Hanna Banaszak: Dbam, aby nie przewróciło mi się w głowie

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Banas / Polska Press
Paweł Gzyl

Hanna Banaszak: Dbam, aby nie przewróciło mi się w głowie

Paweł Gzyl

Hanna Banaszak powraca po siedmiu latach z nową płytą. „Stoję na tobie Ziemio” zawiera dwanaście piosenek do tekstów wybitnych poetów, które układają się w refleksję nad kondycją współczesnego człowieka. Przy tej okazji wokalistka opowiedziała nam o swych wyjątkowych związkach z Krakowem.

- Co było inspiracją do nagrania albumu „Stoję na tobie Ziemio”?
- Świat, ludzie, dość długie już lata mego życia i liczne obserwacje z tym związane. Smutek, który na ten temat czasem mnie nawiedza, ale i nadzieja, która pozwala mi wierzyć, że człowiek jest istotą myślącą, więc może się kiedyś ocknie.

- Na swojej najnowszej płycie muzykę skomponowała pani sama. To pierwsza taka produkcja w Pani artystycznym dorobku. Nie boi się pani ocen innych, zawodowych kompozytorów?
- Nie, ponieważ wiem dlaczego tę płytę stworzyłam i wiem też co jest dla mnie dobre. To moje życie, moja twórczość i moja, świadoma za nią odpowiedzialność.

- Jak dobierała pani teksty do piosenek na tę płytę?

- Długo ich szukałam, bo chciałam powiedzieć mało, ale za to mądrze i mocno. Resztę postanowiłam wyrazić emocjami muzyki. Szukałam wśród najwybitniejszych, poetyckich umysłów. Dodałam do nich wiersz znakomitej Doroty Czupkiewicz i na końcu coś małego dopisałam sama.

- Większość tych tekstów to poezja. To nie pierwszy raz, kiedy sięga pani po wiersze. Za co lubi pani śpiewać poezję?

- Za jej szlachetność literacką, za metaforę, nieoczywistość, talent autora.

- Teksty układają się w gorzką opowieść o człowieku i jego upadłej naturze. Skąd u pani taki pesymizm?
- Jestem człowiekiem bardzo refleksyjnym. Przyglądam się ludziom i światu od lat i czarno to widzę. Trochę żartuję, ale nie da się ukryć, że jesteśmy mistrzami w dewastacji natury i egoistycznym myśleniu o sobie.

- Powiedziała pani kiedyś, że interesuje się psychologią. Psychologia pomaga pani zrozumieć człowieka?
- Psychologia przede wszystkim pozwoliła mi zrozumieć siebie, dzięki czemu zaczęłam też lepiej pojmować innych. Korzystam z niej na scenie i w codziennym życiu. To nauka, która człowiekowi jest bardzo potrzebna. Uważam, że na odpowiednim poziomie należy ją wykładać w podstawowych i średnich szkołach, a nie tylko później, na ukierunkowanych uczelniach. Ta dziedzina pomaga nam się rozwijać, wzajemnie szanować i podążać we właściwym kierunku.

- Zrozumienie człowieka pomaga wytłumaczyć i rozgrzeszyć go z błędów?
- Tak, to uczy pokory i swojego miejsca w szyku. Dziś potrafię dużo więcej wybaczyć i mniej krytycznie oceniać. Jak już mówiłam - aby rozumieć innych, najpierw trzeba zrozumieć siebie. Kiedy już coś z tego pojmiemy, wtedy drugi człowiek staje się jakiś bliższy, mniej obcy, a to pierwszy stopień do akceptacji i porozumienia.

- Czy psychologia pomaga pani również znosić pandemię?
- Pewnie tak. Dzięki jej zgłębianiu sporo już sobie w życiu poukładałam, w tym także dystans i odporność na trudy życia. Nigdy nie potrzebowałam zbyt wiele. Tym, co przez lata wypracowałam raczej się dzieliłam, niż inwestowałam w siebie. Oczywiście mam auto i mieszkam komfortowo, ale jak na znaną artystkę - jednak dość skromnie. To dla mnie ważne, bo dbam, aby nie przewróciło mi się w głowie, a tego rodzaju filozofia, w trudnych chwilach, takich jak pandemia naturalnie pozwala przetrwać. (śmiech)

- „Jestem osobą skłonną do nadmiernej powagi” – pisze pani o sobie na swej stronie internetowej. Z czego wynika ta skłonność?
- Żyjemy w skomplikowanych czasach, w których specjalnie nie ma się z czego śmiać. Świat wciąż nie wyciąga wniosków z historii i brnie w nieprzewidywalnych kierunkach. A moja Polska wciąż się kłóci i w swoim dualizmie, nie umie się nawzajem szanować, rozmawiać i rozumieć. To dla mnie bolesne i nie wiem czy mogę coś z tym zrobić. Co można dać z siebie, aby choć odrobinę to zmienić? Tu i ówdzie próbuję rozmawiać o kompromisie, ale wciąż widzę, że mało kto właściwie rozumie jego definicję.

