Dorota i Olek zmienili starą gorzelnię w miejsce z duszą

Czytaj dalej
Jacek Drost

Dorota i Olek zmienili starą gorzelnię w miejsce z duszą

Jacek Drost

To trochę tajemnicze miejsce. Niektórzy, widzą, że coś robimy, ale nie do końca wiedzą, co. I to nam pasuje - mówią zgodnie Dorota i Aleksander Proske, którzy w Czechowiach-Dziedzicach stworzyli wyjątkowy zakątek.

Jeszcze nie zdarzyło się, żebym przyjechał do Czechowic-Dziedzic i bez błądzenia trafił pod wskazany adres. Tym razem też tak było, tradycji stało się zadość, cóż -taki urok tego 44-tysięcznego miasteczka słynącego z kopalni prowadzonej przez Czechów i rafinerii, którą nawiedził wielki pożar. Przy bazie czechowickiego Pekaesu zjechałem z dwupasmówki Bielsko-Biała - Katowice w ulicę Mazańcowicką. Pojechałem jakiś kilometr lub dwa, aż dojechałem do Pałacu Kotulińskich. Na skrzyżowaniu stanąłem skołowany, bo nie wiedziałem, jak znaleźć adres: hrabiego Kotulińskiego 6. W końcu wykonałem telefon do Doroty Proske.

Okazało się, że pojechałem ciut za daleko, musiałem się wrócić, ale koniec końców po chwili byłem na miejscu - w Przestrzeni Kreatywnej Kotulińskiego 6.

Obraz nędzy i rozpaczy
Tu kiedyś była gorzelnia, obok stoi zarząd-cówka, w pobliżu jest dom ogrodnika, za nami też jest jeszcze jakiś czworak. To wszystko wchodziło w skład kompleksu folwarcznego Pałacu Kotulińskich, łącznie ze stawami i ciągnęło się, aż po kościół świętej Katarzyny - wyjaśnia czechowiczanka Dorota Proske, energiczna brunetka, mama trojga dzieci, z wykształcenia ekonomistka i design menager, zapraszając mnie do środka budynku, który ze starej gorzelni zmienił się w miejsce dla ludzi otwartych, indywidualistów, osobników szukających inspiracji i lubiących zaskakiwać.

Na archiwalnych czarno-białych fotografiach, które wiszą w jednym z pomieszczeń, można zobaczyć kompletnie zrujnowany budynek z zawilgoconymi ścianami, odpadającym tynkiem, dachem błagającym o remont. W środku wcale nie było lepiej. Generalnie - obraz nędzy i rozpaczy. To właśnie ta gorzelnia.

Podobnego losu doświadczyło wiele zabytkowych obiektów, które po II wojnie światowej zostały upaństwowione, działały w ramach PGR-ów z jakąś szkołą rolniczą, zakładem zootechnicznym czy jeszcze innym tworem socjalistycznej gospodarki rolnej, by później popaść w ruinę, niełaskę i zapomnienie.

Mieszkanie za czytanie

Dwa kroki do tyłu, jeden w przód
Dorota i Olek swojego miejsca na ziemi szukali długo. Kiedy już podjęli decyzję o budowie domu, w zupełnie innej części Czechowic-Dziedzic, pozałatwiali formalności i wylali fundamenty, los zaprowadził ich do zrujnowanej gorzelni. Zastanawiali się dwa tygodnie, po czym stwierdzili, że sprzedają mieszkanie i kupują ruinę. Był 2009 rok. Niełatwy rok. Kryzys finansowy na świecie szalał na całego.

- Nie wiem, kiedy przestała działać tutaj gorzelnia: przed wojną czy wcześniej, ale my przejmowaliśmy to po hurtowni elektrycznej, kiedy wszystko się już waliło, ciekło do środka. Kiepsko to wyglądało, ale złapaliśmy klimat, ujrzeliśmy potencjał tego miejsca - opowiada Dorota Proske.

