Tomasz Borówka

Jeden dzień z życia dwóch wielkich. Piłsudski i Korfanty 11 listopada 1918 [AKTYWNE ZDJĘCIE]

Jeden dzień z życia dwóch wielkich. Piłsudski i Korfanty 11 listopada 1918 [AKTYWNE ZDJĘCIE]
Tomasz Borówka

11 listopada 1918 to dla Józefa Piłsudskiego dzień, w którym rozdaje polityczne karty w Warszawie i potwierdza się jego autorytet. Dla Wojciecha Korfantego - dzień podróży z rewolucyjnego Berlina do Poznania, ku odradzającej się Polsce.

Dzień z życia Józefa Piłsudskiego

Historyczny dzień 11 listopada 1918 roku dla Józefa Piłsudskiego zaczyna się wcześnie - tak wcześnie, że bardziej już trudno, bowiem jeszcze około północy. Piłsudski jest wtedy Warszawie od blisko doby. Pociąg wiozący Komendanta przyjechał na warszawski dworzec 10 listopada o 7.36 rano. Na peronie tłumów nie było. Po Piłsudskiego wyszli przedstawiciele Polskiej Organizacji Wojskowej i Rady Regencyjnej. Później Piłsudski konferował z reprezentującym tą drugą księciem Zdzisławem Lubomirskim. „Nareszcie po południu udało mu się wyrwać z Warszawy i przyjechać do nas, na Pragę” - wspominała Aleksandra Szczerbińska, podówczas jeszcze jego (jak byśmy to teraz określili) partnerka, w przyszłości druga żona. Ale Komendanta, który tymczasem obrał sobie za kwaterę mieszkanie przy ulicy Moniuszki 2 (pensjonat panien Romanówien), prócz polityków, wojskowych i rodziny przywitał w Warszawie jeszcze ktoś: wszechobecny chaos. „Był tak bezmierny - wspominał sam Piłsudski - iż bez zastanowienia i obeznania się z charakterem tego chaosu uważałem za niemożliwe dla siebie przystąpić do jakiejś pracy”. Wydawało mu się wręcz, że lepiej będzie czym prędzej opuścić Warszawę i udać się do Lublina, gdzie proklamował swą (nie do przyjęcia dla znaczącej części Polaków) władzę Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej Ignacego Daszyńskiego. Zamiaru tego nie odmieniło odbyte późnym popołudniem spotkanie z Radą Regencyjną.

Północ. Impuls, by jednak pozostać i działać na miejscu w Warszawie, pojawia się około północy, kiedy do mieszkania Piłsudskiego przychodzą niemieccy żołnierze. Niemcy szukają mocnego, obdarzonego autorytetem partnera do negocjacji. Wstrząsane rewolucją Cesarstwo Niemiec drży w posadach, struktura okupacyjnej władzy w Królestwie Polskim trzeszczy również. Wobec tego niemieckie wojsko chce właściwie tylko jednego: bezpiecznie ewakuować się i wrócić do kraju. Niemcy ostrzegają: albo Piłsudski udzieli im gwarancji bezpieczeństwa, albo zarządzą ostre pogotowie warszawskiego garnizonu i w razi e potrzeby użyją siły. Piłsudski rozmawia z nimi twardo. Ochrona i ewakuacja - proszę bardzo, ale za cenę podporządkowania się mu, a do tego przekazania broni i taboru kolejowego. Raz jednak podjąwszy tę grę, rezygnuje z poprzednich planów opuszczenia Warszawy. Niemcom komunikuje, że decyzję podejmie rano.

Rankiem dzwoni Edward Rydz-Śmigły z Lublina. Trudno powiedzieć - pułkownik jeszcze czy już generał, bo tym ostatnim został z nominacji rządu Daszyńskiego, w którym objął stanowisko ministra spraw wojskowych. Piłsudski uzna to za samowolkę i nieprędko zatwierdzi awans Rydza. Z podwładnym gada krótko i nieżyczliwie, każe dać do słuchawki Daszyńskiego. Wzywa ich obu do Warszawy, natychmiast. Dziś powiedzielibyśmy: na dywanik. Nikt nie ma wątpliwości, kto tu rządzi i tasuje karty...

Rano. Piłsudski wybiera się do Niemców. A zarazem na ulicach Warszawy rozpoczyna się to, co wyryło i raz na zawsze ukształtowało obraz dnia 11 listopada 1918 w polskiej świadomości narodowej: żywiołowe rozbrajanie niemieckich żołnierzy.

Około 13.00. Przy Moniuszki zjawia się Bogusław Miedziński, który też miał pecha znaleźć się w ekipie Daszyńskiego. Zostaje ostro przeczołgany przez Komendanta.

Około godziny 22.00. U Piłsudskiego meldują się (tak, to właściwe słowo) Daszyński i Śmigły. Tak opisuje to biograf Rydza Cezary Leżeński: „Używając niekoniecznie parlamentarnych słów zbeształ Śmigłego za pomysł powołania rządu lubelskiego. Pouczył ich rzecz jasna, że rząd powinien być koalicyjny i bez żadnych przymiotników jak »ludowy« czy inny. Na zakończenie polecił im ściągnąć wszystkich lubelskich ministrów do Warszawy”.

Przed północą. „Wtedy wszystkie stronnictwa, od najskrajniejszej prawicy do lewicy, żądały od nas oddania władzy Piłsudskiemu” - zapamiętał książę Zdzisław Lubomirski, w 1918 roku członek Rady Regencyjnej. Księcia i jego kolegów nie trzeba było mocno naciskać. Jeszcze przed północą przekazali Piłsudskiemu kluczową komendę nad wojskiem.

