Dobry łotr miał córkę, ale i syna, którego uznał dopiero w obliczu śmierci

Czytaj dalej
Fot. kadr z jednego z reportaży
Jolanta Pierończyk

Dobry łotr miał córkę, ale i syna, którego uznał dopiero w obliczu śmierci

Jolanta Pierończyk

Zakładałem różne scenariusze, ale to, że mogę być synem zabójcy, który jest kandydatem na ołtarze było kompletnym zaskoczeniem - mówi Gérard Fesch. 40 lat szukał swoich korzeni. Jak już je odnalazł, okazało się, że sięgają samego Napoleona Bonaparte.

Jego ojcem jest Jacques Fesch, skazany w dniu swoich 27. urodzin na śmierć za napad na kantor i zastrzelenie policjanta podczas ucieczki. W czasie trzyletniego więzienia przeżył jednak nawrócenie i całkowitą przemianę duchową.
„Prawdą jest, że nigdy nie zamierzano robić świętych z bandytów. A jednak są oni mniej oddaleni od Jezusa niż wielu z tych, którzy dobrze się prowadzą”, napisał 17 lipca 1957 r. , 105 dni przed śmiercią.

- W pewnym momencie jego cierpienia jedyne słowa, jakie mu przyszły na myśl to „Mój Boże”, choć był niewierzący. W tej samej chwili poczuł, że nie jest już sam i ogarnął go taki spokój, jakiego nigdy wcześniej w życiu nie doznał - opowiada jego biograf, Jean Duchesne.

To był początek wielkiej przemiany duchowej młodego skazańca. Świadectwem tej narastającej przemiany jest pisany do ostatnich chwil życia dziennik więzienny pt. „Za pięć godzin zobaczę Jezusa”.

Tuż przed śmiercią wziął ślub kościelny z matką swojej 6-letniej wówczas córki, Weroniki, Pierrette Pollack, a na kilka godzin przed ścięciem napisał list do syna, Gérarda, którego nigdy nie widział na oczy...

Zgilotynowane dzieciństwo

Gérard był owocem... pewnego zakładu. 23-letni wówczas Jacques, prowadzący hulaszczy tryb życia syn bankiera, ojciec dwuletniej córeczki, założył się z kolegami, że uwiedzie młodziutką sprzedawczynię paryskiej księgarni, Teresę Troniou. Podobał się kobietom, zakład wygrał, choć - jak sam wyznał - do zbliżenia doszło nie za bardzo za zgodą dziewczyny. To był jej pierwszy raz. I jedyny. Dziewięć miesięcy później urodził się Gérard. Nie chciała go ani ona, a tym bardziej bogata i znana rodzina Jacquesa. Miał zniknąć. Feschowie zapłacili jej za milczenie. Chłopiec nigdy nie miał się dowiedzieć, kim są jego rodzice. Kiedy miał zaledwie 15 dni, oddała go opiece społecznej, a za pieniądze od Feschów kupiła sobie mieszkanie w 17. dzielnicy Paryża.

Dziecko trafiło do pewnej kobiety, która wychowywała go przez sześć lat. Była jedyną, u której było mu dobrze. Traktował ją nawet jak mamę. Ale opieka społeczna uznała, że nie powinien się do nikogo przywiązywać. Pewnego dnia został stamtąd zabrany i oddany rodzinie zastępczej. Potem następnej i następnej. To nie były szczęśliwe lata. Miłości nie zaznał. A ostatnia rodzina zastępcza to nawet chciała zrobić z niego darmowego służącego.

Kiedy miał 17 lat, uciekł do Paryża. Nikt go nie szukał. Łatwo nie było, podejmował się różnych prac, czasem nocował na stacjach metra.

- Mogłem naprawdę źle skończyć, ale coś jakby nade mną czuwało - mówi.

Skończył... konserwatorium. W tym trudnym dzieciństwie, mając zaledwie dziewięć lat, nagle odkrył bowiem trąbkę i zakochał się w niej bez pamięci. Rodzina zastępcza, u której wówczas przebywał, mówiła, że muzyka to „burżuazyjne zajęcie”. Nie wiedział wówczas, że odezwały się w nim geny przodków. Tak, był potomkiem paryskiej burżuazji. A na trąbce grał jego ojciec.

Gérard Fesch, a właściwie wówczas jeszcze Droniou (na początku nosił nazwisko matki - Troniou, ale kiedy skończył 10 lat, a ta ostatecznie się go zrzekła, kazała zmienić pierwszą literę, żeby utrudnić mu ewentualne poszukiwania) został zawodowym trębaczem i występował z takimi gwiazdami francuskiej piosenki, jak Serge Lama, Frédéric François, Mike Brant czy Graème Allwright.

Ożenił się, urodziło mu się troje dzieci (dwóch synów i córka), ale zagadka na temat jego pochodzenia nie dawała mu spokoju. Wiedzieli o tym wszyscy: rodzina i znajomi.

Pewnego dnia, w roku 1994 r., kiedy Gérard ma 40 lat, znajoma śpiewaczka jazzowa podsunęła mu duży artykuł w tygodniku „L’Express” o straconym na gilotynie młodym zabójcy, którego Kościół chce beatyfikować.

- Twarz skazańca wydała mi się znajoma - powiedziała.

- Ja żadnego podobieństwa do siebie nie zauważyłem, ale moją uwagę przykuło zdanie, z którego wynikało, że ten młody mężczyzna miał syna Gérarda z niejaką Teresą. To imię zobaczyłem w leżących na stole aktach, korzystając z chwili nieobecności dyrektorki pomocy społecznej - opowiada w różnych wywiadach w mediach francuskich.

Daty się zgadzały. Gérard, wówczas jeszcze Droniou, urodził się 28 października 1954 r., Jacques Fesch był zatrzymany osiem miesięcy wcześniej, 25 lutego, więc rzeczywiście mógł być jego ojcem.

