Gliwice: Makabryczne odkrycie wstrząsnęło spokojnym osiedlem

Czytaj dalej
Patryk Drabek

Gliwice: Makabryczne odkrycie wstrząsnęło spokojnym osiedlem

Patryk Drabek

Chleb, cztery piwa, papierosy, czasem coś do kanapek. Zakupy i szybki powrót do domu. Tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Do chwili, w której pan Helmut zniknął. Zapadł się jak kamień w wodę.

Drzwi do trzypokojowego mieszkania na parterze nowiutkiego bloku były zamknięte na klucz i podejrzewano, że 76-letni mężczyzna zmarł. Policjanci wyważyli drzwi, ale w środku nie było nikogo. Ani pana Helmuta, ani jego dwóch kompanów, którzy u niego mieszkali. Minął rok. Mieszkańcy zamkniętego osiedla przy ulicy Pocztowej zapomnieli już o staruszku, kiedy w miejscu oddalonym o nieco ponad 3 kilometry, przy ulicy Wybrzeże Armii Krajowej, znaleziono walizkę ze skrępowanymi zwłokami.

Brzmi, jak scenariusz sensacyjnego filmu, ale to niestety wydarzyło się naprawdę. Po makabrycznym odkryciu rozpoczęła się żmudna i skrupulatna praca gliwickich policjantów oraz prokuratury. Nieprawdopodobne zaangażowanie mieszkańców Gliwic było równie nieocenione i praktycznie w ciągu dwóch dni udało się ustalić tożsamość mężczyzny, którego zwłoki znajdowały się w walizce. To Helmut K. - Mieszkał na naszym osiedlu przez całe życie, więc nie ma takiej możliwości by go nie znać. Miał swoje ścieżki, ale z reguły był to odcinek dom - sklep i droga powrotna. Od roku nie wiedzieliśmy, gdzie jest pan Helmut i kiedy policja apelowała o pomoc w ustaleniu tożsamości mężczyzny z Kłodnicy, zapaliła mi się lampka, że to może być ktoś, kogo znam. Gdy zobaczyłem zdjęcie, zmroziło mnie. Wiedziałem już, że to on - podkreśla Marcin Ziach, przewodniczący zarządu osiedla Ligota Zabrska.

Mieszkanie za czytanie

Spotkaliśmy się tuż przy Szkole Podstawowej nr 11, vis a vis osiedla. - Przepraszam, muszę jednak odebrać telefon - mówi w końcu, po kilku odrzuconych połączeniach. Dzwonią z zakładu pogrzebowego, trzeba ustalić szczegóły pogrzebu pana Helmuta. Ciężar zorganizowania uroczystości wziął na siebie właśnie przewodniczący zarządu osiedla Ligota Zabrska. Zasiłek pogrzebowy pokryje zakup trumny czy też koszt miejsca na cmentarzu. Zabrakło pieniędzy na ubranie i wieniec, ale pospolite ruszenie na osiedlu ma pomóc w uzbieraniu brakujących środków.

Sąsiedzi wspominając K., podkreślają, że był cichy i spokojny. Drobny, niegroźny pijaczek. Nigdy nikomu nic nie zabrał, a w swoim życiu ciężko i uczciwie pracował. Był stajennym, pracował w piekarni, a także w jednym z gliwickich zakładów. Przezwisko „Ksena” wzięło się z jego zamiłowania do porannej gimnastyki. W telewizji popularny był wtedy serial „Xena: Wojownicza księżniczka”, a ćwiczenia K. bardzo przypominały ruchy wykonywane przez tytułową bohaterkę. Ksywka „Gonzo” nawiązuje z kolei do nosa pana Helmuta i „Ulicy Sezamkowej”. Był znany i lubiany. Pewnego dnia w sklepie zauważył, że jego sąsiadce-emerytce wypadł stuzłotowy banknot. Podniósł go, a gdy kobieta zaczęła nerwowo szukać tych pieniędzy, położył te sto złotych na ladzie i powiedział z uśmiechem: „A, to tym razem ja za sąsiadkę zapłacę”.

- O człowieku najwięcej mówi się po śmierci. Okazało się, że pan Helmut jakieś 40-50 lat wcześniej miał żonę i dwójkę dzieci. Wzięli jednak rozwód, a kobieta wyjechała z dziećmi do Niemiec. Było mi go żal, ponieważ widziałem, że coś rodziło się w jego głowie. Nie wiem czy to demencja czy jakaś poważna choroba psychiczna. Gdyby koledzy wywieźli go do centrum Gliwic, to miałby problem z powrotem do domu - podkreśla Marcin Ziach.

