Janek Wiśniewski padł. Gdzie? Może jest 10 ofiarą pacyfikacji kopalni Wujek? [WIDEO]

Czytaj dalej
Aleksander Król

Janek Wiśniewski padł. Gdzie? Może jest 10 ofiarą pacyfikacji kopalni Wujek? [WIDEO]

Aleksander Król

Nie o Janka ze stoczni, ballady i filmu chodzi. To tylko zbieżność nazwisk. Janka Wiśniewskiego z Raciborza nie zapamiętała historia. Stał nie po tej stronie barykady, choć stał tam nie z własnej woli. Młody żołnierz zginął w pierwszych dniach stanu wojennego. Rodzina młodego żołnierza twierdzi, że jest 10 ofiarą pacyfikacji kopalni "Wujek".

Minęło ponad 30 lat, a ja do teraz pary czuję na twarzy dotyk jego nieogolonej buzi. Staliśmy na dworcu. To była sobota, dzień przed wprowadzeniem stanu wojennego. Janek tak mocno mnie uściskał, utulił. Nie wiedziałam, że na zawsze żegnam się z bratem - mówi Danuta Formanek z Raciborza, z domu Wiśniewska.

“Janek Wiśniewski padł”, ale to nie ten Janek ze stoczni gdyńskiej, ballady i filmu. To tylko zbieżność nazwisk. Janka z Raciborza nie zapamiętała historia. Dotąd nie napisano o nim nawet wzmianki. Bo Janek Wiśniewski stał nie po tej stronie barykady, choć stał tam nie z własnej woli. Był młodym człowiekiem odbywającym zasadniczą służbę wojskową. Miał już iść do cywila, ale nie zdążył. Rodzina żołnierza z Raciborza mówi, że jest... 10 ofiarą pacyfikacji kopalni “Wujek”.

W nocy łomotali do drzwi. Brat powiedział: “Jaśka nam zabili”

Tam na dworcu w sobotę, Janek mówił, że tata załatwi mu odroczenie, ale jeszcze musi jechać do jednostki, choć powinien był już wyjść z wojska jesienią. Odsłużył dwa lata, ale go przytrzymali. Coś miało się wydarzyć. I wydarzyło się dzień później - mówi Danuta Formanek. Ale stan wojenny dla Wiśniewskich wybuchł nie w niedzielę 13 grudnia, ale dopiero w środę w nocy. - To była, druga, może trzecia w nocy. Trudno powiedzieć. Zaczęli walić do drzwi, mocno łomotać. Ja z roczną córką na rękach. Przez “judasza” w drzwiach zobaczyłam żołnierzy i mojego młodszego brata - opisuje w szczegółach, tak jakby to było wczoraj pani Danuta.

- Myślałam, że oni po drugiego brata przyjechali. Że Piotra teraz biorą. I krzyczę im “żeście jeszcze jednego nie przywieźli, a już następnego zabieracie? A mój brat, rzucił mi się na szyję i mówi - “Jaśka nam zabili” - wspomina pani Danusia i choć minęło tyle lat, znowu płacze, tak jak w tamtą straszną noc z grudnia 1981 roku.

- Chcieli żebym z nimi pojechała do Tarnowskich Gór, gdzie Jasiek służył. Ale ja nie mogłam, karmiłam dziecko. Córka miała dopiero roczek, a już tak ją wystraszyli. I pojechała mama. Ale mama dokładnie nie wie, gdzie pojechała. Samochód był taki opancerzony, noc. Zabrali ponoć ją tam, do tej jednostki wojskowej Jaśka. Tam jej dali osobiste rzeczy syna. Jakieś drobiazgi - papierosy, to, co miał przy sobie. I powiedzieli, że jak nie przestaniemy histeryzować, to będzie w metalowej trumnie zamknięty. Że się już z nim nawet nie pożegnamy. Ale mama ich wybłagała, żeby odkryty był - wspomina Danuta Formanek, pokazując wyblakłe już, czarno białe zdjęcie z bratem w trumnie. - To był piękny chłopak, przystojny. Miał dziewczynę, nie pamiętam, jak się nazywała. Przed wojskiem krótki czas na poczcie w Raciborzu pracował. Miał całe życie przed sobą - mówi głaszcząc fotografię tak czule, jakby głaskała policzek brata. - Miał bandaż na tyle głowy - dodaje i się zasępia.

