tos

Edward Hulewicz koncertuje po całej Polsce: Lubię Śląsk i Zagłębie

Edward Hulewicz: Lubię Śląsk i Zagłębie Fot. Alicja Oswald Edward Hulewicz: Lubię Śląsk i Zagłębie
tos

Edward Hulewicz popularność zdobył w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Koncertuje i dzisiaj, mimo że jest już po osiemdziesiątce. Niedawno jedna z jego piosenek została wykorzystana w popularnym "Sanatorium miłości".

Przypomniał się pan ostatnio słuchaczom i widzom przy okazji piosenki, która rozpoczynała popularne "Sanatorium miłości". Jak doszło do tego, że to ten utwór stał się jednym ze znaków rozpoznawczych tego programu?

Zgłosił się do mnie reżyser tego programu Jakub Michnikowski, zresztą prywatnie syn słynnego Wiesława. Zachwycony był piosenką "Bo życie jedno mam" z mojej najnowszej płyty "Rock Cafe", znakomicie pasującej mu klimatem i treścią do powstającego właśnie nowego serialu TVP "Sanatorium miłości", który ma reżyserować. To bardzo optymistyczna piosenka i tak jak wszystkie utwory z tej płyty napisana na zamówienie. Mówi o mnie, o mojej aktualnej sytuacji życiowej, o moim pokoleniu i przesłaniu, aby nie rozpamiętywać swojej przeszłości, nie spoglądać wstecz, a iść do przodu, brać z życia wszystko to, co ono oferuje, bo przecież każdy okres naszego życia ma swoje uroki, walory i piękno, trzeba tylko to wszystko dostrzec, bo życie wszak mamy jedno. I o tym wszystkim właśnie ten serial ma w swoim założeniu traktować i zajmować się życiem - no powiedzmy starszego pokolenia. Piosenka była motywem przewodnim tego serialu, ukazywać się w czołówce każdego odcinka oraz w końcowych napisach. Uzgodniliśmy wszystko, podpisałem z Produkcją stosowną umowę i tak się to zaczęło.

Miał pan okazję wystąpić dla uczestników tego programu, co pokazano w jednym z odcinków. Jak pan wspomina wizytę w Ustroniu?

Uzgodniliśmy z produkcją serialu, że dodatkowo zostanie nagrany mój recital, który we fragmentach będzie pokazywany w niektórych odcinkach. Pojechałem do Ustronia, tam zorganizowano w jednej z sal koncertowych tej miejscowości mój koncert, rozreklamowano tę imprezę tak, że miałem zapełnioną salę po brzegi. W pierwszych rzędach siedzieli wykonawcy biorący udział w serialu, bawili się świetnie, reagowali znakomicie, a ekipa telewizyjna to wszystko nagrała. A potem w bardzo niestety małych fragmentach pokazano to w dwóch odcinkach. Z kilkoma wykonawcami z serialu spotkałem się jeszcze w jakiś czas potem w telewizji w popularnym programie "Pytanie na śniadanie". Powspominaliśmy sobie, poopowiadaliśmy widzom o swoich wrażeniach z nagrań, ja o swojej pracy i planach zawodowych, a także o swoim jubileuszu pracy artystycznej jaki obchodzę w tym roku.
Jako ciekawostkę może dodam jeszcze, że TVP wysłała ten serial na Światowe Targi Produkcji Telewizyjnych w Cannes, gdzie proszę sobie wyobrazić serial ten został tam zaliczony do jednych z pięciu najlepszych produkcji świata. Zgłosiło się masę państw z propozycją zakupu serialu do emisji w swoich krajach, więc powiem żartobliwie, że być może szykuje mi się sława światowa.

Studiował pan w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Jak to się stało, że nie został pan nauczycielem a piosenkarzem?