Dzień z życia Wojciecha Korfantego

Dnia 11 listopada 1918 roku poseł do Reichstagu Wojciech Korfanty wie, że nie ma już czego szukać w Berlinie. Nie po słowach, jakie padły z jego ust na forum Reichstagu 25 października - słowach, których Niemcy nigdy mu nie zapomną: „Mości panowie, nie chcemy ani piędzi ziemi niemieckiej. (…) Żadne statystyczne sztuczki nie zdołają zmienić faktu, że w Prusach Zachodnich lewe pobrzeże Wisły aż po Półwysep Helski jest zamieszkałe przez niewątpliwie polską ludność. (…) oświadczam, że nie chcemy ani jednego powiatu niemieckiego, tylko żądamy polskich powiatów Górnego Śląska, Śląska Średniego, Poznańskiego, polskich Prus Zachodnich i polskich powiatów Prus Wschodnich. (...) nie mam najmniejszego zamiaru ranić uczuć narodu niemieckiego i wierzę, że w nowych warunkach żądanie oddzielenia od Rzeszy polskich obszarów nie może uwłaczać niemieckim odczuciom”. Mimo iż Korfanty wyrażał się w sposób wielce dyplomatyczny, to najsłynniejsze z jego przemówień odebrane zostało przez Niemców jednoznacznie negatywnie, a przez niektórych znane za wręcz niepoważne, sam zaś Korfanty - poczytany za zdrajcę. Choć dla niego była to w zasadzie jedynie kropka nad „i”. „Stale byłem przez lata pod nadzorem policji,przedmiotem dochodzeń i szykan na każdym kroku. Można powiedzieć, że życia nie byłem pewien” - napisze po latach.

Rano. 11 listopada rodzina Korfantych pakuje się i opuszcza na zawsze swoje mieszkanie przy Eislebenstrasse 8 w berlińskiej dzielnicy Charlottenburg. Wydostanie się z ogarniętej rewolucją stolicy Niemiec nie jest takie proste, ale polityczne kontakty Korfantego z czołowymi socjaldemokratami są nadal aktualne. I robią swoje. „Rewolucyjny paszport dyplomatyczny” zaopatrzony podpisami Karla Liebknechta i Philippa Scheidemanna okazuje się na wagę złota i Korfanty wsiada w pociąg do Poznania. Podróż trwa kilka godzin.

Po południu. Tymczasem Poznań wiecuje. Korfanty wkrótce po przyjeździe odnajduje dobrze sobie znane towarzystwo. Posłowie polscy z Reichstagu, którzy po sławetnej mowie Korfantego w Reichstagu zadeklarowali wycofanie się z prac niemieckiego parlamentu, ostro angażują się w tutejszą działalność polityczną. Jeszcze tego samego dnia Korfanty spotyka się z nimi na zebraniu w hali Bazaru. Coraz słynniejszy Ślązak był wytrawnym politykiem, można wiec sądzić, że swe bezkompromisowe przemówienie w Reichstagu wygłosił z rozmysłem. Zapewne liczył się z potępieniem ze strony Niemców, zarazem jednak rachował na aplauz wśród Polaków. Jakoż się nie zawiódł - tu, w Poznaniu, jest teraz prawdziwą gwiazdą.

A jak zapowiada prasa, 12 listopada, czyli już nazajutrz, w tej samej sali Bazaru ma odbyć się wielki wiec. Można się spodziewać nadzwyczaj wysokiej frekwencji, audytorium zapewne będzie wypełnione do ostatnie miejsca. Ma tam wystąpić również Korfanty. Ten pierwszorzędny mówca jak zwykle starannie przygotowuje się do przemówienia, którego głównym tematem będzie nowa Polska: „Polska niepodległa i wolna, która teraz się rodzi, pomna swej tradycji, nigdy nie podniesie ręki na wolność innych narodów, zwłaszcza narodu niemieckiego, któremu nawet chętnie dopomoże do utrzymania wolności, o którą obecnie walczy. Polska opartą będzie na szerokich warstwach ludności. Padli już ci, którzy rękę na Polskę podnieśli, zginęli wszyscy trzej, a naród polski żyje! (...) Nie taką będzie Polska, jak ją przedstawiają wrogowie jej, którzy ją zohydzają. Polska będzie Polską chłopów, rzemieślników, robotników i ludu wszelkiego stanu”... Godzinną mowę zakończy Korfanty okrzykiem: „Wolna Polska z dostępem do morza niech żyje! Niech żyje Górny Śląsk”!

Do Poznania docierają też informacje ze Śląska: to wieści o tworzeniu rad żołnierskich na obszarze obszaru przemysłowego.

Prasa informuje również, że „Rada Regencyjna wysłała do Kół polskich w Poznaniu telegram, w którym powiedziano:»Okupacja niemiecka przestała istnieć. Wzywamy reprezentantów frakcji, aby przybyli do Warszawy w celu utworzenia rządu narodowego. Równobrzmiące telegramy wysłano do Krakowa i Paryża«”. W związku z tym także i Korfantego czeka wyjazd do Warszawy. Ale to dopiero za kilka dni.

Tomasz Borówka

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Francik Posypa

A co miou Adalbert ze zmudzkim terrorystom wspolnego? Dyc dlo tego bandziora Gorny Slonck bou obcym ciauym a polckim cielynciu - no ale jak Francuzy dali - to cza bouo wzionc!

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.