Ich syn zdobywa kolejny szczyt, oni czekają. Rodzice Adama Bieleckiego

Czytaj dalej
Fot. Fot.marzena bugała-azarko
Jolanta Pierończyk

Ich syn zdobywa kolejny szczyt, oni czekają. Rodzice Adama Bieleckiego

Jolanta Pierończyk

Danuta i Romuald Bieleccy, 
rodzice himalaisty Adama Bieleckiego, mówią, że dziś są o syna spokojniejsi niż dawniej. To dlatego, że Adam zawsze ma w kieszeni telefon satelitarny, no i jest rozważny.

Przecież go do kaloryfera nie przywiążę. Szkoda by było kaloryfera – powiedziała mama Adama Bieleckiego, znanego himalaisty, zapytana kiedyś, czy nie boi się, gdy syn podejmuje takie niebezpieczne wyzwania.

– Adam miał 10 lat, kiedy byliśmy w Chamonix i patrząc na Mont Blanc, powiedział, że on ten szczyt zdobędzie. Nie zwróciłem na to wtedy szczególnej uwagi. Przypomniały mi się te słowa sześć lat później, kiedy razem z nim wchodziłem na ten szczyt i to on mnie prowadził. Był to jego pierwszy sezon w Alpach – wspomina Romuald Bielecki, ojciec himalaisty.

Pociąg do przygody i podróży Adam Bielecki ma w genach. Podróże uwielbiał dziadek ze strony mamy, wiele wspólnych podróży odbyli rodzice, którzy swoich wędrówek nie zaprzestali po przyjściu na świat dzieci. Starsza siostra Adama, Agnieszka, wędrowała z rodzicami po górach w nosidełku. Nigdy to jednak nie były góry wyższe niż Tatry.

Ulubioną książką Adama już we wczesnym dzieciństwie, w przedszkolu, był atlas geograficzny. Duży atlas dla dzieci, niemal większy od niego. A kiedy był w drugiej czy trzeciej klasie szkoły podstawowej, napisał wiersz, w którym przedstawił swój plan na życie: „Przemierzę wzdłuż i wszerz lądy i morza/ Będę tam, gdzie zachodzi słońce i wstaje zorza./Wybiorę się na wyprawę dookoła świata/ I popłynę do krainy,/ Gdzie nawet słoń może latać./ Zwiedzę Azję wielką i wejdę na dach świata/ I wyślę z Hongkongu kartkę do brata./ Zobaczę K2 i Ganges wielki,/ Zanurkuję w Bajkale jako jakiś delfin./ Zwiedzę oceany i pustynie,/ Przejdę wzdłuż Sahary i Morze Śródziemne przepłynę./ Kiedyś to wszystko zobaczę, a teraz podróżuję palcem po mapie”.
Dziś ma 34 lata i ten plan zrealizował w 90 procentach. Górskie wspinaczki rozpoczął w wieku 14-15 lat, od Tatr. Potem był wspomniany Mont Blanc, a rok później góry Azji (Ałtaj i Tien-szan) oraz samotne zdobywanie Chan Tengri, pierwszego 7-tysięcznika, stając się jego najmłodszym zdobywcą.

Chwile grozy były, i to jakie

Gdy Adam wspina się na szczyty, jego rodzice są w domu w Tychach. Czy bali się o jego zdrowie i życie?

– Strach jest zawsze: był, jest i będzie, ale od początku staraliśmy się uczyć dzieci samodzielności i odpowiedzialności za siebie. Już w wieku 13 lat same jeździły do dziadków do Wrocławia. Dawaliśmy dzieciom dużo kontrolowanej swobody. Warunek był jeden: żebyśmy zawsze wiedzieli, gdzie są i co robią – mówi Romuald Bielecki.

Oczywiście, zdarzały się chwile grozy. – Tak było, kiedy Adam zdobywał Pik Pobiedy. Obliczyłem sobie, kiedy powinniśmy dostać pierwszą wiadomość, tymczasem minęło kilka dni i nic. Wtedy zaczęliśmy się poważnie martwić. Na szczęście okazało się, że mieli bardzo trudne zejście, które zajęło im więcej czasu, niż powinno. Schodzili kilka dni dłużej – wspomina Romuald Bielecki, dodając, że działo się to podczas jego wspólnej z żoną wyprawy rowerowej po Polsce.
Przerażenie ogarnęło pana Bieleckiego również wtedy, gdy usłyszał, że w Boliwii był napad na parę polskich turystów. Że mężczyzna został zamordowany, a kobieta, w ciężkim stanie, trafiła do szpitala.