Żołnierze, którzy służyli z Jasiem, szepnęli, że na “Wujku” zginął

- Tam w jednostce powiedzieli mamie, że w sali jeden do drugiego strzelił! A mama im na to, że jak to? Podczas stanu wojennego oni mieli broń nabitą w pokoju? Nie chcieli z mamą rozmawiać. Ucięli temat. Ale ci żołnierze, którzy byli, którzy go chowali, powiedzieli, że zginął na kopalni “Wujek”. Ci żołnierze, którzy z nim służyli - mówi Danuta Formanek, dodając że uciszono ich. - Nam nie wolno było z nimi rozmawiać. Chodzili za nami. Wszędzie. Na ulicy, na pocztę. Jak poszłam wysłać telegram do cioci w góry, bo Janek tam jeździł podczas wakacji - nie pozwolono. Więc sami żeśmy Jaśka chowali, sami żołnierze wkładali go do grobu. Nie pozwolili nawet po księdza pójść. Msza była w późniejszym terminie. Cmentarz Jeruzalem w Raciborzu był cały otoczony milicją, wojskiem. Myśmy go chowali może 20 grudnia. Dokładnie nie pamiętam, w każdym razie przed świętami Bożego Narodzenia, ale świąt nie było. Ryby pływały w wannie, ale myśmy nie myśleli o świętach - wspomina .

Ma żal, że wtedy, w grudniu 1981 roku nie powiedziano rodzinie całej prawdy, jaka by ona nie była. - Sami do tego nie dochodziliśmy. Do kogo mieliśmy iść. W stanie wojennym? Ja, młoda kobieta, 27 lat. Mąż został “zmilitaryzowany” w ZEW-ie (red. Zakłady Elektrod Węglowych w Raciborzu), zamknęli go na dwa tygodnie. Ja byłam sama z dwójką małych dzieci. Brat mi zginął. Nikt mi nie pomógł. Gdzie poszłam - wszędzie policja, wojsko za mną chodziło. Z “giwerami”, wszędzie. Panie, myśmy się strasznie bali! Dla nas to była WOJNA, trauma straszna dla całej rodziny. Do dziś jak się mówi o “Wujku” to wyłączam. Jak usłyszałam tytuł filmu - “Janek Wiśniewski padł”, to “umarłam”, choć to nie o naszego Jaśka chodzi. Może kiedyś dowiemy się, co się stało z naszym Jankiem? - zastanawia się.

Nikt o Jaśku nie pisał. Czy mógł zginąć podczas pacyfikacji “Wujka”?

Informacji o śmierci Janka Wiśniewskiego, żołnierza z Raciborza szukamy w Instytucie Pamięci Narodowej, Centralnym Archiwum Wojskowym, Archiwum Wojskowym w Oleśnicy. Nic. Szukają. - Żaden z naszych historyków o nim nie pisał - mówi nam Agnieszka Sopińska-Jaremczak z biura prasowego IPN.

O to, czy podczas pacyfikacji kopalni “Wujek” mógł zginąć żołnierz pytamy Tadeusza Ruzikowskiego, historyka z IPN, specjalistę od stanu wojennego w Polsce. - Teoretycznie wszystko jest możliwe w sytuacji pacyfikacji demonstracji na ulicach. Przy tego rodzaju operacjach zawsze jest margines niewiadomych, w których mogą znaleźć się ofiary po stronie atakujących - mówi Ruzikowski.

