Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia

Czytaj dalej
Fot. Patryk Drabek/Dziennik Zachodni
Patryk Drabek

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia

Patryk Drabek

Staw Brandka w Bytomiu. 24 czerwca 2004 roku. Kwadrans po 17. Dwie dziewczynki świętują koniec roku szkolnego. Nagle 13-latka, siedząc na łupku węglowym, zsuwa się do wody. Koleżanka próbuje ją ratować. Wędkarze widzą co się dzieje i dzwonią po służby. Nastolatka nie potrafi pływać, pod wodą przebywała 17 minut. Na miejsce przyjeżdża Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wodno-Nurkowego działająca w Komendzie Miejskiej PSP w Bytomiu. Nurkowie wyciągają dziewczynkę na brzeg, zespół ratownictwa medycznego reanimuje ją przez 40 minut. Bezskutecznie.

Dokładnie 13 lat później stoimy przy Brandce, po drugiej stronie stawu. Dwie osoby pływają pontonem, nagle wpadają do wody. Jedna z nich utrzymuje się na powierzchni, ratuje ją tzw. szybki nurek.

- Jeśli mamy możliwość szybkiego dojazdu i widać, że na powierzchni wody osoba potrzebuje pomocy, to wskakuję - tłumaczy mi mł. asp. Szymon Wąsowicz, starszy ratownik. Bez wątpienia ma predyspozycje do tego, by szybko zareagować. Pływa od dziecka, a w tym roku został mistrzem Śląska strażaków w tej dyscyplinie. Nie zakłada butli do nurkowania, tylko zestaw ABC (maska, fajka i płetwy). Jest w wodzie po kilkunastu sekundach od przyjazdu na miejsce zdarzenia.

Druga osoba z pontonu nie potrafi pływać i tonie. Jakby tego było mało jeden ze świadków zdarzenia przecenia swoje umiejętności i również potrzebuje pomocy. Po chwili ktoś informuje o jeszcze jednej osobie pod wodą... Tym razem na szczęście to tylko ćwiczenia. Realizowane po to, by być w pełnej gotowości podczas prawdziwych akcji. Tych niestety nie brakuje.

Nikt nie zwróci uwagi. I nie uratuje

W całym ubiegłym roku w naszym regionie odnotowano 20 śmiertelnych przypadków. W tym - jeszcze przed wakacjami - w województwie śląskim utonęło 12 osób.

Strażacy z SGRWN w Bytomiu w ciągu roku jeżdżą średnio do 30 takich akcji. W ciągu 12 miesięcy wyciągają z wody nawet 9 topielców. Okoliczności tragedii? Słońce, kiełbaska na grillu, do tego piwko. Najlepiej w takim miejscu, w którym nie ma ratowników. Tam gdzie nikt nie zwróci uwagi. I nie uratuje.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

W Bytomiu dzikie kąpieliska są kontrolowane przez strażaków, policjantów i strażników miejskich. Jedziemy sprawdzić te najpopularniejsze i Pod Topolami spotykamy śląskiego „Davida Hasselhofa”. Starszy pan z lekką nadwagą i imponującą opalenizną uspokaja nas:

- Ja tu wszystkiego pilnuję. Możecie państwo wracać - przekonuje. Jesteśmy spokojni, bowiem poza sympatycznym panem tym razem nikogo tam nie ma. Nikt się nie kąpie. To jednak rzadkość, szczególnie gdy z nieba leje się żar. St. insp. Remigiusz Kaczyński z bytomskiej straży miejskiej wspomina:

- Latem ludzie wchodzą do takich stawów, chociaż tłumaczymy, że pod wodą czyhają różne zagrożenia. Mówimy im, że woda jest brudna. Nic do nich jednak nie dociera - kręci głową. - Wie pan co od nich słyszę? Śmieją się, że mieszkają na Śląsku i powietrze jest gorszej jakości niż ta woda - mówi strażnik.

Przy dzikich kąpieliskach są tablice informujące o tym, że kąpiel, łagodnie mówiąc, nie jest wskazana. Nie podobają się jednak wielu osobom, które uważają, że jeśli one znikną, to pluskanie się w stawie będzie już legalne. Na takich delikwentów strażnicy mają bata - mandat do 250 złotych. - Zdarzają się jednak także pouczenia, a rodzinom z dziećmi rozdajemy... wejściówki na miejski basen - mówią strażnicy.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

Jedni na województwo

A strażacy - specjaliści z Bytomia? To jedyna taka grupa w regionie. Od 17 lat działają na terenie całego województwa, od Jeziora Żywieckiego po Częstochowę.

