Jerzy Hanslik. Wzięty onkolog i...kościelny organista. To da się pogodzić? [WIDEO]

Czytaj dalej
Fot. Jacek Bombor
Jacek Bombor

Jerzy Hanslik. Wzięty onkolog i...kościelny organista. To da się pogodzić? [WIDEO]

Jacek Bombor

Z okna domu widzę kościół, budzą mnie kościelne dzwony. No i w pracy jestem w świątyni – śmieje się Jerzy Hanslik, w trzecim pokoleniu kościelny organista w podraciborskim Rudniku. Na co dzień także niezwykle zapracowany, jedyny onkolog kliniczny w raciborskim szpitalu…

Z okna domu widzę kościół, budzą mnie kościelne dzwony. No i w pracy jestem w świątyni – śmieje się Jerzy Hanslik, w trzecim pokoleniu kościelny organista w podraciborskim Rudniku. Na co dzień także niezwykle zapracowany, jedyny onkolog kliniczny w raciborskim szpitalu…

Spotykamy się w jego domu, postawionym tuż za domem rodzinnym rodziców, gdzie dosłownie za płotem jest przepiękny kościół św. Katarzyny w Rudniku, zbudowany w stylu gotyckim. – Z okna domu rodziców widać na dłoni przykościelny cmentarz, gdzie oboje spoczywają – dodaje lekarz.
Nigdy nie myślał o tym, by się stąd wyprowadzać. – To bardzo wygodne, w kapciach mogę wyjść na mszę i zagrać na organach – mówi Jerzy Hanslik.
Granie na kościelnych organach to pasja? Hobby? Zawód? Wszystkiego po trochu. – U mnie tradycja rodzinna przede wszystkim. Dziadek Józef był organistą. Potem mój ojciec Otto przejął pałeczkę, w końcu zacząłem grać ja z bratem. Skończyliśmy szkołę muzyczną w Raciborzu, w klasie fortepianu – wspomina pan Jerzy.

Dziadek, z zawodu piekarz, grał do 80-roku życia
Przedwojenny Rudnik był pod rządami niemieckimi. Funkcja organisty była przynależna do funkcji kierownika szkoły. Po wojnie sytuacja się zmieniła, od czasów powojennych do samej śmierci, czyli do 1985 roku, już jako 80-latek, dziadek Józef grał na organach i uczył wnuka. Z zawodu piekarz, z zamiłowania muzyk. Ze słuchem absolutnym. – Niemal na każdym instrumencie potrafił zagrać. Nauczył się nawet czytać zapisy nutowe - wspomina Hanslik. Ale wtedy już na instrumencie grywał oczywiście także tata pana Jerzego.
- Ja gram już od 37 lat, zacząłem grać jak miałem 13 lat, w siódmej klasie szkoły podstawowej. Pod bacznym okiem dziadka. Oj, był duży stres, bo przecież graliśmy na mszach. Czasem szło opornie, ale trzeba mieć odwagę zagrać dla kilkuset ludzi. Dziś, w swoim kościele, nie czuje tremy. No, może czasem, gdy przy jakiejś ważnej uroczystości przyjeżdżają księża z innych parafii, albo jak okazyjnie zastępuje kogoś w innej parafii…

Mieszkanie za czytanie

Gramy nie tylko rękami, ale i… nogami
Organy to niezwykły instrument. Jeden z najtrudniejszych. Bo grając na nich, używa się również pedałów. - Gra się rękami na manuałach i nogami w pedale. Wyższe dźwięki, podobne do tych, jakie wydaje fortepian, to są te grane w manualach rękami. A gruby dźwięk, bas, jest wydobywany przy pomocy pedałów – wyjawia tajniki organista.
W kościele są tradycyjne organy, z 1900 roku, ale niestety, po latach uległy zniszczeniu i na razie ich naprawa jest ponad siły małej parafii.
– Podejmowaliśmy kilka lat temu próby, ale okazało się, że drewniane piszczałki od ogrzewania się rozeschły, a ich naprawa to naprawdę bardzo kosztowna inwestycja – dodaje.
Dlatego na razie gra na organach – jak sam mówi – praktycznie elektronicznych, choć wyglądają jak te tradycyjne. Z tą różnicą, że dźwięki wydobywane są z głośników. Rola organisty jest tym bardziej trudna, że nigdy nie wiadomo, jak zabrzmią organy. Nie ma dwóch tak samo brzmiących… - Grając na skrzypcach, puzonie czy trąbce, znamy swój instrument i w każdej chwili potrafimy go nastroić, albo wiemy, czego się spodziewać. Organów własnych nie posiadam, jeżeli gram, to na takim instrumencie, który jest na wyposażeniu sali koncertowej czy kościoła. Organy posiadają różne głosy, barwę. W każdym kościele każdy instrument jest inaczej skomponowany. Zawsze nas to zaskakuje organistów, gdy ktoś prosi z rodziny, bo na przykład bierze ślub, by zagrać, więc ja nigdy nie wiem, czego mogę się spodziewać, muszę sobie z tym poradzić „na żywca” – uśmiecha się Hanslik.

