Irena Santor: Cokolwiek złego mnie spotyka, chcę powstać i iść dalej

Czytaj dalej
Fot. Sylwia Dąbrowa
Paweł Gzyl

Irena Santor: Cokolwiek złego mnie spotyka, chcę powstać i iść dalej

Paweł Gzyl

Bardzo wcześnie straciła oboje rodziców. Nie poddała się jednak. Talent i pracowitość sprawiły, że została gwiazdą estrady.

Pierwsza dama polskiej piosenki – mówią o niej niektórzy. I rzeczywiście coś w tym jest: od ponad 60 lat ujmuje nie tylko wyjątkowym głosem, ale również niezwykłą kulturą bycia na scenie i poza nią. To dlatego ma swych wielbicieli nie tylko wśród starszych, ale i młodych słuchaczy. Niestety: latem zeszłego roku postanowiła zrezygnować z koncertów.

- Prawdę mówiąc, ja za długo pracowałam na akord, tzn. systematycznie, miesiąc w miesiąc ileś koncertów. To było męczące, w końcu mnie to tak dokładnie zmęczyło, że ja, brzydko mówiąc, skorzystałam z pandemii i powiedziałam, że żegnam się z estradą. To już się stała trochę rutyna, a czego, jak czego, ale tego w swoim zawodzie nie uznaję – powiedziała agencji Newseria.

*
Z domu nazywa się Irena Wiśniewska. Urodziła się pięć lat przed wybuchem wojny w Papowie Biskupim, ale wychowywała się w Solcu Kujawskim. Była energiczną dziewczynką, która lubiła się wspinać po drzewach i biegać po łąkach. Raz nawet zaginęła rodzicom – i pół miasteczka musiało jej szukać. Rodzice tak się cieszyli, kiedy się znalazła, że nawet zapomnieli jej dać burę. „Moja kochana córeczka” – mówił do niej tata. Już jako mała dziewczynka uwielbiała śpiewać.

- Wymykałam się z domu i widziałam, że w sklepie wiszą piękne baloniki. Wchodziłam i pytałam: „Dzień dobry, czy mogę zaśpiewać?”. Stawiali mnie na ladzie, śpiewałam, a w nagrodę dostawałam balonika. Mówiłam: „Dziękuję” i wychodziłam. Solec mnie kochał, a mama umierała ze wstydu – mówi w „Gazecie Wyborczej”.

Jej ojciec został zamordowany tuż po rozpoczęciu wojny. W efekcie ciężar utrzymania rodziny spadł na matkę, która była krawcową. Kiedy zachorowała na gruźlicę, przeniosła się z córką do Polanicy Zdroju, gdzie było lepsze powietrze. Tam Irena skończyła szkołę podstawową i zaczęła się uczyć zdobienia szkła w szkole zawodowej. Nie szło jej jednak najlepiej, ponieważ nie lubiła rysunku technicznego.

Kiedy mama poważniej zachorowała, opiekę nad Ireną przejęła jej wychowawczyni. Dawna łączniczka AK, która cudem przeżyła wywózkę na Syberię, nie tylko dokarmiała swą uczennicę. Gdy do Polanicy przyjechał na urlop ówczesny dyrygent Opery Poznańskiej, poprosiła go, aby posłuchał jak dziewczyna śpiewa. A ten zachwycony tym, co usłyszał, napisał jej list polecający do kierownika zespołu Mazowsze – Tadeusza Sygietyńskiego.

*
Mama nie była zachwycona pomysłem córki, ale ostatecznie się zgodziła i Irena pojechała do Karolina, gdzie stacjonowała grupa. Kilka młodych kandydatek zebrało się w jednej z sal i zaczęło sobie śpiewać popularne piosenki. Los chciał, że gdy Irena zaintonowała „Czemu żeś mnie, matuleńko”, pod otwartymi oknami przechodził Sygietyński. Zachwycony, wpadł do budynku, wołając na cały głos: „Brylant, znalazłem brylant!”.