Jednocześnie zaznacza, że podczas pacyfikacji KWK “Wujek” rolę wojska ograniczano do demonstracji siły. - Jeśli by były po tej stronie ofiary, to wynikałyby z jakiś wypadków losowych, raczej nie z bezpośredniego udziału w starciu - mówi historyk z IPN. - Tego starano się unikać. Praktyką było to, że wojsko otaczało pojazdami opancerzonymi czy czołgami duże zakłady pracy, wywierając presję na strajkujących. Zdarzało się, że pojazdy opancerzone taranowały bramy blokowane przez strajkujących. Była to jednak rola pomocnicza. Organizatorzy stanu wojennego przyjęli zasadę, że wojsko nie ma być zaangażowane w bezpośredni atak, który miał być domeną milicji i ZOMO. Mając w pamięci wydarzenia grudnia 1970 roku, chciano uniknąć właśnie takich sytuacji, żeby wojsko strzelało bezpośrednio do strajkujących - tłumaczy Ruzikowski, ale przyznaje, że ranni po stronie milicji i wojska też byli.

Czy możliwe jest, że w stanie wojennym żołnierze mieli nabitą broń w pokojach? - Tego niestety nie wiem, do aż tak szczegółowych dokumentów nie udało mi się dotrzeć - mówi historyk, tłumacząc jednocześnie, że w pierwszym tygodniach stanu wojennego oddziały wojskowe pozostawały w podwyższonej gotowości.

Czy żołnierze mogli “postrzelać się” na wzajem w pokoju w koszarach, w pierwszych dniach stanu wojennego? - Takie napięcia wewnątrz oddziału są jak najbardziej możliwe. Stan wojenny to była duża niewiadoma. To nie było tak, że otwarcie mówiono żołnierzom, czym będą się zajmować. To napięcie mogło być bardzo duże i mogło prowadzić do zachowań irracjonalnych. Pamiętajmy, że to byli młodzi ludzie, służba zasadnicza w wielu przypadkach, niewprawieni w sytuacjach konfliktowych. Takie psychiczne obciążenie mogło być silne i mogło wpływać na zachowania tragiczne w skutkach. To, co powiedziano rodzinie nieżyjącego żołnierza mogło być prawdą. Nie wykluczałbym tego - mówi Ruzikowski, ale przyznaje nam, że mogło być też inaczej. - Oczywiście, przy takiej jednoźródłowej informacji to jest absolutnie do pomyślenia - mówi Ruzikowski.

W Archiwum Wojskowym w Oleśnicy odnaleziono jedynie zapis, że szeregowy Jan Wiśniewski, s. Czesława, ur. 28.07.1959 r. został skreślony z ewidencji 12 pułku kolejowego w Tarnowskich Górach z powodu śmierci. Żadnej informacji o jej okolicznościach. - W aktach jednostki nie odnaleziono „meldunków o wypadkach nadzwyczajnych”. Tak tytułowane są teczki, w których znajdują się dokumenty dotyczące wypadków typu śmierć, postrzelenie itp. - mówi Małgorzata Puchała z Archiwum Wojskowego w Oleśnicy.

Prawda o śmierci Janka Wiśniewskiego należy się rodzinie, jaka by ona nie była. - Chcielibyśmy wyjaśnienia, żeby ktoś przyszedł i powiedział “przepraszam. Zabiliśmy pani brata” - mówi Danuta z domu Wiśniewska. - Nie dostaliśmy nigdy żadnego pisma, słowa wyjaśnienia. Nic - dodaje. Na Cmentarzu Jeruzalem w Raciborzu tylko jeden znicz oświetla szary pomnik Jana Wiśniewskiego. - Być może trzeba dopisać jego nazwisko do 9 ofiar górników zastrzelonych na kopalni “Wujek”? - zastanawia się Bolesław Stachow, fotografik dokumentujący na kliszach historię Raciborza.

Jeśli jesteś zainteresowany ofertą kliknij w ten link

W3Schools

Aleksander Król

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.