Maria Mazurek

Grażyna Aondo-Aku: Jeśli zostawimy osoby z niepełnosprawnością na Ukrainie - przegramy człowieczeństwo

Grażyna Aondo-Aku: Jeśli zostawimy osoby z niepełnosprawnością na Ukrainie - przegramy człowieczeństwo
Maria Mazurek

Społeczeństwo jest na tyle silne, na ile silne jest jego najsłabsze ogniwo. Jeśli my teraz zapomnimy o osobach z niepełnosprawnością, poświęcimy ich, zostawimy na Ukrainie, mówiąc: „nie możecie inaczej, tu macie zapas jedzenia na dwa tygodnie, musicie radzić sobie sami” - to przegramy nasze człowieczeństwo. Rozmowa z Grażyną Aondo-Aku, pedagogiem specjalnym, działaczką stowarzyszenia „Klika”.

Kiedy ostatni raz się pani wyspała?

Przed wojną. Nasz punkt pomocy dla uchodźców z niepełnosprawnością działa trzeci tydzień. Staramy się zaopiekować wszystkimi osobami, które przez niego się przewinęły. Zabezpieczyliśmy już potrzeby około 300 osób, podczas gdy Wielka Brytania chwali się, że wydała 50 wiz. To jest bardzo ciężka praca, my wszyscy nie dosypiamy, nie regenerujemy się. Ale trudno w momencie, kiedy chodzi o życie człowieka, zastanawiać się, czy mogę poświęcić godzinę snu albo wyjście na spacer. Wie pani, my w „Klice” jesteśmy w większości ludźmi, którzy na co dzień żyją z osobami z niepełnosprawnością. Matkami, ojcami, córkami, synami, siostrami, przyjaciółkami osób z niepełnosprawnością. Nie wyobrażamy sobie naszych bliskich w takiej sytuacji, w jakiej znalazły się osoby z niepełnosprawnością na Ukrainie. Nie wyobrażamy sobie, jak mielibyśmy im nie pomóc. Ci ludzie są często zostawieni samymi sobie.

Dlaczego?

Nam jest bardzo daleko od tego, żeby oceniać czyjekolwiek decyzje. Ewakuacja osób z niepełnosprawnością jest trudna nawet podczas pokoju - mówię na przykład o sytuacjach, gdy jest awaria windy. A co dopiero w warunkach wojny, zagrożenia życia. Ja mam pełną świadomość, że zabranie ze sobą w ucieczkę osoby z niepełnosprawnością - czy to poruszającej się na wózku, czy niewidomej, czy z autyzmem - to może być twoje: przeżyję lub nie przeżyję. Nie mam prawa oceniać.

To częste sytuacje?

Znam różne historie, ale nie jestem w stanie ich zweryfikować. Myślę, że częściej zdarzają się takie historie, w których całe rodziny nie decydują się na ucieczkę, tylko zostają gdzieś wewnątrz Ukrainy, bo nie wiedzą, że mogą tu liczyć na pomoc.

A mogą?

Mogą. Ta pomoc jest mało skoordynowana, ale to nie jest tak, że nie da się nic zrobić. Pewnie mielibyśmy dużo większe oczekiwania wobec rządu, samorządu i innych instytucji. Czasem mamy poczucie, że my - i jeszcze garstka innych organizacji pozarządowych - jesteśmy z tym sami. Ale wszystko - i transport (nawet taki bardzo specjalistyczny, dla osoby leżącej, lub karetką z kroplówkami), i schronienie, i pomoc medyczna, i rehabilitacja na miejscu - są do zorganizowania. My początkowo myśleliśmy, że nasz punkt będzie kierował osoby z niepełnosprawnością dalej. Że my zbierzemy wszystkie informacje, które dotyczą pomocy takim osobom i będziemy je udostępniać, na zasadzie: potrzebujesz mieszkania - idziesz tu; potrzebujesz transportu karetką - odsyłamy tam; pomocy przy dokumentacji medycznej - jeszcze gdzieś indziej. Natomiast bardzo mocno zderzyliśmy się z rzeczywistością. Okazało się, że my tę pomoc, razem z kilkoma innymi organizacjami, musimy organizować sami.

Co miała pani ma myśli, mówiąc o „zderzeniu się z rzeczywistością”?