- Czy dzieckiem też była pani poważnym?
- Częściej poważnym i na każdym etapie bardziej dojrzałym, niż rówieśnicy. Byłam też samotnikiem, pewnie także dlatego, że nie mam rodzeństwa. Często bawiłam się sama i osiągnęłam w tym mistrzostwo. Sama robiłam zabawki, szyłam dla lalek i siebie, nawlekałam korale, czytałam książki i jak mi ostatnio przypomniała jedna z kuzynek, pod nosem cały czas coś nuciłam.

- Na początku kariery związała się pani ze swingowym zespołem Sami Swoi. Dużo się pani podczas tej współpracy nauczyła?
- Tak, na tym etapie to była dobra szkoła śpiewu. Oczekiwano wtedy ode mnie, abym wykonywała bardzo różne gatunki muzyczne. Towarzyszyli mi w tym znakomici muzycy z zespołu, zatem naturalnie szkoliłam głos, wsłuchiwałam się w nasze współbrzmienia i ćwiczyłam różne rytmy, w tym swing, sambę, bossanovę, rock czy balladę jazzową. Przy okazji pozdrawiam wspaniałego kontrabasistę Janka Gonciarczyka, który wciąż w Samych Swoich gra i mieszka tuż obok Krakowa - w Wieliczce.

- W pewnym momencie chciano z pani zrobić polską gwiazdę eksportową i wylansować w... Japonii. Jak pani wspomina tę przygodę?
- Najpierw w Japonii, potem w Australii i na końcu w USA. Takie były plany. To było w czasach „Solidarności” i Polska na świecie była modna. Ktoś bogaty w Japonii wymyślił, żeby na światowym, muzycznym rynku wylansować artystę z Polski. Ostatecznie padło na mnie, a ja nie zdając sobie do końca sprawy, jak poważny miał to być kontrakt, ucieszyłam się z podróży do egzotycznego dla mnie kraju. Na miejscu okazało się, że czeka tam na mnie sztab ludzi, który zajmował się „każdym moim oddechem”. Nic z tego nie wyszło, bo moi japońscy menadżerowie nie do końca spotkali się z moim entuzjazmem. Sam wyjazd był fascynujący i szczegółowiej opiszę to kiedyś w książce, ale odebranie mi wolności decydowania o sobie, już w tamtych czasach było dla mnie nie do przyjęcia.

- Jakie są pani artystyczne związki z Krakowem?
- Namnożyło się tych związków. Mam stąd mnóstwo wspaniałych wspomnień, a także poznałam tutaj wielu wybitnych ludzi, którzy mieli ogromne znaczenie dla mojego, zawodowego rozwoju.

- Kogo ma pani na myśli?
- Przede wszystkim Piotra Skrzyneckiego. Poza tym, to kolebka wybitnych kompozytorów. Jan Kanty Pawluśkiewicz, Zygmunt Konieczny, Stanisław Radwan, Andrzej Zarycki, Zbigniew Preisner. Ich muzyka bardzo mnie w życiu inspirowała. Miałam okazję trochę jej także pośpiewać.

- No tak, choćby biorąc udział w „Nieszporach Ludźmierskich” Pawluśkiewicza.
- Nie tylko. Przez lata wykonywałam również kompozycje pozostałych wymienionych twórców. I wszystko to miało jakiś jedyny w swoim rodzaju charakter. Ta muzyka nosiła w sobie powiew tutejszych stron, pobliskich gór, urzekających przestrzeni i historii. To doprawdy nadzwyczajne miasto, przez lata rodzące szereg wybitnych postaci. Zacznijmy od Ewy Demarczyk. To dla mnie artystka największa. Jej interpretacje są genialne i ponadczasowe. Tak mi szkoda, że mimo iż mocno zaistniała na wielu różnych scenach, jednak moim zdaniem nie doceniono jej należycie. Choćby dlatego, że pozwolono jej odejść, przedwcześnie nas opuścić. O takie osobowości trzeba dbać i je rozumieć, a nie powierzchownie oceniać. Poza tym ci wszyscy niezwykli artyści z „Piwnicy pod Baranami”. Cóż to był za kabaret. I te znakomite nazwiska. Marek Grechuta, Wiesław Dymny, Krysytyna Zachwatowicz, Grzegorz Turnau, Beata Rybotycka, Anna Szałapak, Jacek Wójcicki. Do tego pisarze i poeci - sami wspaniali. Wielcy reżyserzy, wspaniałe teatry, aktorzy. Nie sposób ich wszystkich wymienić. Dla mnie Kraków jest jakiś baśniowy. Tutaj pięknie rozkwita talent. Ma do tego warunki.

- Wiem, że w latach 80. i 90. bywała pani częstym gościem Piwnicy pod Baranami. Co było tego przyczyną?
- Przede wszystkim moje serdeczne stosunki ze Skrzyneckim. Lubiliśmy się, a Piotr od czasu do czasu ponawiał propozycję mojej współpracy z Piwnicą. Namawiał mnie, abym się przeprowadziła do Krakowa i stała się jedną z krakowskich artystek. Twierdził, że to jest miasto dla mnie, bo żyją tu wszyscy ci, których mój talent potrzebuje. Nie zdecydowałam się jednak na tę propozycję, ale i tak z Krakowem utrzymuję kontakt, chętnie tu występuję i od czasu do czasu współpracuję z tutejszymi twórcami.

