Justyna Przybytek-Pawlik

Im więcej nowych dróg, tym większe korki. Naukowcy odkryli to już dawno, ale Katowice są głuche na potrzeby pieszych

Prof. Jacek Szołtysek na alei Korfantego w Katowicach. Aleją jeżdżą auta, autobusy i tramwaje, jest i pas dla rowerzystów Fot. Lucyna Nenow Prof. Jacek Szołtysek na alei Korfantego w Katowicach. Aleją jeżdżą auta, autobusy i tramwaje, jest i pas dla rowerzystów
Justyna Przybytek-Pawlik

W Polsce pokutuje zakorzenione w socjalizmie przeświadczenie, że samochód stanowi istotny wyznacznik statusu społecznego. O tym, dlaczego lepiej zamykać drogi zamiast je rozbudowywać, rozmawiamy z prof. Jackiem Szołtyskiem, kierownikiem Katedry Logistyki Społecznej Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Katowice jeszcze nie są najbardziej zakorkowanym miastem w Polsce, ale coraz częściej tkwimy na Roździeńskiego, Chorzowskiej, DTŚ...

Dawno temu pierwsze, jeszcze nieprofesjonalne, ale przemawiające do wyobraźni, badanie zakorkowania miast przeprowadziła „Gazeta Wyborcza”. Okazało się, że Katowice były w rankingu na samym dole pośród miast wojewódzkich. Byliśmy wtedy tuż po oddaniu nowych tras, a gdy mamy zwiększoną możliwość poruszania się, czyli większą zdolność przepustową dróg, to krócej stoimy w korkach. Jednak z roku na rok mogliśmy obserwować, jak Katowice spadają w tym rankingu i stają się coraz bardziej zakorkowane. To obrazuje zjawisko, które nie jest zbyt zaskakujące, mianowicie: każde poszerzenie dróg, czyli zaoferowanie nowej zdolności przepustowej, automatycznie prędzej czy później - a raczej prędzej - wywołuje pojawienie się na tej drodze nowych użytkowników.

To prawo Lewisa-Mogridge’a, czyli twierdzenie, że im więcej pasów, tym większy ruch, a co za tym idzie, każda nowa czy szersza droga prędzej czy później się zakorkuje. Ale kierowcy nie wierzą i domagają się rozbudowy dróg, uważając, że to jedyna rada na korki.

To zasada wyparcia. Podobnie jest z grypą; wiemy, że może być szkodliwa, ale się nie szczepimy, nas na pewno nie dopadnie. Z tego rodzaju poglądami mamy tu do czynienia. Ludzie, w szczególności w Polsce, przyzwyczaili się do samochodów. Pokutuje zakorzenione w socjalizmie przeświadczenie, że samochód - wówczas dobro trudno osiągalne - stanowi istotny wyznacznik statusu społecznego, więc posiadanie go wyróżniało nas - w naszych oczach oczywiście - pozytywnie. Z drugiej strony każdy z nas lubi podróżować wygodnie i gdy musimy się gdzieś przemieścić, to niechęć do czekania, niechęć do pokonywania trudności i w końcu niechęć do fizycznego przemieszczania się (bo przecież generalnie mało chodzimy) powodują, że odrzucamy zachowania, które wymagają od nas wysiłku. Samochód natomiast jest być może kosztowny, ale najmniej wysiłkowy. Nawet gdy stoję w korku, to mogę porozmawiać przez telefon, a są miasta na świecie, w których w korku długotrwałym mogę zamówić pizzę. Samochód to królestwo, które broni nas przed innymi, które nie pozwala naruszyć naszej sfery prywatności. To wszystko powoduje, że decydujemy się na zachowanie egoistycznie dla nas najlepsze, natomiast niekorzystne dla innych.

Pozostało jeszcze 76% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Justyna Przybytek-Pawlik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.