Po maturze miałem wielkie plany zdawania do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. O tym krótko, bo krótki był to epizod w moim życiu. Pojechałem do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi, wydawało mi się, dobrze przygotowany, choć pojęcia nie miałem, jak się należało do tego zabrać. Jechałem także bez jakiegokolwiek poparcia, protekcji, czy choćby rodzinnych koneksji, a to kierunek, na którym taka rzecz to podstawa. Ot, młody człowiek z małego miasteczka z pełną głową ideałów, w zderzeniu z brutalną rzeczywistością. Byłem wprawdzie obkuty zarówno w teorię, jak i teksty, ale to okazało się nie wystarczające. Przed salą egzaminacyjną tłumy elegancko ubranych młodych ludzi, seksowne pannice, wymakijażowane, pewne siebie, a ja... szkoda gadać. Wracam do domu na tarczy i choć, jak mi powiedziano, zdałem egzamin, ale z braku miejsc... Żeby jednak nie tracić czasu, wysłałem papiery do WSP w Gdańsku i tam zostałem przyjęty. Po przyjeździe do Gdańska oczywiście natychmiast spenetrowałem artystyczne działania środowiska studenckiego, a przede wszystkim odnalazłem legendarny, kultowy Klub Studentów Wybrzeża "Żak". Tam szybko się zadomowiłem i spędzałem tam większość wolnego czasu. Był to klub z tradycjami, bowiem tu swego czasu działali Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz itp. Odkryłem potem „Rudego Kota”, klub jazzowy, i na przemian i tu i tam udzielałem się artystycznie. W ramach współpracy międzyklubowej z Czechosłowacją pojechaliśmy tam na krótki okres na koncerty, co skończyło się moim rocznym tam pobytem, bo miejscowe teatry muzyczne zaproponowały mi roczny artystyczny kontrakt, więc zostałem i pracowałem tam z największymi gwiazdami tego kraju jak Karel Gott, Helena Vondrackova itd. Z okresu studiów pamiętam pewien epizod. Jak wiadomo z tego rodzaju studiami nieodłącznie związane są tzw. praktyki studencki, które w tym przypadku polegają na wykładach w jakichś szkołach średnich. Pewnego razu, na jednej z takich praktyk idąc korytarzem szkolnym na lekcję, obładowany książkami, mapami, dziennikami, skryptami itd., spotykam idącego korytarzem starego nauczyciela tej szkoły, który szedł na swoją lekcję jedynie z małym dzienniczkiem. Kurtuazyjnie zagaduję go komplementem: - Pan, panie profesorze, pewnie wszystko to co ja tu dźwigam pod pachami, ma w głowie. A on na to: - Znacznie niżej drogi kolego, znacznie niżej.

Z wielu utworów, które Pan śpiewał słuchacze najbardziej zapamiętali "Za zdrowie pań" i "Obietnice". Spodziewał się Pan, że to właśnie te utwory staną się przebojami?

No jeszcze "Serdeczne życzenia", które przez wiele lat były nieodłącznym punktem programu popularnych kiedyś "Telewizyjnych Koncertów Życzeń", jeszcze pieśń "Hej baby, baby" z legendarnego musicalu Kasi Gaertner "Na szkle malowane" itd. Co do przebojowości nigdy tego nie da się przewidzieć, bo nie ma na to recepty, choć w przypadku "Obietnic", już po pierwszym dniu emisji tego utworu w mediach, natychmiast znalazł się on na pierwszych miejscach wszystkich list przebojów. Z tą piosenką wiąże się zresztą pewna anegdota, a właściwie pewne wydarzenie z mojego życia. Otóż natychmiast po emisji tej piosenki w mediach rozpoczął się szum medialny wokół mojej osoby. A więc wywiady w radiu, telewizji i gazetach i właśnie w jednej z gazet dziennikarz przez swoją niefrasobliwość pod wywiadem ze mną zamieścił mój adres prywatny. I zaczął się horror, zacząłem otrzymywać setki listów dziennie, listonosz mnie przeklął. Naturalnie, nie tylko nie byłem w stanie na nie odpisywać, ale też nie starczało mi czasu, żeby je czytać. Zdarzało się jednak, że od czasu do czasu zasiadałem i otwierałem na chybił trafił niektóre z nich i czytałem. Większość z nich to prośby o zdjęcie z autografem, wyznania miłosne, propozycje erotyczne, czy małżeńskie. Były też prośby o sponsoring, a nawet szantażujące, że jeśli nie przyjdę na spotkanie w umówionym miejscu, to wielbicielka popełni samobójstwo, albo przyjdzie i zamieszka na mojej wycieraczce przed drzwiami. Jeden z takich listów przebił jednak wszystkie pozostałe, najlepszy dowód, że zapamiętałem go do dziś. Oto jego treść: „Panie Edwardzie, błagam pana, w następnej audycji telewizyjnej niech pan się nie rusza. Niech pan stoi w miejscu, bo nie mogę nadążyć za panem moimi ustami po ekranie.”