- Mazowsze to była szkoła życia. Byliśmy przygotowywani do występów na scenie. Uczono nas fachu, przyjeżdżali do nas najlepsi instrumentaliści, muzycy, wożono nas do teatru i opery. Jeździliśmy na tournée po Polsce i za granicę. Ale chyba ważniejsze było to, jak nas tam wychowywano, jaką wpajano kulturę – podkreśla w „Twoim Stylu”.

Dwa lata po dołączeniu do Mazowsza, zmarła mama Ireny. Zespół stał się wtedy dla niej nowym domem. To w Karolinie skończył szkołę muzyczną i z czasem została solistką grupy. Kiedy pewnie stanęła na własnych nogach, zdecydowała się rozpocząć karierę solową. Był rok 1959 – i szybko zdobyła wielką popularność. Występowała najpierw tylko w Polsce, a potem niemal na całym świecie.

- Jestem tak zwanym bożydarkiem, jak ktoś powiedział. Ten śpiew wychodził ze mnie sam. Ale kiedy przychodziły dni, że czułam się gorzej, to milkłam. Potrafiłam milczeć przez tydzień tylko dlatego, że mi się niewygodnie śpiewało. Nie uczyłam się śpiewu. Starałam się głos, który otrzymałam od losu, dostosować do piosenek – twierdzi w „Dzienniku Bałtyckim”.

*
Gdy Irena zaczęła śpiewać w Mazowszu, zakochała się w przystojnym skrzypku z akompaniującej zespołowi orkiestry. Stanisław Santor miał ogromną wiedzę muzyczną i wprowadził swą wybrankę w świat filharmonii i opery. Sam zmagał się przez całe życie zawodowe z ogromną tremą. W czasie wojny pracował przymusowo w kamieniołomach i uszkodził sobie dłoń. Potem ukrywał ten fakt, bo bał się, że zwolnią go przez to z orkiestry.

Irena i Stanisław wzięli ślub w 1958 roku i niebawem na świat przyszła ich córka, której dali na imię Sylwia. Dziewczynka niestety zmarła po dwóch dniach i została pochowana na warszawskich Powązkach. Między małżonkami zaczęło się z czasem psuć. Ciężkie doświadczenia sprawiły, że Santor coraz częściej sięgał po alkohol. W końcu doszło do rozwodu – ale para pozostała przyjaciółmi. Irena prowadziła Stanisławowi dom i opiekowała się nim aż do śmierci w 1999 roku.

Po rozwodzie piosenkarka poznała Zbigniewa Korpolewskiego. Choć z wykształcenia był prawnikiem, zafascynowany show-biznesem pracował jako menedżer i konferansjer. To on zapowiadał pamiętne dwa koncerty The Rolling Stones w Sali Kongresowej w 1967 roku. Para przypadła sobie do gustu, choć każde miało mocną indywidualność i lubiło postawić na swoim. Być może dlatego nigdy nie wzięli ślubu i nie zamieszkali razem.

- Na początku nie bardzo się lubiliśmy. Taki był wymagający, ostry, apodyktyczny. Nawet nie wiem, kiedy zbliżyliśmy się do siebie. To nie znaczy, że teraz spijamy sobie z dzióbków. Zbyszek to silny charakter, ja też do łatwych nie należę. Jak się uprę, to długo mnie trzeba przekonywać. On to potrafi, jednak i tak często się spieramy – mówiła w „Twoim Stylu”.

Kiedy Korpolewski zmarł w 2018 roku, Irena Santor została sama w swym warszawskim mieszkaniu. Ma jednak wielu przyjaciół. Po wybuchu pandemii wprowadziła się do domu jednego z nich pod stolicą. Tam przetrwała najgorszy czas.

- Nie ukrywam, ile mam lat. Nie udaję, że nic mnie nie boli, nie strzyka. Miewam złe humory i samopoczucie. Ale staram się wysypiać, trochę się gimnastykuję. Największy nacisk kładę jednak na charakter. Cokolwiek złego mnie spotyka, chcę powstać i iść dalej. Przewalczyć przeszkody. Mam w sobie pewną przekorę. Naprawdę chcę cieszyć się życiem – mówi w serwisie Aleteia.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.