Nie jestem pewna, czy mogę mówić o takich rzeczach, bo my jednak potrzebujemy współpracy z samorządami.

Przemilczenie tego, co w tej współpracy nie działa, w niczym nie pomoże.

Przykładowa sytuacja: potrzebowaliśmy dwóch autokarów, żeby posłać do Francji 100 osób z niepełnosprawnością. Krótka piłka: mamy miejsca we Francji, oni są gotowi przyjąć do ośrodków osoby z niepełnosprawnością, wszystko, poza transportem, jest załatwione. Nasza koordynatorka dzwoni na infolinię centrum zarządzania kryzysowego, mówi: Możemy relokować 100 osób do Francji, dajcie nam dwa autokary. W słuchawce odpowiedź, że oni mają za dużo pracy, żeby się tym teraz zajmować. A przecież chodziło nam właśnie o to, żeby tej pracy im odjąć, żeby mieli o te 100 osób mniej na głowie. Inna sytuacja: dzwonimy na infolinię o mieszkaniach dla uchodźców. Prosimy, żeby wydzielili w bazie informacje o mieszkaniach nadających się dla osób z niepełnosprawnością. Po drugiej stronie oburzenie: My nie dzielimy uchodźców na pełno i niepełnosprawnych! A potem mamy mieszkanie na trzecim piętrze bez windy dla człowieka poruszającego się na wózku. Albo mamy dzieci z autyzmem w hotelach, gdzie jest po 300 osób. Tu nie chodzi o to, żeby kogoś dzielić i wykluczać - proszę mi wierzyć, my od wielu lat zajmujemy się czymś dokładnie przeciwnym - tylko o to, żeby zapewnić osobom z niepełnosprawnością takie warunki, w których oni będą w stanie funkcjonować. Więc my, zamiast udzielać uchodźcom informacji - takie było nasze założenie - robimy wszystko.

Konkretniej?

Organizujemy mieszkania. Organizujemy wolontariuszy do indywidualnej opieki nad ich sprawami. Organizujemy transport. Organizowaliśmy transport osoby leżącej na Ukrainie. Sprzęt medyczny: wózki, kule, inhalatory, przenośne toalety, protezy. To są rzeczy tylko z kilku ostatnich dni. Ogarniamy dokumentację medyczną, w imieniu naszych rodzin wydzwaniamy do lekarzy czy na NFZ. Czasem stykamy się z odpowiedzią, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Mieliśmy informację, że we Lwowie jest kobieta, która potrzebuje wszczepienia płytki biodrowej, na miejscu jej nie zoperują, potrzebuje więc transportu ze szpitala do szpitala. Dzwoniliśmy do wielu szpitali, wszystkie odpowiadały: Niech przyjedzie do Polski, zakwaterować ją, umówić na wizytę u lekarza, a potem zobaczymy, co da się zrobić.

Jak to się skończyło?

Na szczęście we Lwowie znalazł się lekarz, który ją zoperował.

Organizujecie też transport na samej Ukrainie?

Posłaliśmy na razie dwa transporty na Ukrainę. W pewnym ukraińskim mieście - ze względów bezpieczeństwa nie wymienię, którym - działamy z dziewczyną, która pracowała wcześniej we Wrocławiu. W momencie, kiedy wybuchła wojna, wyjechała na Ukrainę pomagać sierotom. Kiedy się do nas odezwała, miała pod opieką około 50 dzieci, potem dojechały jeszcze dzieci ewakuowane z Charkowa. Natomiast w całym obwodzie takich miejsc jest 36, w każdym dziećmi zajmuje się inna osoba, z którą nasza współpracowniczka ma kontakt. W sumie dziewczyny mają pod opieką około 600 dzieci: sierot, z niepełnosprawnością, z autyzmem, z chorobą sierocą, której objawy można zobaczyć nawet na krótkich, przesyłanych nam filmikach, z PTSD, z wszystkimi możliwymi trudnościami. Właśnie wysłaliśmy tam transport. Taki, żeby nasza dziewczyna nie musiała się już o nic martwić, tylko o dzieci. Zapakowaliśmy pieluszki, jedzenie, kremy na odparzenia, słodycze, maskotki, świeże ubranka dla dzieci. Tylko wie pani, co jest moją największą troską: pomoc ludziom tam, na miejscu, nie rozwiązuje problemu. Teraz wszystko jest lepsze niż być na Ukrainie. Sucha pieluszka jest ważna, ale nie rozwiązuje problemu zagrożenia życia, niemożliwości ewakuacji. Dlatego chcemy też ewakuować stamtąd ludzi, póki są jeszcze bezpieczni, bo za chwilę, kiedy kolejne miasto będzie otoczone i ostrzeliwane, będziemy łapać się za głowę: kurczę, mieliśmy tam ośrodek, a teraz już oni są otoczeni i nie można nic zrobić.