Do zapamiętania… 800 pieśni
Kolejną trudnością jest to, że trzeba się nauczyć czytania trzech systemów nutowych. - Dla prawej ręki, lewej i dla pedałów. Trzy linie melodyczne, trzeba się ich nauczyć. To powoduje, że organiści są dobrymi operatorami, okulistami na przykład, bo mają dobrze wypracowaną koordynacją ruchową. Bez ćwiczeń, praktyki, jest to oczywiście trudne do uzyskania – opowiada nasz bohater. Organista kościelny musi znać kilkaset pieśni, melodii, tematów, które pojawiają się podczas uroczystości kościelnych. - Ja gram z nut. Wszystkich pieśni jest pewnie ponad 1000, ale aktywnych około 700-800.
Przez cztery lata grał w kościele św. Mikołaja w Raciborzu, ale teraz skupia się na pracy w Rudniku. Żona Regina, także jest muzykiem, przy parafii prowadzi zespół śpiewaczy. Można nawet powiedzieć, że muzyka organowa ich połączyła.
- Poznaliśmy się, bo bezpośrednio po liceum, bo nie poszedłem od razu na medycynę, tylko rok uczęszczałem do studium nauczycielskiego. Tam się poznaliśmy, na wydziale muzycznym. Żeby było ciekawiej, zwróciliśmy na siebie uwagę właśnie w kościele w Raciborzu. Ja grałem tam na zmianę z bratem. Gdy wychodziłem po jednej z mszy, natknęliśmy się na siebie z Reginą i zaczęliśmy rozmowę. Spytała, kto tak dobrze gra na organach. Powiedziałem, że mój brat i szkoda, że nie była wcześniej, bo ja grałem. Tak to się zaczęło – przypomina.

Zaspał na Rezurekcję…
A czy zdarzyła się kiedyś jakaś „fałszywa nuta”? W tym zawodzie to chyba normalne? Jerzy Hanslik pamięta dwie śmieszne sytuacje, jedna – gdy jeszcze grał w Raciborzu. – Grałem w Nowy Rok, po zabawie sylwestrowej, a pierwsza msza była o 6 rano. I, wstyd się przyznać, zasnąłem podczas grania Chwała na wysokości Bogu. Pieśń ostatecznie nie została odśpiewana do końca – przypomina dziś z humorem organista.
Druga zabawna sytuacja zdarzyła się kilka lat temu już w Rudniku. Zaspał w Wielkanoc na Rezurekcję. – Wypadała jak w tym roku, była zmiana czasu, a msza o 6 rano. No i słyszałem budzik, ale nie udało się wstać od razu. W końcu się obudziłem i pobiegłem do kościoła. Mocno się spóźniłem, za co przepraszam jeszcze raz parafian. Ale mszę udało się dokończyć – śmieje się Hanslik.

