Katarzyna Bonda: Wrócę z moim bohaterem na Śląsk i do Zagłębia WYWIAD

Czytaj dalej
Fot. Gosia Turczyńska
Maria Olecha-Lisiecka

Katarzyna Bonda: Wrócę z moim bohaterem na Śląsk i do Zagłębia WYWIAD

Maria Olecha-Lisiecka

Katarzyna Bonda, najpopularniejsza autorka w Polsce, mówi o tym, jak stworzyła Saszę Załuską, ile z Bogdana Lacha jest w Hubercie Meyerze, jak odbierają jej książki czytelnicy za granicą i o sukcesie, jaki osiągnęła.

Jakie to uczucie, kiedy sprzedaje się ponad dwa miliony książek, co oznacza, że statystycznie, jak wyczytałam, pani książka jest w co szóstym polskim domu?

To jest piękne! Jestem zaszczycona, że ludzie zaufali mi, zainwestowali w przeczytanie książek swój czas i pieniądze - czasem 40 złotych, czasem 8, bo moje książki ukazują się też w formacie pocketowym (kieszonkowym - red.), o co walczyłam. Ja w ogóle walczyłam o to, aby być czytaną, popularną autorką, bo moje książki to branża rozrywkowa. Mówię to celowo, bo wiem, że niektórzy mojego pisania nie nazywają literaturą, a prozą gatunkową, kryminalną. Do swojego sukcesu mam stosunek bardzo pokorny, bo pamiętam czasy, kiedy moje książki się nie sprzedawały, wiem, co znaczy siedem naprawdę chudych lat. To też nie jest sukces tylko na polskim rynku, ale też za granicą - zakontraktowanych jest dwanaście krajów.

Niedawno doszły Włochy.

Tak. Włosi akurat wydadzą dwie książki równocześnie: „Pochłaniacza” i „Okularnika”. Jako jedne z pierwszych były Czechy, Rosja, Holandia, Niemcy i tak sukcesywnie moje książki wychodzą w zależności od tego, jak jestem wpisana w katalog wydawniczy. Nie ukrywam, że dla mnie to duża niespodzianka. Dlatego, że mnie rynek polski początkowo nie rozpieszczał, jeżeli chodzi o polską prasę, krytykę, nie dostawałam też nagród. To, co mnie zbudowało, to czytelnicy. Ludzie mnie czytają. Dlatego też ja im to oddaję. Jeżdżę do każdej najmniejszej miejscowości na spotkania autorskie, odpowiadam na listy i mam ogromny szacunek dla czytelnika. Dlatego, że sukces, o którym pani mówi, zawdzięczam moim czytelnikom. Proszę mi wierzyć, że nie ma pisarzy, którzy nie chcą być czytani. Jeżeli pani pisze opowieść, wkłada pani w nią swoje serce, pracę, energię - to chce pani być czytana.

Pani spotkania to właściwie tournée promocyjne - kilka miesięcy podróży po całej Polsce. Nie wszyscy pisarze tak robią.

Dla mnie to prawdziwa przyjemność, naprawdę. Kiedy piszę książkę, siedzę w mojej „jaskini” w dresie, w polarze, nie wychodzę do ludzi. W czasie zapisu jestem odcięta od świata zewnętrznego, nie wychodzę do ludzi. Jasne - mam dziecko, które muszę wyprawić do szkoły, psa, którego trzeba wyprowadzić na spacer, załatwić coś w urzędzie. Normalnie funkcjonuję, ale poza tymi codziennymi obowiązkami - odcinam się. To jest taki czas, kiedy nie ustawiam tej trasy promocyjnej, jak to pani nazywa. Ale kiedy książka jest gotowa i idzie do druku, czyli moja opowieść się materializuje, przychodzi taki czas, że aż mam ochotę wyjść do ludzi, przebrać się w normalną odzież i zobaczyć ludzi, którzy mnie czytają. To dla mnie ważne, bo kiedy piszę, mam codziennie takie wątpliwości: czy to w ogóle ma sens? Czy to, co piszę, się spodoba? To jest piękne, kiedy ludzie przychodzą na spotkania ze swoimi historiami związanymi z przeczytaniem moich książek, przychodzą z pochwałą, z krytyczną oceną, z prezentami, z uwagami. Odbieram to na takim poziomie magicznym. Oczywiście, mogłabym tego nie robić i spotykać się tylko z moimi kolegami pisarzami na festiwalach - też to robię. Ale ja po prostu czerpię pozytywną energię od czytelnika. Paradoksalnie to trwa krótko w porównaniu do czasu zapisu i dokumentacji, bo około trzech miesięcy. Po takim czasie, kiedy miałam szansę pobyć z moim czytelnikiem, odbiorcą, kimś, kto jest najważniejszy dla mnie, zawszę robię update, nadbudowę danych i zastanawiam się, co dalej, w którą stronę pójdę. Nie ukrywam, że się zmieniam, mój zapis się zmienia. Rodzaj narracji, nawet gatunek u mnie zawsze jest dopasowany do historii, którą wybieram. I to nie jest tak, że ja się dostosowuję do gustu. Ludzie prawdopodobnie by chcieli, abym pisała za każdym razem podobną opowieść kryminalną, a ja tak nie potrafię. Za każdym razem opowiadam zupełnie inaczej, co innego mnie interesuje. Wszystkim się nie będę podobać i to zawsze ludziom mówię, więc piszę dla tych, którym coś to daje.