Kropkę nad i postawił wspomniany list napisany kilka godzin przed śmiercią. „Chciałbym uznać za mojego syna Gérarda Troniou. Chciałbym, by wiedział, iż choć nie był moim synem w świetle prawa, jest nim z krwi i kości, a jego imię jest wyryte w moim sercu. (..) Czekam na szczęśliwy dzień, kiedy będzie mi dane poznać go w Bogu i zostać z nim na zawsze. Jacques Fesch”.

Rodzina nie spełniła jego ostatniej woli, w której prosił o odnalezienie syna i zaopiekowanie się nim. Syn natomiast postanowił spełnić wolę ojca i przyjąć jego nazwisko. Zajęło to 10 lat, ale się udało. Wraz z nim nazwisko Fesch przyjęły również jego dorosłe dzieci.

Jedna z sióstr ojca, Monika, poprosiła, żeby poddał się badaniu DNA. Zrobił to. Tak, jest synem Jacquesa Fescha. Potomkiem wielkich Feschów, do których należy m.in. wuj samego Napoleona Bonaparte, kardynał Joseph Fesch, przyrodni brat jego matki.

Historię swoich poszukiwań Gérard Fesch zawarł w książce „Zgilotynowane dzieciństwo” .

W jednym z programów telewizyjnych na swój temat pokazał imponującą posiadłość swoich biologicznych dziadków, gdzie mógł wyrastać, gdyby wszystko potoczyło się inaczej. Miał niespełna trzy latka, kiedy ojciec przed śmiercią kazał go odszukać...

Babcia zignorowała list wnuczki

Kiedy już znalazł ojca, pozostawało znaleźć matkę.

- Tak naprawdę to nigdy nie szukałem ojca. Jakoś przyjąłem, że zginął na wojnie. Natomiast marzyłem o matce. Wyobrażałem sobie, że jest blondynką o niebieskich oczach. Na ulicach przyglądałem się kobietom, szukając tej, która odpowiadałaby moim wyobrażeniom - mówił w wywiadach.

Przez całe lata wyobrażał sobie, jak będzie wyglądało ich spotkanie. I wreszcie stało się.

- Nigdy nie miałam żadnego dziecka. Proszę odejść, bo wezwę policję - powiedziała krótko kobieta wychodząca z mieszkania pod adresem wskazanym jako mieszkanie Teresy Troniou. Kiedy potem poznał jej brata, ten powiedział, że w ich rodzinie dane słowo było święte. A Teresa przyrzekła Feschom milczenie. Dla Gérarda był to jednak cios. Nie spodziewał się takiej reakcji. Chciał tylko, żeby potwierdziła, iż jest jej synem. Jego córka Chloé miała wtedy dziewięć lat i napisała do tej nieznanej babci list, prosząc, żeby zostawić przeszłość i spróbować jakoś wszystko ułożyć. Nie doczekała się odpowiedzi. - Ale wiem, że list dostała i że go przeczytała. Bo kiedy po jej śmierci ojciec był w jej mieszkaniu, w pozostawionych rzeczach znalazł ten list otwarty - mówiła w jednym z programów telewizyjnych poświęconych niezwykłej historii swojego ojca.

Kiedy bowiem Gérard dotarł do brata swojej mamy, dowiedział się, że zmarła. I jako jedyny syn (bo Teresa nigdy nie wyszła za mąż i nie miała innych dzieci) dostał w spadku mieszkanie, które kupiła za pieniądze od Feschów.

Syn walczy o rehabilitację ojca

Zagadka pochodzenia rozwikłana, rodowe nazwisko odzyskane. Gérardowi Feschowi pozostaje bój o społeczną rehabilitację swojego ojca.

Nie chce nowego sądu, choć uważa, że tamten z 1957 r. nie był do końca sprawiedliwy, a wyrok zapadł zanim się rozpoczął proces.- Tu nie chodzi też o anulowanie winy, ale o coś w rodzaju społecznego przebaczenia człowiekowi, który wystarczająco drogo za swoją winę zapłacił - mówi. - Chciałbym, by nie został w historii jedynie jako skazaniec, którego stracono na gilotynie, ale jako człowiek, którego przykład pokazuje, iż każdy może zmienić się na lepsze.

Nie jest wierzący, obce mu są powody, dla których jego ojcem interesuje się Kościół, usiłując wynieść go na ołtarze. - Ja jedynie uważam, że należy pokazać światu także jego dobrą stronę, a nie tylko tę złą - mówi syn, któremu po ojcu został jedynie stary ustnik od trąbki.

Głęboką przemianą skazanego poruszony był sam ówczesny prezydent Francji, René Coty, praktykujący katolik, ale nie skorzystał z prawa do ułaskawienia skazańca, bojąc się buntu policji. Policjant zabity przez Fescha był wdowcem wychowującym 3-letnią córeczkę.

Jacques Fesch nie chciał zabić. Nie celował. Podczas ucieczki zgubił okulary. Był krótkowidzem. Kiedy usłyszał: „Ręce do góry” i padł strzał, odpowiedział tym samym, naciskając spust pistoletu w kieszeni płaszcza. Trafił w samo serce. W swoim uwięzieniu Jacques dopatrywał się ...mądrej decyzji Opatrzności. „Bóg zainterweniował. Ocalił mi życie w krwawej jatce, dał mi się poznać w samotności mojej celi”, napisał.

Ostatnie godziny życia spędził na modlitwie; „Kiedy tylko spojrzałem przez judasza, więzień klęczał z twarzą zasłoniętą rękami. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ten człowiek został skazany na śmierć - powiedział ówczesny strażnik więzienny.

Jolanta Pierończyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.