– Akurat wtedy w Boliwii przebywała nasza córka z partnerem i wszystko się zgadzało. Zadzwoniłem do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, powiedzieli, że sprawdzą i oddzwonią. Godzinę czekałem na ten telefon i powiem, że była to najdłuższa godzina w moim życiu. Na szczęście, okazało się, że to nie to nazwisko – opowiada ojciec. – Na szczęście, mnie to było oszczędzone, bo akurat byłam w pracy i o niczym nie wiedziałam – mówi mama, Danuta Bielecka.
Trudne chwile przeżywali państwo Bieleccy również podczas rejsu córki przez Atlantyk, na małym, dziewięciometrowym jachcie w trzy osoby. – 20 dni nie mieliśmy od niej żadnej wieści. Dopiero jak przybili do brzegu Ameryki Południowej, to się z nami skontaktowała – opowiada ojciec.
Bo nie tylko syn Adam dostarcza rodzicom adrenaliny, ale – jak widać – córka też. Również jest himalaistką, a do tego żegluje, podróżuje po świecie i nierzadko trafia do miejsc bardzo wymagających. Organizuje rejsy kajakowe dla grup na Morzach Arktycznym i Czerwonym. Jest przewodnikiem trekkingowym w Nepalu.
– Teraz jedzie na Grenlandię, gdzie pieszo na nartach przemierzy 500 kilometrów, pobierając próbki śniegu do badań pod kątem

zanieczyszczenia pestycydami. Jest to wyprawa naukowo-sportowa z National Geographic – mówią Bieleccy.
A Adam, oprócz wspinaczek wysokogórskich, uprawia też kilka innych sportów ekstremalnych. Jest pilotem paralotni, ma uprawnienia do nurkowania do 50 m głębokości. Uprawia kanioning i BASE jumping (skakanie z mostu na linie).

Adam już nie szarżuje

Dzisiejsze czasy zdecydowanie ułatwiły kontakt. Adam ma telefon satelitarny i rodzice mogą do niego zadzwonić w każdej chwili. Ba, możliwe jest nie tylko usłyszenie głosu, ale i zobaczenie twarzy. Można być zupełnie na bieżąco z tym, co robi. – Jesteśmy zupełnie spokojni, gdy przebywa w niskich obozach. Wiadomo, że jest wtedy absolutnie bezpieczny. Poziom adrenaliny rośnie, gdy dochodzi do ataku szczytowego – przyznaje Danuta Bielecka. – Wtedy jesteśmy bez wieści, bo trudno mu nawet telefon wyjąć z kieszeni. Ale jak tylko zejdzie do bazy, natychmiast dzwoni, że wszystko w porządku.
– Można powiedzieć, że dziś jesteśmy spokojniejsi o niego niż kiedyś. Bardzo się zmienił przez te lata chodzenia po górach. Jest nie tylko bardziej doświadczony, ale i rozsądniejszy. Bardziej świadomy tego, czym są góry. I już nie podchodzi do nich tak emocjonalnie, jak wtedy, gdy miał naście lat – mówi ojciec.

– Coraz większe mamy zaufanie do jego wiedzy i rozsądku. Wiemy, że już nie jest tak skory do ryzykownych posunięć jak kiedyś – dodaje mama.

Adam przyznał się rodzicom, że dostał kilkakrotnie ostrzeżenie od losu. Że zdarzyło się, iż odpadł od ściany. Że poleciał z lawiną. I sam mówi, że w niektórych sytuacjach już nie zachowałby się dziś tak jak kiedyś. Zmiana podejścia do wspinaczek nie wynika tylko z doświadczenia i wieku, ale i zmiany sytuacji rodzinnej. Adam Bielecki jest już mężem i ojcem. Ma prawie 3-letniego syna Tymoteusza i 10-miesięczną córeczkę Radochnę. Ze swoich licznych podróży po świecie wraca do nich, na wielkopolską wieś. Jego siostra Agnieszka, związała się z Wrocławiem, rodzinnym miastem rodziców, ale to w ich mieszkaniu w Tychach oboje mają tzw. Centrum Alarmowe Tychy. Znajduje się ono w dawnym pokoju Adama.
– Skąd się to wzięło? Chodzi o to, że dzieci zawsze mogą na nas liczyć, zawsze mogą tu zadzwonić i dostać informacje lub pomoc, jakich w danym momencie potrzebują – mówi Romuald Bielecki. W niejednej wyprawie jest dostarczycielem informacji o pogodzie.

Jolanta Pierończyk

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.