Olga Kostrzewska

Industriada: Szkło i porcelana. 
Polskie wzornictwo, światowy poziom

Eryka Trzewik-Drost i Jan Sebastian Drost. Dzięki nim szkło prasowane stało się w Polsce  modne i doceniane za jakość Fot. Sebastian Pypłacz Eryka Trzewik-Drost i Jan Sebastian Drost. Dzięki nim szkło prasowane stało się w Polsce modne i doceniane za jakość
Olga Kostrzewska

Eryka Trzewik-Drost i Jan Sylwester Drost to twórcy ceramiki i szkła prasowanego. Projektanci przemysłowi związani ponad 40 lat z hutą szkła w Ząbkowicach. Wielokrotnie nagradzani i wystawiani zarówno w kraju, jak i za granicą. Ich prace znajdują się w wielu muzeach, m.in. w Finnish Glass Museum w Finlandii, Corning Museum of Glass w USA oraz Musee de Verre we Francji.

Eryka Trzewik-Drost jest jedną z bohaterek wystawy „Co siedzi w głowach projektantek?”. Wystawa powstała w ramach tegorocznej Industriady. Będzie do zobaczenia od 9 czerwca w Starej Fabryce w Bielsku Białej, Fabryce Porcelany w Katowicach oraz Kompleksie Sztygarka w Chorzowie, a od 14 do 26 czerwca w Zamku Cieszyn.

Ważne obecnie w wielu dziedzinach przemysłu innowacyjne rozwiązania i rewolucyjne technologie państwo z powodzeniem wprowadzali w ząbkowickiej hucie szkła w latach siedemdziesiątych. To, co robiliście ze szkła prasowanego jest tego najlepszym przykładem.

Eryka Trzewik-Drost: Tak, to prawda. Początkowo szkło prasowane było tanią imitacją kryształu. Było nieciekawe, niedoceniane, tanie. W całej Europie powstał taki trend, żeby to zmieniać, Czesi robili bardzo ciekawe rzeczy, w Skandynawii podchodzono inaczej do szkła prasowanego. My również staraliśmy się iść inną drogą, choć nie było łatwo, bo technika szkła prasowanego jest trudna. Trzeba było współpracować z różnymi technologami od budowy form, zastanawiać się, jak tę formę otwierać, czy to się da zrobić, czy nie.

Skąd czerpała pani inspiracje projektując?
Wzorowałam się głównie na przyrodzie, dlatego stosowałam motywy roślinne, kwiaty, kłosy, owoce…

Ale była też serwetka.
E.D: Chciałam wymyślić coś nowego. Wpadłam na pomysł, żeby szydełkiem taką serwetkę wydziergać z frędzelkami. Nałożyłam to na gipsową salaterkę. Potem to było powtórnie zalane gipsem i w ten sposób powstał wzór, który został rozpracowany na inne części – na talerze, na salaterki. 
Jan Sylwester Drost: Huta w Ząbkowicach współpracowała z Instytutem Odlewnictwa w Krakowie i przyjęła stamtąd metodę odlewania form z gotową zdobiną. To była rewolucja! Nie musiał grawer już ręcznie grawerować, tylko z modelu gipsowego, w tym wypadku to była serwetka, odlewana była w metalu forma. To nie tylko przyspieszyło produkcję, ale też otwierało niesamowite możliwości dla projektantów.

Tak powstała słynna Cora nagrodzona złotym medalem na Ogólnopolskiej Wystawie Szkła w Katowicach w 1979 roku. Dlaczego Cora?
E.D: Nazwa „frędzel” nie wydawała się sympatyczna, a ponieważ powstała dzięki serwecie struktura przypominała korę drzewa, zdecydowaliśmy, że to będzie Cora.

Jak odbierali te projekty hutnicy?
J.D: Hutnicy lubili z nami współpracować. Czekali wręcz z niecierpliwością na następne projekty. Ta współpraca z zespołami hutniczymi, z mistrzami rękodzieła szklarskiego, przynosiła wspaniałe efekty. Dodawało nam wszystkim skrzydeł, gdy produkty były eksponowane na różnych wystawach, a już jak Czesi nagradzali nas złotym medalem, którzy są najlepsi w szkle w świecie, to było coś.

Udało wam się podnieść tzw. prasówkę na wyższy poziom. Szkło prasowane stało się popularne i modne.
J. D.: Na początku myślałem, że jesteśmy bardzo do tyłu, że na świecie robią to lepiej. W 1972 roku otrzymałem stypendium rządu szwedzkiego i pojechałem na pół roku do Sztokholmu. Miałem praktyki u nich w różnych hutach szkła. Jak popatrzyłem, co i jak oni robią, to okazało się, że wcale nie jesteśmy tak do tyłu, nawet mieliśmy niektóre rzeczy lepsze od Szwedów. Tam w ogóle zdarzyła się śmieszna historia. Szedłem do Instytutu Szkła, umówiłem się, że dla mnie wykład będzie w języku niemieckim. Na miejscu okazało się, że po niemiecku nikt nie mówi. „Je mi líto, ale nemluvím německy”. Ja mówię „To se ne vadi. Budeme mluvit češtinu”. Bo ja po wojnie uczyłem się trochę czeskiego. I trochę po czesku, trochę na migi, świetnie się dogadaliśmy. E.D. : Mąż złapał dobry kontakt z nimi. Poza tym się szybko zorientowali, że Jaś jest świetnym fachowcem. J.D.: Szwecja dała mi poczucie pewności, że to, co robimy jest właściwe. Pewniej i chętniej kontynuowałem to, co zaczęliśmy w Ząbkowicach.

Pozostało jeszcze 51% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Olga Kostrzewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.