Jak odbierane są pani książki za granicą? Czy tam czytelników ciekawi Polska?

Tak, odczytywane są na tych wszystkich kontekstach poza kryminałem. Wszystko to, co przez lata wytykano mi u nas jako mankament, ceni czytelnik zagraniczny. Ludzie za granicą, my sobie z tego nie zdajemy sprawy, bardzo niewiele o nas wiedzą. Mówię o mentalności, w jaki sposób myślimy, jakie mamy marzenia, jaki mamy system gospodarczy, polityczny, społeczny, co się u nas dzieje, co jest modne, jaka jest typowa polska dusza, o naszej martyrologii, mesjanizmie, o naszej przestępczości. To wszystko ich bardzo ciekawi. Jest też tak, że moje książki wychodzą w dużych wydawnictwach, tzw. wielkiej piątki, np. Random House. W Niemczech byłam na liście bestsellerów. W „Buch Aktuell”, prestiżowej gazecie, doceniono to, co w Polsce w „Pochłaniaczu” było krytykowane: że za dużo wątków, że Bonda rozmija się z kryminałem, profanuje gatunek, wytykano mi mnóstwo mankamentów, tymczasem tam oceniono to wszystko jako walor książki. Z kolei kiedy byłam w Indiach, bałam się, w jaki sposób tam będzie to odczytane, ponieważ Sasza jest suchą alkoholiczką, samotnie wychowuje dziecko, zajmuje się profilowaniem, czyli pracuje w policji, a kobieta w tamtym rejonie ma zupełnie inną funkcję życiową - mówiąc ogólnie. A zostało to bardzo dobrze odczytane. Te kobiety były zafascynowane, że my, Polki, jesteśmy tak wyemancypowane, że one marzą, aby jak Sasza wejść w buty mężczyzny i samodzielnie podejmować decyzje. W Holandii zaś najciekawsze okazały się te wszystkie elementy rozwiązania zagadki za pomocą zapachu; osmologia.

Czyli „Pochłaniacz” się spodobał, a potem kupili resztę serii?

Tak. Chociaż muszę pani powiedzieć, że kiedy sprzedałam prawa do „Pochłaniacza” Brytyjczykom, to pierwsza część serii była jeszcze maszynopisem. A oni od razu kupili prawa do całości serii. Dzwonili do mnie wtedy różni polscy wydawcy, koledzy pisarze z pytaniem: „Bonda, jak ty to zrobiłaś? Przecież tej książki jeszcze nie ma!”. I tak sobie myślę, że można na to patrzeć z różnych perspektyw. W moich książkach jest bardzo wiele elementów i każdy znajduje coś dla siebie. Czytają mnie w Polsce, za granicą; ludzie dojrzali i bardzo młodzi, wykształceni i tacy, którzy od 30 lat książki nie mieli w ręku. I wciągają się w moją opowieść.

Pamięta pani, jak wymyśliła Saszę Załuską?

Oczywiście!

To jak to było?

Czasem wydaje nam się, że czegoś chcemy, ale wcale tego nie potrzebujemy. I odwrotnie: nasze marzenie długo się nie spełnia, a okazuje się, że coś innego było nam dane - jak seria z Saszą w moim przypadku. Pracowałam nad zupełnie inną książką, która nigdy nie powstała, z tej przyczyny, że były tam treści niewygodne dla kazachstańskiego wywiadu. Mówię to głośno i świadomie, jakby coś mi się stało… Zdecydowałam, że nie będę tej książki pisać, bo rodzina i jej bezpieczeństwo jest dla mnie ważniejsza. Ale wydałam wszystkie pieniądze, jakie miałam - a nie miałam ich dużo - na dokumentację, wydałam zaliczkę od wydawcy, więc poszłam i powiedziałam, że oddam zaliczkę w ratach. Mój wydawca zaproponował, abym wymyśliła coś innego.