- Zdarza się tak, że w jednym miejscu kończymy akcję i od razu jedziemy na następną - podkreśla st. ogn. Marcin Błoński, kierownik prac podwodnych. Wystarczył jeden dzień w towarzystwie strażaków z Bytomia, by to potwierdzić. Pierwsze zgłoszenie: jedziemy nad Zalew Porajski.

Szybko jednak zawracamy, ponieważ okazało się, że mężczyźnie pomogli miejscowi policjanci i strażacy. Sytuacja nie była aż tak groźna, jak początkowo się wydawało. Mijają dwie godziny. Pogoria III. Mężczyzna bełkotał, że ktoś zniknął pod wodą. SGRWN przyjeżdża na miejsce, ale okazuje się, że to fałszywy alarm. Dopełnieniem służby był wyjazd nad zbiornik Zielona. Na szczęście także bez ofiar.

Prawda jest taka, że nurkowie z Bytomia wkraczają do akcji, gdy sytuacja jest już naprawdę skomplikowana. W idealnym świecie, gdy ktoś unosi się na powierzchni wody, mając na sobie kapok, trzymając się gałęzi lub jakiegokolwiek przedmiotu rzuconego przez trzeźwo myślących ludzi przebywających na brzegu. Daje to szansę na przeżycie. W tym realnym świecie strażacy z SGRWN przyjeżdżają najczęściej w momencie, gdy osoba, która potrzebuje pomocy jest już pod wodą. Do dwóch godzin trwa akcja ratownicza, a po tym czasie rusza już akcja poszukiwawcza.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

- Jeśli na miejscu zdarzenia są świadkowie, którzy są w stanie wskazać mniej więcej miejsce, w którym poszukiwana osoba wchodziła do wody lub utonęła, to nasza akcja może potrwać kilka minut - mówi st. bryg. Adam Wilk, zastępca komendanta miejskiego PSP w Bytomiu. - Mamy wtedy szansę na to, by przywrócić czynności życiowe, a raz udało nam się uratować osobę, która była już pod wodą (zalew Nakło Chechło - dop. red.). Niestety w większości przypadków świadkowie nie potrafią dokładnie stwierdzić miejsca utonięcia - podsumowuje st. bryg. Adam Wilk.

Siedzimy w JRG Bytom. Mamy pół godziny na rozmowę. Albo minutę. Wszystko zależy od tego czy nie dojdzie do pożaru, wypadku lub kolejnego utonięcia. Okazuje się bowiem, że strażacy z SGRWN są nie tylko specjalistami od nurkowania. Gdy trzeba, to muszą też gasić pożary. Jak każdy inny strażak.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

- Gdy już jedziemy na akcję nurkową, to wiemy z czym to się wiąże - mówi ogniomistrz Remigiusz Sołtysik, nurek MSWiA. - Wszystko zależy od warunków panujących na miejscu. Niestety przeważnie ludzie kąpią się jednak w takich miejscach, w których pod wodą jest bardzo słaba widoczność. Zdarzały się zatopione ogródki działkowe i druty kolczaste - podkreśla strażak.

Często nurkowie wychodzą na brzeg i mają na sobie to, co jest na dnie. Albo rośliny, albo bliżej nieokreśloną substancję. Zazwyczaj pokopalnianą.

- W większości przypadków nie ma to większego znaczenia czy mamy pod wodą zamknięte oczy czy też otwarte. Po prostu nic nie widać - komentuje sekc. Tomasz Król, młodszy nurek MSWiA. Specjalistycznej grupie z Bytomia zadanie ułatwiłby sonar. Problem polega na tym, że... nie ma go na liście sprzętów. Podczas akcji na Zalewie Starganiec w Mikołowie sonar zadysponowano z jednostki straży pożarnej z Krakowa.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

- Nie jest wam potrzebny na co dzień? - dopytuję. - Jest. Mamy nadzieję, że kiedyś go dostaniemy - odpowiadają dyplomatycznie strażacy z Bytomia.

Lepiej nie patrzeć

Każda akcja nad wodą jest inna. Czasami służby otrzymują zgłoszenie, że ktoś zostawił ubrania przy brzegu. Rozpoczyna się akcja. Po kilku godzinach okazuje się, że pan beztrosko poszedł na piwko. O rzeczach zapomniał. Nie zawsze jest jednak tak kolorowo. To, co strażacy widzą na co dzień, zostaje w ich głowach.

