Jaskinia. Pokonać stumetrowy labirynt

Czytaj dalej
Jacek Drost

Jaskinia. Pokonać stumetrowy labirynt

Jacek Drost

Zszedłem do liczącej ponad 100 metrów Jaskini Salmopolskiej. To jaskinia, którą - z przewodnikiem - mogą zwiedzić turyści. Jeśli lubią ciemność, wilgoć, ciszę, pająki i nietoperze. Ja tego zejścia nie zapomnę do końca życia.

Szczelina w ziemi jest niewielka - nieco ponad pół metra długości, kilkadziesiąt centymetrów szerokości. Ot, taka sobie dziura stworzona z poprzesuwanych skalnych płyt. Podczas spaceru po lesie mógłbym przejść obok niej obojętnie, nawet nie wiedząc, że pod stopami mam tajemniczy, ponad 100-metrowy podziemny labirynt. Patrzę w czarną dziurę i dumam, że nigdy nie przypuszczałem, iż pod ruchliwą drogą na Przełęczy Salmopolskiej, wiodącą ze Szczyrku do Wisły, jest jaskinia! - Zmieścisz się, dasz radę - mówi Jarosław Gutek, grotołaz i przewodnik po jaskiniach, znikając w czarnej dziurze. Za nim schodzi Iga, która urodziła się w Bielsku-Białej, mieszka w Republice Południowej Afryki, a teraz przyjechała do Polski i szuka beskidzkich atrakcji, by opisać je na swoim blogu podróżniczym. Po niej do dziury mam wejść ja, więc wchodzę...

O zejściu do beskidzkiej jaskini myślałem już od pewnego czasu. Chyba od chwili, kiedy dowiedziałem się, że takie eskapady organizuje Jarosław Gutek - instruktor taternictwa jaskiniowego. Człowiek, który skończył studia geologiczne; który do klubu speleologicznego zapisał się w 1972 r., czyli kiedy mnie jeszcze nie było na świecie. Który bes-kidzkie jaskinie zna jak własną kieszeń.

Moją wyobraźnię dodatkowo rozpalał fakt, że w ostatnim czasie na terenie Bielska-Białej członkowie Stowarzyszenia Ochrony Jaskiń „Grupa Malinka” odkryli kompleks czterech jaskiń. Na razie sprawa owiana jest tajemnicą, bo trwa ich inwentaryzacja, przygotowywany jest wirtualny spacer po jednej z nich i grotołazi sprawdzają, czy mogą ją zwiedzać, nie narażając się na niebezpieczeństwo, zwykli śmiertelnicy.

Kiedy więc dowiedziałem się, że Gutek organizuje wyprawę do Jaskini Salmopol-skiej, odkrytej pod koniec lat 60. XX wieku podczas budowy drogi, nie zastanawiałem się wiele. Powiedziałem: „Idę!”, a zaraz potem zaczęły mną targać typowe dla laika wątpliwości: w co się ubrać (założyć getry czy wystarczą same spodnie, bo pod ziemią może być zimno), czy wziąć plecak, czy dołożyć do ekwipunku aparat fotograficzny, a jeśli tak, to czy zabezpieczyć go jakąś folią, by nie uległ zniszczeniu? I tak dalej, i tym podobne. Na szczęście wszystkie moje wątpliwości szybko rozwiał Jarek.

- W jaskini panuje stała temperatura - 7 stopni Celsjusza, bezrękawnik nie będzie ci potrzebny, bo cały czas będziemy w ruchu, więc się zgrzejesz - stwierdził mój przewodnik. I nakazał mi założyć wodoodporny kombinezon.

Dodatkowo dał mi kask i latarkę czołówkę (ostatecznie plecaka oraz aparatu nie wziąłem, i dobrze, bo pewnie nie wytrzymałyby tego czołgania w błocie).

- Nie powinno się zwiedzać jaskiń samemu - tłumaczy mi Piotrek, współuczestnik wyprawy, który ma na swoim koncie kilka zejść do jaskiń. I dodaje: - Zobaczysz, że jak zejdziesz do jaskini, to po dwóch, trzech metrach, jeśli nie daj Boże wysiądzie ci światło, stracisz orientację w terenie. Musisz znać system korytarzy - mówi Piotrek.