I wymyśliła pani Saszę.

Nie od razu! Najpierw się zbiesiłam! Jak nad czymś pracuję, to jestem absolutnie zaangażowana. Ale zawsze powtarzam, że nie należy decyzji podejmować pochopnie wieczorem, tylko najlepiej przespać się i zrobić to rano. Mój wydawca jest mądry i wysłał mnie do domu. Poszłam, nie spałam całą noc. Wstałam rano, zaprowadziłam dziecko do przedszkola, wróciłam do domu, usiadłam do komputera i w cztery godziny napisałam konspekt o Saszy. Miał siedemnaście stron, w punktach. Był to sekret Saszy, profil zawodowy Saszy, profil osobisty Saszy i cztery części streszczenia.

Czyli sekret, który poznajemy w „Czerwonym Pająku”, wymyśliła pani na początku?

Tak. Oczywiście to było siedemnaście stron, więc tylko taki zarys, rodzaj drabinki. Jak to napisałam, przeczytałam i wysłałam. Jeszcze raz tego samego dnia przepisaliśmy umowę z wydawcą. Na pewno ta historia, której nigdy nie napisałam, w jakimś stopniu zawiera się w opowieści o Saszy. To jest magia tego zawodu: można przetworzyć fabułę, postaci. I powiem szczerze, że nie jestem pewna, czy gdybym napisała tamtą książkę, to byśmy się spotkały i pani by mnie zapytała o te dwa miliony książek.

„Czerwony Pająk” to opowieść o Saszy, ona jest w epicentrum zdarzeń. Czytając „Pochłaniacza”, „Okularnika”, a szczególnie „Lampiony” irytowałam się momentami, że spycha pani Saszę czasem na boczny tor. Ale ta seria, ze szczególnym naciskiem na „Czerwonego Pająka”, to też opowieść o Polsce...

Boże, jaki piękny komplement!

To książka o tym, jak rodziła się polska demokracja i mafia na styku polityki, biznesu, przestępczości zorganizowanej i służb.

Bardzo cieszę się, że na takim poziomie pani tę serię odbiera, bo przyznaję, że w pewnym momencie nie interesowało mnie już, kto zabił, czyli nie interesowała mnie Sasza jako detektyw, ale czteroelementowa historia pokazująca Polskę z czterech miejsc. Mnie interesowało takie zoomowanie, aby czytelnik z rozrzuconych puzzli ułożył sobie obrazek. Od początku wiedziałam, w jaki sposób to ma się zamykać, więc aby nie spalić tej historii, trochę ją wycofałam. Niektórzy czytelnicy nie mogą mi tego darować. Ale nie umiałam inaczej o Saszy i Polsce opowiedzieć. W „Pochłaniaczu” Sasza pojawia się na 160. stronie. Jest prolog, a potem inna opowieść. Teraz mam taki dobry moment, bo konfrontuję się z opiniami o wszystkich częściach serii, dlatego muszę ostrzec tych, którzy jeszcze jej nie czytali, że stoję na półce z powieściami kryminalnymi, ale jeśli oczekują rasowego kryminału, to mogą się czuć zawiedzeni. Tam jest 30 proc. kryminału, a reszta to jest opowieść, jak pani powiedziała, o Polsce: kameralna, z 1946 roku, jak w „Okularniku”, dotycząca transformacji i tego, jak kształtowała się obecna Rzeczpospolita, jak w „Czerwonym Pająku”, albo awanturnicza opowieść o mieście, jak w „Lampionach”.

„Lampionami” pani namieszała, łamiąc zasady powieści kryminalnej.

Wiem, ludzie mi czasem zarzucają, że złamałam wszelkie możliwe zasady, ale inni piszą do mnie, że to ich ulubiona część, bo jest taka zwariowana i kompletnie inna! Albo że ich ulubioną książką jest moja pierwsza książka, którą ja chciałabym spalić (śmiech). Powiem pani, że stwierdziłam, że może już nigdy nie będę miała szansy na to, aby napisać powieść tak inną od wszystkich, jakie dotychczas napisałam. Ten żywioł ognia mnie do tego prowokował i ja za nim poszłam w „Lampionach”. Łódź mnie absolutnie pochłonęła.

Wspomniała pani o chęci spalenia pierwszej książki, czyli „Sprawy Niny Frank” z Hubertem Meyerem. To bohater z Katowic...