„Koledzy” odgrywają w tej historii kluczową rolę. Gdy K. przeniósł się z wyburzonego domu na nowe osiedle, wokół niego pojawiali się nowi znajomi. Stał się łatwym celem dla osób, które potrzebowały pieniędzy. Raz zgubił dowód osobisty, a ktoś miał wykorzystać ten dokument do pobrania emerytury. K. regularnie gubił także klucze.

Katarzyna Karpusiewicz i Urszula Anaszewska akurat pilnują dzieci na placu zabaw. Obie mieszkają blisko dawnego mieszkania K., na tej samej klatce schodowej. Jedna pod „6”, druga pod „3”. Pan Helmut mieszkał pod „1”.

-To był taki człowiek, który nadużywał alkoholu, a z tego co wiem, to wcześniej był porządny. Rzadko go widywałam, ponieważ wychodził rano i wracał wieczorem. Nie było z nim problemów. Tylko ten zapach... Gdy zniknął, pojawiły się plotki, że znaleziono go na polach. Nikt nie spodziewał się takiej tragedii - podkreśla Katarzyna Karpusiewicz.

- Trudno uwierzyć w to, co się stało. Byłam przekonana, że jest już w jakimś ośrodku - dodaje Urszula Anaszewska.
Po dwóch latach mieszkanie K. wyglądało tragicznie. Brudne ściany i okna, a na podłodze styropian, na którym ktoś spał. Poza tym uderzający zapach, który doskwierał sąsiadom. Sytuacją pana Helmuta zainteresował się Ośrodek Pomocy Społecznej, a „Gonzo” miał zamieszkać w specjalnym ośrodku w Zabrzu. Miał, ponieważ w przeddzień zniknął, a nie było rodziny, która mogłaby zgłosić zaginięcie. Nie był ubezwłasnowolniony.

Co działo się z nim przez rok? Jak ustalili śledczy, mieszkał przy ulicy Marzanki z Jerzym R. To właśnie temu mężczyźnie postawiono zarzut zabójstwa i zbeszczeszczania zwłok. Ciało K. wyciągnięte z walizki ważyło 38 kilogramów, co oznacza, że schudł przynajmniej kilkanaście kilogramów. Sekcja zwłok wykazała także m.in. siniaki i złamane żebra.

- Gdyby ktoś wcześniej zadziałał, to być może ten koniec nie byłby taki - słychać od mieszkańców.
Przy ulicy Marzanki nie ma zamkniętego osiedla. Plac zabaw zamienił się natomiast w miejsce libacji alkoholowych. - Dlatego też sąsiedzi zlikwidowali ławki i piaskownicę, ponieważ chcieli żyć spokojnie - opowiada jedna z gliwiczanek, prosząc o anonimowość. - Ludzie się zmieniają, jest sporo studentów. Znam teraz może kilku lokatorów, a mieszkam tu od 1988 roku. Od pana dowiaduję się, że w tym bloku mieszkał ten mężczyzna z walizki. Wie pan. Wszyscy żyją na linii praca - dom - dodaje wyraźnie zaskoczona mieszkanka.

W trakcie śledztwa ustalono, że Jerzy R. zabił pomiędzy 1 a 4 kwietnia. Z relacji biegłej wynika ponadto, że K. najprawdopodobniej zmarł jedną - maksymalnie dwie doby przed odkryciem zwłok w Kłodnicy. Ostatecznie rozstrzygną to badania histopatologiczne, ale na ich wyniki trzeba poczekać jeszcze około miesiąca. Jeśli Jerzy R. zabił sam, to z walizką ze zwłokami musiał przejść spacerkiem około 15 - 20 minut.

Prokuratura nie wyklucza jednak kolejnych zatrzymań. - To jednak nie jest kwestia najbliższych dni. Funkcjonariusze cały czas nad tym pracują. Założono kilka wersji śledczych i są one weryfikowane - przekazała prokurator Joanna Smorczewska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Kim trzeba być, by zapakować ciało zmarłego mężczyzny do walizki, a później wyrzucić je do rzeki? - to pytanie, które ciśnie się teraz na usta mieszkańców Gliwic. Zresztą, nie tylko ich. Pogrzeb pana Helmuta odbędzie się jutro, o godzinie 11, w kościele pw. św. Józefa. K. zostanie pochowany na cmentarzu przy ulicy św. Jacka, około 1,5 kilometra od miejsca, w którym mieszkał przez kilkadziesiąt lat. - Po tym, jak wrzucono jego ciało do walizki, został odarty z człowieczeństwa. Chcieliśmy, by był pochowany jak człowiek, ponieważ na to po prostu zasługuje - tłumaczą mieszkańcy osiedla.

Patryk Drabek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.