- Tłumaczymy sobie to tak, że każdy chyba ma taką lampkę, która kiedyś musi zgasnąć - mówią nurkowie, nawiązując do tragedii, których są świadkami. - Najbardziej przeżywamy te akcje, w których uczestniczą dzieci - zaznacza asp. Sławomir Wysypoł, kierownik prac podwodnych. Napisanie, że służba strażackiego nurka wiąże się z ogromnym stresem nie oddaje w pełni rzeczywistości.

Podczas akcji poszukiwawczych często słyszą pytania: dlaczego tylko jeden z was nurkuje? Wszyscy nie mogą wejść do wody? Nurkowie muszą pilnować czasu przebywania pod wodą, który zależy od głębokości prowadzenia działań i zapasu powietrza. Mijają 2 godziny od momentu zaginięcia osoby i pada pytanie: czy pan wyciągnie mojego synka? On będzie żył, prawda? Często toną dzieci, a rodziny opłakują je, czekają na odnalezienie i wydobycie ciał. - Jesteśmy wtedy bezsilni - mówią strażacy. Przerywamy rozmowę.

- Pierwszy zastęp do wyjazdu! - słychać w JRG. Moi rozmówcy jadą alarmowo do plamy oleju na ulicy Oświęcimskiej.

W każdej chwili mogą być jednak dysponowani nad wodę. Tam, w ciągu wielu lat służby, przeżyli już naprawdę sporo. - Pierwszy topielec to duże przeżycie - nie kryje Remigiusz Sołtysik.

- Starsi strażacy opowiadają jak to jest, ale każdy reaguje inaczej. Mój śp. kolega Rafał Niejodek opowiadał mi kiedyś, że pod wodą napłynął prosto, twarzą w twarz, na osobę poszukiwaną. Przez długi czas, nurkując w tych ciemnych wodach, wyobrażałem sobie tę twarz - wspomina strażak.

Gdzie diabeł nie może, tam dotrą strażacy - nurkowie z Bytomia
Patryk Drabek/Dziennik Zachodni

Nurkowie wracają także do wydarzeń z Kalet. Pamiętają zbiornik przy głównej drodze. Nad brzegiem siedziała para nastolatków. Chłopak chciał się ochłodzić, zaczął tonąć. Dziewczyna próbowała mu pomóc. Oboje poszli na dno. Akcja trwała cały dzień. Dopiero, gdy zaczęto upuszczać wodę ze zbiornika, oczom mundurowych ukazały się ciała nastolatków.

- Ja pamiętam jeszcze 7-latka, który zginął, wpadając do niezabezpieczonego zbiornika przy opuszczonym zakładzie przemysłowym w Sosnowcu. To było kilka lat temu - dodaje st. ogn. Adam Pilarski, młodszy nurek MSWiA.

Dystans. Traktowanie tej służby jak robotę do wykonania. To nas może uratować - zaznaczają strażacy z SGRWN Bytom. Z takiego założenia wychodzi starszy strażak i młodszy nurek MSWiA Damian Małas. Zapamiętam jego kamienną twarz. Ma na sobie skafander, po chwili zakłada też butlę i maskę. Pełna koncentracja. W sytuacji, gdy jest tzw. nurkiem roboczym, w wodzie jest już zaledwie kilka minut od przyjazdu.

- Jest akcja, wchodzę. Mam wyznaczone zadanie i chcę wykonać je jak najlepiej. Po prostu odnaleźć poszukiwaną osobę - mówi bez emocji. - Staram się nie myśleć o tych akcjach, a gdy wyciągnę poszukiwaną osobę na brzeg, to staram się na nią nie patrzeć. Mam służbę, a gdy się kończy, to po prostu wychodzę poza mury jednostki. O tym co się działo nie rozmawiam z rodziną. Tak jest lepiej - podkreśla nurek.

Mł. ogn. Paweł Mrózek poza JRG zajmuje się sportem. Wcześniej była m.in. piłka nożna, lecz teraz króluje inna dyscyplina. Są efekty, ponieważ to aktualny mistrz Polski strażaków PSP w kolarstwie szosowym. - Rower pozwala mi nabrać dystansu. Myśleć o czymś innym niż służba - podkreśla strażak. - Po czym musimy odreagować? Przecież mówi się, że gdzie diabeł nie może, tam strażak dotrze - odpowiada Paweł Mrózek.

Patryk Drabek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.