Ta piękna komenda, w której on pracuje, to jeszcze stoi?

Stoi.

To dobrze, bo dla Meyera i dla mnie to ważne miejsce (uśmiech).

A czy prawdą jest, że pierwowzorem Huberta Meyera był pan Bogdan Lach?

Tak, to prawda. Nie mógł być nikt inny, bo nie było wtedy innego profilera! Bogdan Lach był wtedy tajny, był szefem sekcji psychologów. Spędzałam spotkania autorskie na tłumaczeniu, kim jest profiler. Dzisiaj to się może wydaje absurdalne, jakieś kombatanckie opowieści, ale w tamtym czasie nie było w Polsce nawet fachowej literatury na ten temat. Były dwie książki: jedna wydana przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie, a druga „Motywy zbrodni” Johna Douglasa i Marka Olshakera. Bogdan Lach był jedyny, on robił szkolenia, nie tylko dla policjantów i psychologów, ale dla sędziów, prokuratorów i ludzi, którzy chcieli mieć wiedzę o profilowaniu. Mam taką czelność, aby mówić, że ja, jako jedna z pierwszych, napisałam o nim. Na pewno był to pierwszy tekst w gazecie, w „Newsweeku”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Bogdanie, komendant, który podawał mi nielegalnie kontakt do niego, nie potrafił nawet wymówić słowa „profiler”, nie wiedział, czy to angielskie, czy może polskie? Potem śmialiśmy się z tego z panem komendantem. W tamtym czasie była to wiedza absolutnie fascynująca, a na pierwsze spotkanie z Bogdanem jechałam uzbrojona w wiedzę z tych dwóch książek i filmów typu „Milczenie owiec”. Najpierw Bogdan sprawdził mnie, czy odróżniam podejrzanego od oskarżonego.

I zdała pani.

No nie wyrzucił mnie po półgodzinie, wyjechałam dosyć późno, kiedy Bogdan musiał wracać do domu, do rodziny, a jest bardzo rodzinny, bo robi przetwory z żoną, gra z synem w piłkę. No, porządnym chłopem jest! Wyjechałam z katowickiej komendy urzeczona jego wiedzą, uzbrojona w informacje i wiedziałam już, że to musi być postać literacka. Trochę czasu minęło jednak, zanim napisałam książkę.

Meyer jest do niego bardzo podobny?

Starałam się oddać genialność Bogdana, jeśli chodzi o zawodowe rzeczy, ale sferę prywatną Huberta Meyera stworzyłam na kontrze, jest to rewers Bogdana. Dlatego tak nawywijałam w życiu Huberta: co chwilę inna baba (śmiech). A Bogdan jest niesamowitą osobą, człowiek opoka!

Będzie czwarta książka z Hubertem Meyerem?

Tak, obiecałam, że będzie. I będzie działa się tutaj, u was, na Śląsku i w Zagłębiu, bo wiem, że tu jest ten odwieczny konflikt, chociaż jeszcze nie do końca rozróżniam, gdzie jest granica, bo nie przyjechałam na dokumentację (śmiech).

Polubiła pani Śląsk podczas pracy nad serią z Meyerem?

Tak. W ogóle o Śląsku pisze się łatwo. Ta aglomeracja, połączenie tych miast, to, że te przestrzenie się przenikają, że jest tak duża anonimowość, że są miasta, gdzie jest dopiero jedno pokolenie żyjące tutaj od urodzenia, to jest absolutnie fascynujące i to doskonałe miejsce dla kryminału. A z drugiej strony, jest taki nerw śląski, i zagłębiowski pewnie też - zbadam go! - który lubię. Tylko obawiam się wrócić do Huberta, bo o Saszę się cały czas trzęsłam, a jego to się boję, bo on jest tak niesubordynowany w zapisie, cały czas muszę z nim walczyć.

Bo żyje własnym życiem?

Tak, żeby pani wiedziała (śmiech)! Poza tym jest szowinistą. No nic, będzie ciekawie!

Seria z Saszą jest skończona. Jakie ma pani plany pisarskie?

Szczerze? Po raz pierwszy w życiu mam taki moment, że nic nie muszę, że nie mam noża na gardle, dedline’u w wydawnictwie. Mogę odpocząć i pomyśleć. Mam też świadomość, że odium serii o Saszy jest ciężkie i trudno będzie mi zaspokoić oczekiwania wszystkich. Boję się tego, co dalej, boję się, że część ludzi się rozczaruje. Myślę, że czeka mnie ciekawa konfrontacja. Ale dźwignę to! (uśmiech).

Maria Olecha-Lisiecka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.