Jest Pan już po osiemdziesiątce, a nadal aktywnie Pan koncertuje. Czy to przez połknięcie bakcyla estrady, który cały czas ciągnie do występów przed publicznością?

Istotnie, mimo, że nie bryluję na pierwszych stronach kolorowych czasopism, bardzo umiarkowanie występuję w telewizji, bo wiadomo jak dzisiejsze media traktują wykonawców mojego pokolenia, robię swoje, jestem zawodowo ciągle czynny, koncertuję i nadal otrzymuję propozycje koncertowe. Poza tym nagrywam nowe piosenki, nowe płyty i staram się nie zasklepiać w stylistyce obowiązującej w czasach mojej największej popularności, iść z duchem czasu, śledzić co dzieje się aktualnie w muzyce, tworzyć repertuar zgodny z aktualnymi tendencjami. I takim jest mój najnowszy krążek, zatytułowany: „Rock Cafe”. Poza tym działam i to bardzo intensywnie w pracach Zarządu Sekcji Estrady Związku Artystów Scen Polskich, w Internecie, oczywiście w miarę wolnego
czasu, mam bardzo szeroki krąg fanów i to mnie cieszy i buduje. Otrzymuję branżowe i państwowe odznaczenia, jak choćby w zeszłym roku Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Wieku nie ukrywam, bo by się nie dało, bowiem w każdej encyklopedii muzycznej czy choćby w Wikipedii już o to zadbano by to zamieścić. Także szerokim echem i w prasie i w innych mediach odbił się mój jubileusz 50-lecia pracy artystycznej, świętowany na kilku koncertach jubileuszowych i w ZASP i w salach koncertowych w Warszawie. Ministerstwo Kultury przyznało mi na tę okoliczność prestiżowy i nobilitujący srebrny medal "Zasłużony Kulturze - Gloria Artis", władze ZASP statuetką "Jubilat", władze SAVP statuetką "SAVP" itd itp. Natomiast wydawnictwo fonograficzne DigiTouch wydało jubileuszowy dwupłytowy album pt. "Edward Hulewicz - Przekrój twórczości". Od dawna nie mam kompleksu wieku, a komentarzy na temat kondycji się nie boję, bo praca nad sobą, a także geny powodują, że jest całkiem nieźle. Co robię by zachować młody wygląd? Niewiele, prócz codziennej porannej gimnastyki, dwa razy w tygodniu siłownia i basen, a to co najważniejsze, nie jem mięsa. Mnie procentował okres kształcenia głosu z czasów młodości, ustawienia go, przyswajania umiejętności eksploatowania go tak, by pozostał świeżym jak najdłużej, co mieści się w pojęciu tzw. warsztatu wokalnego.
Dziś zawodowo bawię się sztuką wokalną, eksperymentując w różnych obszarach muzyki, robię to, co najbardziej mnie satysfakcjonuje i na co o dziwo (wziąwszy pod uwagę wiek) potrafię i mogę sobie pozwolić. Chodzi o sztukę wokalną z obszarów muzyki operowej. Bez niepotrzebnej skromności mogę powiedzieć, że z łatwością wykonuję partie tenorowe w oryginalnych tonacjach. I to jest dopiero satysfakcja, co wykorzystałem wydając niedawno maxi-singiel z utworami z tego obszaru muzyki tytułując go "Edward Hulewicz Klasycznie" - z pieśniami i ariami operowymi.

Przed laty współpracował pan z katowicką orkiestrą Jerzego Miliana. Pewno wiele razy koncertował pan również na Śląsku i w Zagłębiu. Niedawno słuchaliśmy pana w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Jak wspomina pan koncerty w tym regionie? Czy jakieś wydarzenia sprzed lat szczególnie utkwiły Panu w pamięci?

