam, recepcjonistce samego papieża, zmarłej w ósmym miesiącu ciąży, w której była z człowiekiem z wewnątrz. To była tajemnica poliszynela. Ale ja nie byłam pierwszą, która o tym napisała. Staram się nie karmić plotkami. Jeśli coś przemilczę, nie uważam tego za nieprawdę, ale za lojalność wobec Watykanu. Czuję, gdzie jest ta granica, bo znam tkankę społeczną i kulturową tego miejsca.

W Watykanie trzeba być religijnym?
Powinno się być. A na pewno trzeba być wierzącym formalnie, tzn. żaden ateista tam się nie schowa. Gwardziści mają obowiązkową mszę świętą, w stosunku do nas jest to zalecane i oczekiwane.

A jeśli nie masz ochoty?
To się nie zdarza, bo praktykowanie wiary jest tak wpisane w nasze codzienne życie, że nie wyobrażamy sobie innego kalendarza. Nie musisz chodzić na roraty, ale kiedy twoje dzieci widzą koleżanki, które chodzą, też chcą to robić. To wszystko jest tak splecione, tak się przenika z życiu, że nawet nie wyobrażasz sobie, że może być inaczej. Ludzie przylatują z drugiego krańca świata, by wziąć udział w jakiejś uroczystości, to jak ja mam nie pójść?

Ludzie ci zazdrościli tego miejsca?
Moją mamę to okrutnie krępowało. Zawsze mówiła, że wolałaby mieszkać gdzieś w hotelu poza Watykanem, by jej tak nie sprawdzano na każdym kroku. Przyjeżdżała trzy razy w roku, wiązało się to z określonymi procedurami. Oczywiście spać u nas mogła wyłącznie najbliższa rodzina. Inni faktycznie byli zainteresowani miejscem, dopytywali, zazdrościli. A przecież taka izolacja ma swoje zalety i swoje wady.

Złota klatka?
Tak, bo masz poczucie absolutnego bezpieczeństwa, a z drugiej strony lęki. I jesteś sama, bo mąż ma służbę po trzynaście godzin dziennie. Mogłam pracować, tłumaczyć, kręcić filmy. Miałam lepiej niż niejeden polski ambasador, bo nie musiałam mieć żadnych zgód czy pozwoleń, by poruszać się po terenie maleńkiego państwa. Byłam u siebie. Papieże do mnie mówili: „Magdalena”. Ale nawet wtedy, kiedy Jan Paweł II odszedł, wciąż byłam Magdaleną od „tego” Ojca Świętego.

Gotowałaś?
Często polskie dania. Przychodziło kilku gwardzistów na tradycyjne kolacje, np. bigos. Ojcu Świętemu Benedyktowi też różne rzeczy zanosiłam. Piekłam ciasta, wymieniałam się z polskimi siostrami. Gotowanie zaspokajało moją nostalgię. Brakowało mi bliskich i języka, dlatego przez te wszystkie lata miałam satelitę, by móc mieć polską telewizję.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.