Ewa Kasprzyk wystrzega się przeciętności – w życiu zawodowym i prywatnym

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa
Paweł Gzyl

Ewa Kasprzyk wystrzega się przeciętności – w życiu zawodowym i prywatnym

Paweł Gzyl

Wróżka powiedziała kiedyś, że druga połowa jej życia będzie lepsza od pierwszej. Czekała więc, co los przyniesie. I dostała w prezencie nową miłość.

Jest najlepszym przykładem na to, że prawdziwe życie zaczyna się po sześćdziesiątce. To w ostatnich latach doświadczyła zaskakującego powrotu na duże ekrany, dzięki czemu oglądaliśmy ją w nowym „Koglu-Moglu”, w „Polityce” czy w „Banksterach”. Mało tego – znalazła nową miłość i podbiła z partnerem serca telewidzów, występując w talent-show „Power Couple”. Czyli można? Można! Oczywiście jeśli jest się Ewą Kasprzyk.

– Jestem dowodem na to, że życie dojrzałej kobiety to nie „czołganie się do cmentarza”, że jest ciekawe, pełne wyzwań i możliwości. Żyję pełnią życia, jestem zakochana i bardzo szczęśliwa. A przecież zaczynałam wszystko od zera – nowe życie, nowy dom, nowy partner. Chodzi o to, żeby żyć tak, żeby przeszłość nie zdominowała teraźniejszości. Nie rzucała się na nią cieniem, bo inaczej nie ruszymy do przodu – tłumaczy w „Vivie”.

*
Kiedy przyszła na świat, miała długie włosy. Matka chrzestna oznajmiła wtedy wszystkim, że będzie artystką. Początkowo nie było to wcale takie oczywiste, bo w jej rodzinie nie było takich tradycji. Tata pracował jako dyrektor szkoły i jedynie marzył o wielkim świecie. Mama patrzyła na świat bardziej realistycznie. Była kierowniczką restauracji i mała Ewa przychodziła do niej po lekcjach, by podziwiać ładnie ubrane i umalowane kelnerki.

– Mama jak każda chciała mieć mnie przy sobie, a ja rwałam się w świat. Tata był bardziej przychylny moim wyborom. Sam był niespokojny duchem. Zawsze mi powtarzał: „Nie bądź przeciętna, miej pasję życia bo bez tego człowiek gnuśnieje”. Staram się o tym pamiętać – wspomina w Plejadzie.

Jako nastolatka Ewa szybko dojrzewała. Wstydząc się swego wyglądu, chowała atrybuty młodej kobiecości w workowatych ubraniach. Nic więc dziwnego, że kiedy przyznała się mamie, że chce zdawać do szkoły teatralnej, ta ją wyśmiała. „Jesteś za mało ładna na aktorkę” – powiedziała. „Jedź, spróbuj” – zachęciła ją babcia – i wystroiła wnuczkę w sukienkę w groszki z białym kołnierzykiem. Stremowana dziewczyna nie zdała, obrywając same dwóje. Ale się nie poddała. Za czwartym razem wreszcie się udało.

– W artystycznym Krakowie chciałam być „dekadencka”. Edward Stachura, James Dean, Marilyn Monroe i inni życiowi rozbitkowie byli moimi idolami. Na wyglądzie się nie skupiałam. Ubierałam się w luźne stroje i płaskie buty. Czasem nawet tata mówił: „Nigdzie z tobą nie pójdę, wyglądasz dziwacznie”. A ja uważałam, że najważniejsze jest wnętrze. Liczyło się to, co oglądam, czytam, pisałam wtedy wiersze, pamiętniki – podkreśla w „Twoim Stylu”.

*
Po studiach dostała etat w Teatrze Wybrzeże. Wyjazd do Gdańska dobrze jej zrobił. Kiedy zobaczyła, że nad morzem dziewczyny są bardziej wyzwolone i noszą się tak, żeby podkreślać swe kobiece atuty, wreszcie przestała się wstydzić swojego ciała. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Na basenie poznała przystojnego inżyniera. Chociaż był starszy od niej o osiemnaście lat, zakochała się w nim bez pamięci.