- A bliskość z Piotrem Skrzyneckim, czym dla pani była?
- Piotr dla mnie był kimś wyjątkowym, kimś w rodzaju lustra, uosobieniem wielkiej intuicji darowanej innym utalentowanym ludziom. Choć niczego mnie nie uczył, nie podpowiadał, nie sugerował, ale jednak oddziaływał na mnie. Był bardzo wyrazistą i niepowtarzalną postacią, z mądrością, która się nie rozpycha, tylko dostrzega się ją dopiero przy bliższym poznaniu i która innym daje poczucie siły. Poza tym, ta jego jedyna w swoim rodzaju wolność! To było fascynujące. No i jego wielkie wyczucie w dobieraniu piwnicznych artystów. Gdy przyjeżdżałam do Krakowa, Piotr zawsze przynosił mi kwiaty, jeździł ze mną dorożkami, mówił o Michelu Montaigne-u i Marku Aureliuszu, pisał do mnie liściki i emanował umiłowaniem dla istnienia. W domu mam jeden z jego słomkowych kapeluszy. Dostałam go już po śmierci Piotra, od Jana Nowickiego. Wisi u mnie na ścianie, nad naszym wspólnym zdjęciem. Oczywiście dodałam do niego piórko. Piotr Skrzynecki, to ktoś niezapomniany, ktoś, kto zawsze powraca w moich wspomnieniach jako artystyczna prawda. Choć miał też swoje małe wady, bo czasem bywał zbyt ironiczny, lubił plotki, popijał..., to posiadał też wielkie serce. Z dystansu czasu, to dla mnie ktoś bardzo ważny. Jednak ostatecznie, poszłam swoją osobną drogą.

- Po 1989 roku kariery wielu gwiazd piosenki z czasów Peerelu zakończyły się. Pani jednak z powodzeniem nagrywała i koncertowała. Nie miała pani problemu z odnalezieniem się w nowych czasach?
- Nie, ponieważ zawsze byłam człowiekiem pracy. Poza rzeczywistością, która dość mocno się przeobraziła, dla mnie nic się nie zmieniło. Nadal robiłam swoje, tylko musiałam się nauczyć nowych zasad. Poza tym nigdy nie bałam się zmian i zawsze mnie interesowała współczesność, więc nie byłam zainfekowana zależnością od siebie „retro”, lecz zawsze podążałam z nurtem współczesnych prądów.

- Unika pani rozgłosu i mediów. To niedzisiejsza postawa. Z czego ona wynika?
W pewnym momencie udałam się na wewnętrzną emigrację. Przestałam chcieć być obecną wszędzie. To miało swoje podłoże w mojej wielkiej popularności w latach 80. i 90. Nie lubiłam tego i nie chciałam dłużej być pożywką dla ludzkich komentarzy. To było dla mnie zbyt jałowe. Uznałam, że interesuje mnie mój osobisty rozwój, a nie rozpoznawalność na ulicach. Odeszłam od branżowego matecznika i nie żałuję.

- Nagrywa pani płyty z różnym repertuarem – od jazzu, przez piosenkę literacką, aż po klasykę. Co skłania panią do tych nieustannych poszukiwań?
- Chcę mieć poczucie, że moje życie się rusza, że wchodzę na kolejne góry, pokonuję własne słabości. Że nie jestem pasożytem, który czeka aż los sam mu poda pod nos spełnienie. Poszukiwania są dla mnie jednym z sensów istnienia. Stąd mój różnorodny repertuar, ale też moje fotografowanie i pisanie. Bez względu na wszystko, życie jest niezwykle ciekawe i można je przeżywać twórczo.

- Z biegiem kariery sięga pani po repertuar coraz ambitniejszy muzycznie i tekstowo. Skąd u pani ta artystyczna odwaga?
- Z inteligencji proszę pana. (śmiech)

- Nie miała pani nigdy momentu, w którym myślała o rozstaniu ze sceną?
- O tak, miewam takie chwile, zwłaszcza w ostatnich czasach. Czuję coraz większą tęsknotę za naturą i coraz bardziej skłaniam się w stronę ciszy. Choć do pewnego stopnia wśród natury żyję, jednak czasem myślę o zamieszkaniu gdzieś głęboko w lesie. (śmiech) Ale na pewno tego nie zrealizuję.

- Mieszkała pani w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Szczecinie, a teraz w Poznaniu. Co panią tak gna z miasta do miasta?
- Przypadek, zawód, relacje z ludźmi... Poznań to moje rodzinne miejsce, do którego po latach tułaczki (śmiech) wróciłam. Tu są moje korzenie i wspomnienia z dzieciństwa, do których, wraz z przemijaniem coraz chętniej się powraca. Jednak nawet dziś nie wykluczam kolejnej zmiany zamieszkania, bo aż tak nie jestem przywiązana do wspomnień. Moje życie, to podróż.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.