Jarek przestrzega, że np. Jaskinia w Trzech Kopcach ma pięć korytarzy na trzech różnych poziomach, więc bywają przypadki, że ludzie błądzą i chodzą w kółko. Dwaj młodzi mężczyźni, którzy się pogubili, przebywali w niej aż 23 godziny.

- Innym razem jeden chłopak zamiast iść w prawo, poszedł w lewo, gdzie kiedyś było przejście do jaskini, która się zawaliła. Była tam taka szczelina w dół, więc wszedł w nią głową do przodu i się zaklinował. Nie potrafił się wydostać. Ratownicy, którzy wyruszyli na ratunek, musieli rozkuć otwór, w którym utknął - opowiada Jarek tuż przed wejściem do Jaskini Salmopolskiej.

Jestem szczupły, więc wejście do jaskini nie nastręcza mi większych problemów. Najpierw nogi, później reszta i jestem pod ziemią. Momentalnie robi się ciemno, czuć wszechobecną wilgoć. Jarek idzie pierwszy, za nim Iga, następnie ja, a za mną dwie kolejne osoby. Kilka pierwszych metrów pokonuję na czworakach, ale z każdym centymetrem robi się ciaśniej, więc - by pokonać skalne szczeliny - zaczynam się czołgać. Bardzo szybko reflektuję się też, że popełniłem błąd zakładając kask na czapkę, bo ta co chwilę zsuwa mi się na oczy, co utrudnia wędrówkę i doprowadza mnie do szału.

Po kilku minutach słyszę, jak jeden z idących za mną kolegów mówi, że odczuwa jakiś niepokój, psychiczny dyskomfort i decyduje się zawrócić. Ja z kolei dostaję jakiejś głupawki i śmiejąc się sam do siebie, pełznę po wilgotnych piaskowcach niczym żmija czy inny gad.

- Patrzcie, pająk! - mówi Jarek, pokazując znieruchomiałego stawonoga w miejscu, gdzie robi się trochę luźniej, a ja wreszcie mogę zdjąć spadającą mi na oczy czapkę i poprawnie założyć kask.

Ruszamy dalej. Przede mną Iga dzielnie sunie do przodu, więc staram się dotrzymać jej „kroku”, ale kosztuje mnie to wiele wysiłku. Dostaję zadyszki. Nie bardzo wiem, na jakiej jestem głębokości i jaką przebyliśmy odległość. Czasami czuję, jak za kołnierz spada mi kropla wody i nie jest to przyjemne uczucie. Niektóre miejsca pokonuję głową do przodu, w inne najpierw spuszczam nogi. Są zakamarki, które nie wiem jak mam pokonać. - Przydałoby się, żebym miał jeszcze jedną rękę, jeszcze jedną nogę. Czuję się jak człowiek-pająk - myślę próbując pokonać kolejną przeszkodę w podziemnym świecie, gdzie jest wilgotno, cicho, ciemno - tak, to zupełnie inny, nieznany mi dotąd świat. Jednak po jakimś czasie łapię rytm i już mniej więcej wiem, jak poruszać się po jaskini. Niestety, kiedy to sobie uświadamiam, dochodzimy do jej końca, a ja czuję pewien niedosyt, że to już finisz i teraz czeka nas tylko droga powrotna. Odnoszę wrażenie, że z powrotem idziemy inną trasą, że robimy jakąś podziemną pętlę. Tracę siły, dostaję zadyszki.

- O, nietoperz! - mówi Iga. Przyświecam latarką w miejsce, które wskazuje ręką - faktycznie mały ssak uczepił się skały i wisi łebkiem w dół. Zapewne jest ich tu więcej. - Dziwne uczucie spotkać kilkanaście metrów pod ziemią jakąś inną żywą istotę - myślę przeciskając się przez kolejne szczeliny i widząc w oddali światło wpadające do groty.

***
Cztery jaskinie Lokalna Organizacja Turystyczna Beskidy informuje, że nowe jaskinie na terenie Bielska-Białej odkrył Jakub Pysz, a w pracach eksploracyjnych udział brali również Mateusz Cieślar i Bartłomiej Juroszek. Należą do Stowarzyszenia Ochrony Jaskiń „Grupa Malinka”. Nowo odkryte jaskinie leżą na obszarze o promieniu 150 metrów. Największej z nich nadano nazwę Jaskinia Żółtodzioba. Długość jaskini przekracza 100 metrów, a głębokość 15 metrów.

Jacek Drost

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.