Czas współpracy z katowicką orkiestrą PRiTV pod dyrekcją Jerzego Miliana wspominam ze szczególnym sentymentem, bo wiąże się to z sesjami nagraniowymi utworów, które zaznaczyły się w mojej artystycznej pracy złotymi zgłoskami, jak choćby utwór "Zgubiłem się po drodze", którego fragmenty zamieściło w swoich utworach wielu młodych twórców (jak choćby O.S.T.R.), nie tylko zresztą polskich. Śląsk i Zagłębie odwiedzam z koncertami bardzo często i bardzo lubię tu występować, publiczność tu jest wspaniała, mam zresztą tu wielu znajomych i przyjaciół. Ostatnio właśnie otrzymałem zaproszenie na występ w kolejnej Gali Piosenki Biesiadnej, co mnie ogromnie ucieszyło i wystąpiłem 11 maja w Zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca jako gość specjalny. Publiczność przyjęła mnie bardzo życzliwie, tak, że musiałem bisować, co zrobiłem z przyjemnością. Co do wydarzeń sprzed lat, które szczególnie zostały mi w pamięci, to pamiętam taki jeden koncert w Katowicach. Był taki okres, kiedy nasz organizator i kierownik zespołu w jednym, zamyślił uatrakcyjnić program, przenosząc na nasz grunt pewien pomysł, stosowany w telewizji w popularnym wówczas rozrywkowym programie pt. „Ludziom dobrej roboty”. Otóż na naszym koncercie w odpowiednim miejscu trzeba będzie wymienić nazwiska przodujących robotników, uzgodnione oczywiście z dyrektorem zakładu podczas sprzedawania koncertu, a więc w jakiś czas przed występem. Nasz organizator wymyślił sobie zastosować tę skradzioną z telewizji innowację w taki sposób, że ja kończąc program, wręczę takiej zasłużonej pracownicy swoją płytę. Domorosła jego twórczość najwyraźniej rozsadzała mu głowę, bo w swojej niewyczerpanej pomysłowości za jakiś czas wymyślił jeszcze, że ta kobiecina przed tym powinna być zapytana ze sceny, kogo by sobie życzyła, żeby jej zaśpiewał. Ona oczywiście powie, że chce Hulewicza, a ja jak diabeł z pudełka, nieoczekiwanie wyskoczę na scenę i jej zaśpiewam. Przed koncertem, jeszcze w zakładzie pracy, organizator wyszukiwał na ofiarę, taką właśnie zasłużoną biedaczkę i wbijał jej do głowy, o co ma być pytana i jakiego artystę ma „wybrać”. Biedna kobiecina powtarzała w kółko pytanie, które jej zadadzą i nazwisko „ulubionego” piosenkarza. Były to najczęściej proste, nie najmłodsze kobiety, które czasami nawet nie słyszały nigdy mojego nazwiska. Bezgranicznie przerażone, powtarzały przez cały koncert to nazwisko, żeby go nie zapomnieć. Nic z tego koncertu nie miały, umierały ze strachu do końca przedstawienia czekając na ten swój „występ”, aby wreszcie spytane kogo chcą aby im zaśpiewał, wybąkiwały najczęściej przekręcone nazwisko i padały na fotel śmiertelnie wyczerpane i szczęśliwe, że ich męka się skończyła. I wszystko przebiegało zgodnie ze scenariuszem, kiedy konferansjer przestrzegał zasadę żeby zadać tej kobiecinie pytanie w takim brzmieniu jakie podano jej do zapamiętania. Katastrofą kończyło się natomiast wtedy, kiedy padało ze sceny pytanie w zmienionej formie. I tak się też pewnego razu stało. Elokwentnie rozdokazywany konferansjer, zamiast spytać: „kogo pani wybrała na dzisiejszy koncert?”, spytał: „kogo pani zaprosiła na dzisiejszy koncert?”. Kobiecina zdębiała i zdezorientowana palnęła: - Szwagierkę – Tu zbity z tropu konferansjer, też nie wiedział co powiedzieć i bąkał: - Jak to szwagierkę? - A no szwagierkę, bo stary poszedł na drugą zmianę. Trudno powiedzieć, co się działo za kulisami. Koledzy wyli nieludzkimi głosami, orkiestra tarzała się po scenie. Konferansjer zaczął ratować sprawę. - A może pani zaprosiła kogoś z artystów? - Aaaaaa, taaaak – wpadła wreszcie na trop babina, tylko że niestety dyskutując z konferansjerem o tej nieszczęsnej szwagierce, siłą rzeczy przestała powtarzać nazwisko „wybranego” artysty i go zapomniała. - Hu...hu...hu… - hukała z obłędem w oczach, przerażona kobieta. Wreszcie oczy jej zabłysły, na twarzy zakwitł wyraz absolutnego szczęścia i wykrzyknęła: Hulkowskiego! Odpowiedział jej zza kulis zwierzęcy ryk.

tos

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.