– Na początku nie wiedziałam, że jest żonaty. Mężczyźni nie chwalą się takimi rzeczami. A na pewno nie na pierwszej randce. Prężył przede mną muskuły na basenie – bo tam się poznaliśmy – i tyle. Powiedziałam, że powinien popracować nad kraulem. Nie myślałam o nim jak o życiowym partnerze. A on poczekał, aż zakocham się na dobre i wtedy powiedział o swoich zobowiązaniach – tłumaczy w „Twoim Stylu”.

Tuż po ślubie na świat przyszła córka pary – Małgosia. Wtedy mąż dostał kontrakt w Bułgarii i cała rodzina przeniosła się za granicę. Wszystko wskazywało na to, że Ewa zostanie żoną i mamą na pełen etat. Po dwóch latach na emigracji dostała jednak telefon od reżysera Romana Załuskiego, który zaproponował jej występ w filmie „Kogel-Mogel”. Wtedy poczuła zew aktorstwa – i namówiła męża na powrót do Polski. To była słuszna decyzja. „Kogel-Mogel” okazał się hitem i otwarł przed Ewą drzwi do kolejnych produkcji.

– Najlepiej czuję się w rolach, które są dobrze napisane. To się od razu wyczuwa. Po tylu latach w zawodzie, czytając scenariusz, wiem, ile da się wycisnąć z roli i ile jest mięsa dla aktora. Dlatego często odmawiam udziału w filmach i sztukach, w których role są powtarzalne. Ciągle szukam czegoś nowego. Mam głód artystycznych wyzwań, które byłyby dla mnie czymś zupełnie nowym – podkreśla w „Magazynie VIP”.

*
Początkowo Ewa dojeżdżała z Gdańska do Warszawy na zdjęcia. Kiedy jednak udało jej się dostać etat w Teatrze Kwadrat, okazało się to zbyt uciążliwe. Dlatego mąż kupił jej mieszkanie w stolicy. Aktorka zabrała córkę i przeniosła do Warszawy. Tak zaczęło się jej małżeństwo na odległość. Jednocześnie Ewa rozsmakowała się w pracy i kręciła film za filmem. Ucierpiała na tym jej córka, która po latach przyznała, że najczęściej oglądała mamę... na kasetach wideo.

– Przyczyną naszych nieporozumień było to, że kiedyś mało ze sobą rozmawiałyśmy. Nie ukrywajmy, praca aktora polega na częstych wyjazdach, nieobecności. Mieszkałam w Warszawie z mamą, ale niemal przez cały czas, kiedy chodziłam do liceum, byłam sama. Z jednej strony cieszyłam się, że mam luz, ale może podświadomie mogło to mieć wpływ na nasz konflikt. Ja też nie byłam grzeczną uczennicą, więc mogła mieć do mnie pretensje – mówi Małgorzata Bernatowicz w Onecie.

Plotkarskie media nieustannie węszyły za jakimś romansem, w który mogłaby zaangażować się Ewa z dala od męża. I w końcu stało się. Dwa lata temu aktorka obwieściła, że rozwodzi się z Janem Bernatowiczem po 36 latach małżeństwa. Nie bez przyczyny. W tym czasie poznała w Gdańsku młodszego od niej o osiem lat brokera morskiego – Michał Kozerskiego. Mężczyzna od dawna był nią zafascynowany i chciał ją poznać. Para zakochała się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Wkrótce po rozwodzie Ewy, jej nowy wybranek oświadczył się jej u stóp Akropolu. Ślub ma się odbyć w Afryce, gdzie Kozerski ma swój biznes.

– Zakochać się można w każdym wieku! Ja nie czekałam na nową miłość, ale jestem otwarta na to, co życie przynosi. I miłość przyszła. Na własnej skórze doświadczyłam, że to, w jakim jestem wieku, nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia. Zakochałam się jak dwudziestolatka – śmieje się aktorka w „Vivie”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.