Czego do tego potrzebujecie?

Pieniędzy na busa - dostosowanego do przewożenie niepełnosprawnych - który będzie służył tam, na miejscu. Bo mamy na Ukrainie naszego człowieka, tylko potrzebujemy, żeby był bardziej samodzielny w działaniach. By, jak widzi potrzebę, mógł zawieźć ludzi na granicę, skąd ich odbierzemy - my lub jakieś inne stowarzyszenie. Ten człowiek już raz transportował dla nas ludzi z zagranicy, skorzystał wtedy z busa stowarzyszenia - bo my mamy kilka busów tu, w Krakowie, ale one służą na co dzień do przewożenia ludzi z niepełnosprawnością na warsztaty terapii zajęciowej. My naszym podopiecznym nie powiemy: Sorry, teraz Ukraina jest ważniejsza, nie będziecie jeździć na terapię. To było wykonalne raz, ale nie może się powtarzać.

Czym, jako stowarzyszenie, zajmujecie się na co dzień?

Mówiąc najkrócej: pomocą w zorganizowaniu dobrego życia dla osób z niepełnosprawnością, głównie ruchową. Działamy od 50 lat, początkowo naszą misją było, żeby wyciągnąć takie osoby z domów. Potem zauważyliśmy, że to nie wystarcza, że ci ludzie potrzebują też pracy, a skoro tak - to należy zająć się aktywizacją zawodową i warsztatami terapii zajęciowej. Prowadzimy też rekolekcje, turnusy rehabilitacyjne, różne wyjazdy. Lubimy takie ekstremalne wyzwania, bo one są fantastycznym materiałem do pracy terapeutycznej: iść z osobami z niepełnosprawnością w Tatry, przejść z nimi Camino de Santiago, czyli szlak pielgrzymkowy w Hiszpanii albo skakać z nimi ze spadochronem. Jednak przede wszystkim chodzi nam o niezależne życie dla tych osób: prowadzimy mieszkanie wspomagane, staramy się zbudować dom dla osób z niepełnosprawnością (pewnie teraz to się przedłuży, zobaczymy). Chcemy, żeby osoby z niepełnosprawnością mogły same o sobie decydować. Żeby mogli mieć piękne życie. Życie, które prowadzą też dla innych - taka osoba nie musi być tylko biorcą, ona może dawać światu wiele od siebie. Jeśli ma stworzone ku temu warunki.

Pani działa w „Klice”, ale też jest pedagogiem specjalnym i nauczycielem akademickim w obszarze niepełnosprawności. Poza tym wyszła pani za człowieka poruszającego się na wózku. Kiedy zrodził się w pani ten rodzaj wrażliwości?

Miałam 15 lat, kiedy zdecydowałam, że chcę zostać pedagogiem specjalnym. Jako nastolatka trafiłam do Wspólnoty Wiara i Światło w Krzeszowicach i tam poznałam fantastyczną osobę, Martę Dąbkowską, poetkę. Marta była - używam czasu przeszłego, bo od trzech lat nie żyje - osobą z niepełnosprawnością, która została moją najlepszą przyjaciółką. Przez całe życie pokazywała mi, że można nie być w stanie zawiązać sobie samodzielnie butów, ale mieć fantastyczne poczucie humoru, piękne marzenia. Można poruszać się na wózku, ale iść na długi spacer, napić się wina, pośmiać z przyjaciółmi. Po prostu żyć. Żyć pełnią życia. Już w Krakowie trafiłyśmy do „Kliki” we dwie. Śmieję się, że „Klika” to taka moja rodzina z wyboru. Ludzie, którzy zmagają się z podobnymi wyzwaniami, nie muszą ze sobą wiele rozmawiać, tłumaczyć sobie, o co chodzi. My to po prostu wiemy. Bez słów. Nasz prezes jest absolutnym herosem. Porusza się na wózku, a jego zakres ruchu kończy się na tym, że potrafi pokiwać jednym nadgarstkiem. Mimo to żyje pełnią życia, daje tyle od siebie. Do tego opiekuje się mamą, która ma już koło 90 lat i cierpi na demencję.