Podróżując po świecie zobaczyli, że gdzie indziej, choćby w Holandii czy Belgii, stare budynki dostają drugie życie. Podobało, że odpowiednio wyremontowane i zaaranżowane przestrzenie zostają połączone z nowoczesną ofertą, stając się miejscami dla ludzi o otwartych głowach i dla niebanalnych wydarzeń. Zauroczyła ich m.in. skandynawska prostota i autentyczność takich miejsc, inspirowały poznański SPOT czy Burakowska w Warszawie. Coś takiego - z duszą, z klimatem - postanowili stworzyć u siebie, na czechowickiej prowincji.

- Poświęciliśmy temu miejscu bardzo dużo czasu. Teraz, kiedy widać efekt ,to nas cieszy - zwierza się Olek Proske z wykształcenia ekonomista, główny księgowy w jednej z firm, przyznając, że remont zrujnowanego budynku to nie lada wyzwanie.

Kto tego nie robił, to nie zrozumie. Tutaj nic nie idzie po kolei jak przy budowie nowego - od fundamentu przez ściany, aż po dach. Remontując stary budynek trzeba działać niekonwencjonalnie. Czasami trzeba zrobić dwa kroki do tyłu, by móc zrobić jeden w przód. Trzeba mieć w sobie wiele zapału i samozaparcia, żeby poszczególne etapy doprowadzać do końca. I - najważniejsze - nie zwątpić w to, co się robi, bo długo nie widać efektu. To wyzwanie dla zapaleńców, ludzi z pasją, marzycieli, bo budowlańcy - którzy wiedzą jaki to trud - nigdy by się na coś takiego nie porwali.

- Szlifowanie podłóg, okien czy drzwi to już są fajne sprawy. Najgorsze jest zrobienie izolacji, te wszystkie kwestie konstrukcyjne, z którymi nie wiadomo co zrobić. Ale nigdy nie zwątpiliśmy, nie pomyśleliśmy, że to sprzedajemy - zwierza się Dorota.

Remont trwał trzy lata, jeszcze wiele zostało do zrobienia, ale i tak obecny efekt zapiera dech w piersiach.

Powstało miejsce z duszą
Na początku planowali, że część budynku będą wynajmować firmom, a część przeznaczą na organizację wydarzeń. Jednak koniec końców zrezygnowali z tego. Z czasem zaczęli się skupiać na wynajmowaniu klimatycznej przestrzeni na imprezy - począwszy od szkoleń i konferencji dla firm, poprzez warsztaty kulinarne i sesje fotograficzne, a na weselach, przyjęciach urodzinowych czy komuniach w niebanalnym miejscu skończywszy. Oczywiście w stylu slow - naturalnie, delektując się życiem i tym co wokół.

- W zeszłym roku zrobiliśmy trzy wesela. Każde było inne, fajne, miało swój klimat. Okazało się, że jest taki trend, by robić różne uroczystości w takich miejscach. Być może wynika to z tego, że restauracje działają tak samo, podobnie wyglądają, są przewidywalne. Część ludzi poszukuje więc ciekawych miejsc,dobrego jedzenia - zauważa Dorota.
Dorota i Olek mają świadomość, że są pionierami, bo o ile w dużych miastach ze znalezieniem takich klimatycznych miejsc nie ma problemu, to w mniejszych już ich brakuje. Przecierają szlak, starają się działać niekonwencjonalnie, pokazują, że można.

- W zależności od inwencji duże pole do popisu dajemy gościom. Bywa że organizują jakieś wydarzenie na Facebooku, przynoszą jedzenie, prześcigają się z różnymi pomysłami. Przestrzeń jest na tyle elastyczna, że można robić różne rzeczy. Jeśli trzeba, pomagamy, organizując na przykład katering - dodaje Dorota, oprowadzając po dawnej gorzelni.
Olek: - To miejsce dla ludzi z otwartymi głowami, którzy mają już dość standardowych miejsc i szukają czegoś nowego.

Jacek Drost

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.