Inni świętują, ja pracuję
Jak pogodzić pracę wziętego lekarza z pracą organisty? Fakt, to niezwykle trudne. – Godziny są tak specyficzne, że nikt normalny nie wytrzymałby takiego obciążenia. Gdy inni świętują i odpoczywają, ja mam najwięcej pracy – przyznaje. W poniedziałek ze szpitala wraca koło 18, 19, we wtorek zazwyczaj ma dyżur 24-godzinny, więc jest w domu w środę, w czwartek wraca wieczorem, piątkowe popołudnie wolne. Raz, dwa razy w miesiącu jeszcze dyżur sobotni w szpitalu, który kończy o 7.30, gdy w Rudniku zaczyna się msza święta. – Spokojnie, w takiej sytuacji ratuje mnie syn Cezary, który także siada za organami - mówi Hanslik. Syn też studiuje medycynę, jest na szóstym roku. Zresztą medycynę – konkretnie stomatologię - chce studiować także córka pana Jerzego, tegoroczna maturzystka. – Ona jako jedyna na organach nie gra, żona ochroniła ją przed moimi zapędami, by ją też w to wciągnąć - śmieje się nasz bohater. - Więc trzeba to lubić i kochać, pracy kończy się w niedzielę koło 16, gdy kończy się ostatnie nabożeństwo – mówi.

Granie na organach i onkologia. To da się pogodzić?
Próbował sobie wytłumaczyć, że to jakaś forma odreagowania po pracy? Onkologia to przecież często na co dzień spotykanie śmierci, spraw trudnych. - Na śmierć nigdy nie będzie przyzwolenia, ani nie można się z nią pogodzić, tak samo jest z ludzkim cierpieniem. I na pewno każde cierpienie, szczególne u chorych onkologicznych, mnie boli. Też osobiście przeżywam niepowodzenia leczenia, które niestety w onkologii zdarzają się często. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, być może faktycznie to, że gram na organach, że słucham Ewangelii, kazań, pomaga mi lepiej rozmawiać z pacjentami, pozwala się zdystansować od tych problemów, z którymi się pacjenci ze mną dzielą. Nie sposób ich wszystkich niestety razem z nimi przeżywać. Można im współczuć, spróbować pomóc, ale jednak trzeba się zdystansować, bo inaczej nasza psychika nie dałaby rady – przyznaje Jerzy Hanslik. Od 2001 roku prowadzi Dzienny Oddział Chemioterapii w Szpitalu Rejonowym w Raciborzu, pracuje też w poradni onkologicznej w tej placówce. Rocznie w jego oddziale przeprowadza się około 1500 zabiegów chemioterapii niemal we wszystkich schorzeniach onkologicznych. W poradni przyjmuje dziennie około 20 pacjentów. Onkolog musi być psychologiem.

- Onkologia jest bliska śmierci, jest bliska przekazywania często trudnych wiadomości. Często lekarze boją się z rozmowy z pacjentami. Potem gdy przychodzi do mnie chory pytam się, „czy rozmawiał z panem, panią, lekarz, który do mnie przysłał? Zazwyczaj słyszę: Nie, on powiedział, że pan mi wszystko powie. Z drugiej strony się przed tym nie bronię. Muszę umieć to powiedzieć, zmierzyć się z tym. Muszę rozmawiać z trudnym pacjentem o trudnych sprawach – dodaje. Ale nie chce, by to zabrzmiało, jakoby onkologia była beznadziejna. - Naprawdę można dużo zdziałać, i nawet w ciągu tych lat, od kiedy ja pracuję, zmieniło się bardzo dużo. Ta praca naprawdę w tej chwili daje mnóstwo satysfakcji i przyjemności – zapewnia.

Syn? Na pewno będzie czasem grał na organach
Czy w synu znajdzie następcę przy kościelnych organach. – Czwarte pokolenie? Cezary? Oj, będzie często. Nie wiem, czy się zdecyduje, to ciężki kawałek chleba. Na pewno będzie pomagał, z doskoku, jak teraz – śmieje się Hanslik.

Jacek Bombor

20-letnie doświadczenie w zawodzie. Zaczynałem jeszcze w Trybunie Śląskiej, która w 2004 roku połączyła się z Dziennikiem Zachodnim. Od początku pracuję w Rybniku, najpierw jako reporter, od ponad 12 lat jestem szefem oddziału. Najbardziej lubię opisywać sprawy kryminalne, sądowe. Dobrze czuję się w tematyce górniczej - dobrze znam specyfikę Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Od kilku lat uwielbiam wyciągać na światło dzienne historie dawnych fotografii miejskich Rybnika, Jastrzębia, Wodzisławia.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.