Te rzeczy, którymi na co dzień zajmujecie się w stowarzyszeniu, bardzo różnią się od działań, które podejmujecie teraz w związku z wojną na Ukrainie. Czujecie się na siłach?

Przez te kilka tygodni ani raz nie padło u nas pytanie, czy coś robimy, tylko - jak to robimy? Ma pani rację: my się nie znamy na wojnie, na uchodźcach, na ewakuacji. My się tego uczymy w trybie ekspresowym, żeby nie robić błędów. Ale znamy się na osobach z niepełnosprawnością, mamy kontakty do wielu organizacji. Musimy więc działać. Budzić sumienia. Chcemy mówić głośno, że upchnięcie uchodźców z niepełnosprawnością po mieszkaniach naszych wolontariuszy - i wolontariuszy innych organizacji - nie jest rozwiązaniem, które cokolwiek załatwia. Potrzebujemy działań długoterminowych, w Polsce i za granicą, bo jeden kraj tego nie uniesie. Potrzebujemy mechanizmów relokacji i współpracy z samorządami.

Pani wspomniała o pieniądzach na busa. Jak jeszcze można wam pomóc?

Potrzebujemy bazy noclegowej. Różnej: w mieszkaniach, w domach, na krócej, na dłużej, ale też w ośrodkach opieki, bo nie wszystkie osoby z niepełnosprawnością mają opiekuna. Potrzebujemy też wolontariuszy-indywidualnych opiekunów rodzin. Tu nie chodzi o to, żeby taki zgłaszający się do nas wolontariusz świadczył opiekę, ale żeby czasem zadzwonił do „swojej” rodziny, zrobił wywiad, zbierał potrzeby i przekazywał je do naszych koordynatorów, a potem tych koordynatorów pilnował - bo czasem coś może im umknąć. Chodzi wreszcie o to, żeby czasem pojechać do takiej rodziny, napić się z nimi kawy, porozmawiać, na co my zwyczajnie nie mamy czasu. Jedna rodzina, jedna historia.

Któraś z tych historii szczególnie zapadła pani w pamięć?

Nie pytam o szczegóły. Póki pracuję w trybie: tu tabelka, tam zadanie, temu transport, a tamtemu protezę - to jakoś sobie z tym wszystkim daję radę. Ale w momencie, jak przechodzi przeze mnie 50, 60, 80 takich historii, to jest zbyt obciążające emocjonalnie. Ja nie lubię takiej wersji siebie: wersji, w której nie pytam o imię, o historię, o to, co jest dla kogoś ważne. Nie lubię takiej siebie, ale inaczej nie dałabym rady. A najważniejsze to teraz maksymalnie pomóc tym ludziom, a nie skupiać się na własnych emocjach.

Co daje pomaganie pomagającym?

Społeczeństwo jest na tyle silne, na ile silne jest jego najsłabsze ogniwo. Jeśli my teraz zapomnimy o osobach z niepełnosprawnością, poświęcimy ich, zostawimy na Ukrainie, mówiąc: „nie możecie inaczej, tu macie zapas jedzenia na dwa tygodnie, musicie radzić sobie sami” - to przegramy nasze człowieczeństwo.

Katolickie Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych i Ich przyjaciół „Klika” prosi o pomoc, którą można zrealizować na trzy sposoby:
1) wpłacając pieniądze na konto stowarzyszenia, numer 07 1240 2294 1111 0000 3708 7979 (w tytule: Ukraina). Pieniądze zostaną przekazane na zakup busa do ewakuacji uchodźców;
2) zasilając bazę lokalową;
3) zostając indywidualnym opiekunem rodziny uchodźczej. Więcej informacji na grupie na facebooku: https://www.facebook.com/groups/318584273581831 i na stronie internetowej Kliki: www.www.klikakrakow.pl

Maria Mazurek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.