Katarzyna Janiszewska

Jacek Olszewski szczerze: Obraz Agaty Mróz mam w naszej córce Lilianie

Jacek Olszewski po śmierci żony został sam z małą córeczką. Nie mógł sobie pozwolić na to, by się załamać. Musiał być dla Liliany i tatą, i mamą... Fot. archiwum rodzinne Jacek Olszewski po śmierci żony został sam z małą córeczką. Nie mógł sobie pozwolić na to, by się załamać. Musiał być dla Liliany i tatą, i mamą...
Katarzyna Janiszewska

Jacek Olszewski nie musi oglądać zdjęć żony, by o niej pamiętać. Agatę Mróz widzi codziennie w córce. Po dziewięciu latach chce pielęgnować tylko dobre wspomnienia.

Po tylu latach są momenty, że nadal brakuje Panu żony?
Po tylu latach człowiek nauczył się już jakoś funkcjonować. Układamy sobie życie z Lilką od samego początku, od kiedy miała dwa miesiące. Trzeba było skupić się na dziecku. Musiałem występować w podwójnej roli: ojca i matki. To nie jest tak, że brakuje mi Agaty. Ale zawsze o niej pamiętam. Widzę ją w Lilce, która jest bardzo podobna do mamy. Niektórzy mówią, że jest podobna do mnie, ale ja się z tym nie zgadzam. Po mnie ma tylko oczy. Reszta to cała mama. Nawet nie muszę oglądać zdjęć, bo mam w Lilce na co dzień obraz Agaty.

Czyli to prawda, że czas leczy rany.
Na pewno tak. Czas pozwala na poukładanie sobie życia na nowo, jeśli jest dużo zajęć do wykonania. Trudniej jest, gdy ludzie zostają całkiem sami i nie mają nic do roboty oprócz pielęgnowania pamięci o bliskiej osobie, która odeszła. Chodzą na cmentarz, rozmawiają z nią. Sami nie chcą do końca wyjść z żałoby, z tej straty. My byliśmy z Lilką w innej sytuacji. Zostaliśmy we dwoje. Wiadomo, jak to jest z małym dzieckiem. Mnóstwo nowych wyzwań, obowiązków. Nie bardzo jest okazja, by siedzieć, myśleć i wspominać.

Trudno chyba być samotnym ojcem.
Na pewno, jeśli obowiązki rozkładają się na dwie osoby, jest dużo łatwiej. Z drugiej strony bywa tak, że dwie osoby mają zupełnie inne zdanie na temat wychowania dziecka. Często są kłótnie na tym tle. Gdy wychowuje się samemu, człowiek sam podejmuje decyzje. I bierze za nie odpowiedzialność.

Czy Lilka odziedziczyła też po mamie charakter, sportowe pasje?
Babcia Lilki mówi, że jest dokładnie taka sama jak Agata, gdy była mała. Żywa, wszędzie jej pełno, otwarta na ludzi. Jest też wysoka, szczupła, bardzo sprawna fizycznie, wchodzi na ścianki wspinaczkowe, biega po parkach linowych. Ale pasji w sobie nie odkryła, nie wie do końca, co chciałaby robić. Niektórzy mówią, że powinna grać w siatkówkę. Ja uważam, że powinna popróbować różnych rzeczy i wybrać swoją drogę.

Rozmawia Pan z córką o jej mamie?
Lilka wie, że mama się nią opiekuje z góry. Ale nie rozmawiamy zbyt często na ten temat. Ona też nie lubi wracać do nieprzyjemnych chwil ze swojego życia. Nie dopytuje o przeszłość. Są albumy, zdjęcia mamy, ogląda, kiedy chce.

Jak się poznaliście z żoną?
W Szczyrku, dawno temu, to były fajne chwile. Ale już nie wrócą. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Jeżeli się spotyka odpowiednią osobę, z którą chce się spędzić resztę życia, to wszystko w niej jest piękne i ujmujące. Nie ma, że wzrost, że uroda. Chodzi o to coś, co się ma w środku, o tę chemię, aurę zewnętrzną, która sprawia, że od razu się chce z tą osobą być. Znałem Agatę z telewizji, wiedziałem, że jest siatkarką, odnosi sukcesy w sporcie.

Nie miał Pan tremy?
Jak się spotyka odpowiednią osobę, to nie ma znaczenia, czy ona jest gwiazdą, głową państwa czy zwykłą osobą. To się nie liczy. Większy problem dotyczący znanych osób jest taki, że media się nimi interesują. Jak się wszystko udaje, to super, jak nie - momentalnie podłapują temat. Nie ma mowy o tym, żeby wyjść do restauracji, knajpy i spokojnie się pobawić. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą chcieli autograf albo pod wpływem alkoholu pozwalają sobie na zbyt dużo. Zdarzało się, że ochrona musiała interweniować. To są uroki spotykania się z kimś znanym.

Gdy się poznaliście, wiedział Pan, że pani Agata jest chora.
Wiedziałem. Ale człowiek nie zdawał sobie sprawy z powagi choroby. Nikt nie zakłada najgorszego. Chcieliśmy po prostu być razem i wierzyliśmy, że będzie dobrze. Agata cały czas się leczyła. Wybraliśmy klub w Hiszpanii pod kątem tego, że tam jest wysoko rozwinięta hematologia. Trzeba żyć tu i teraz, cieszyć się wspólnie spędzonymi chwilami. Nie zastanawiać się nad tym, co może być kiedyś, a co może się w ogóle nie wydarzyć. Bo żyjąc w obawie, że spotka nas coś najgorszego, tracimy życie, które mamy.

Te drobne przyjemności, którymi się cieszyliście, to co na przykład?
Lubiliśmy spędzać czas razem, nieważne jak ani gdzie. Tego czasu nie było dużo, bo Agata często przebywała w szpitalu. Ale lubiliśmy pojechać sobie na plażę, na słoneczko, jeść w restauracji owoce morza. Najważniejsze było, by być we dwoje.

Pomimo choroby pani Agata zachowywała optymizm.
Tak. Aktywność i uśmiech pozwalały jej zapomnieć o chorobie. Taką miała osobowość, że zawsze szukała pozytywów, nawet w tych najtragiczniejszych chwilach. Kiedy ją wszystko bolało, skupiała się na tym, że jest w ciąży, że będzie miała dziecko. Na pytanie, czy nie ma pretensji do Boga, że jest chora, odpowiadała: „A co, miałabym życzyć tego komuś innemu? Akurat na mnie trafiło. Dlaczego ktoś inny miałby być chory? Czy bardziej sobie na to zasłużył?”.

Największe marzenie pani Agaty?
Spełniło się. Chciała urodzić zdrowe dziecko. To było dużo ważniejsze niż wszystkie złote medale zdobyte na mistrzostwach. Radość, gdy Lilka przyszła na świat, była przeogromna, Agata cieszyła się całą sobą.

Lekarze nie odradzali? Nie ostrzegali, że ciąża to duże obciążenie dla organizmu?
Tak, niektórzy tak mówili. Ale są też lekarze, którzy twierdzą, że są przypadki, kiedy organizm w ciąży, mimo że obciążony, zaczyna produkować szpik, uaktywniają się hormony. Ludzki organizm jest tak skomplikowany, że nie da się przewidzieć, jak zareaguje. Rolą faceta jest wspieranie. Nie może za kobietę podjać tak ważnej decyzji. Szczególnie gdy ona już ją podjęła. Nie mogłem powiedzieć: ja się nie zgadzam. Musiałem to uszanować. Agata nie miała żadnych wątpliwości, była zdecydowana urodzić.

Pan powiedział kiedyś, że żona zmarła nie przez to, że urodziła córkę, tylko przez brud w szpitalu. Ma Pan pretensje do lekarzy?
Czasu nie cofniemy. Można później spędzić resztę życia, mając żal do wszystkich, procesując się, szukając winnych. Nie na wszystko mamy wpływ. W szpitalach warunki są, jakie są i pewnych rzeczy nie zmienimy. Jak odwiedzam szpitale, w których Agata kiedyś się leczyła, to najchętniej bym bombę podłożył i wysadził to wszystko w powietrze. Bo to jest siedlisko bakterii. Problem jest. Ale nie da się z tym nic zrobić. Można tylko znaleźć sobie inne zajęcie, zamiast walczyć ze wszystkimi. Szkoda czasu i nerwów.


Fundacja Kropla Życia im. Agaty Mróz-Olszewskiej ma popularyzować wiedzę o krwiodawstwie, przeszczepie szpiku. Coś się zmieniło w tym temacie?

Bardzo wiele. Od momentu walki Agaty wszystko się zaczęło. W Polsce było zarejestrowanych 40 tys. dawców szpiku. Teraz jest ich ponad milion. Nasz kraj był na 140. miejscu w rankingu światowym, teraz jesteśmy na piątym miejscu. Nie mówię, że to my wszystko zrobiliśmy, ale to zwiększenie świadomości wyraźnie nastąpiło. Powstały nowe fundacje, Ministerstwo Zdrowia też się zaangażowało, stwierdziło, że to ważny problem. Wprowadzono refundowane przez NFZ procedury leczenia. Za zwiększeniem świadomości poszły pieniądze na badania, aby zwiększyć rejestr dawców szpiku. To jest megaskok. Nasze społeczeństwo najbardziej się jednoczy przy tragediach ludzkich. Szczególnie gdy ona dotyczy znanej osoby. Śmierć Agaty nie poszła na marne.

Katarzyna Janiszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.