Katowice na zdjęciach Ligęzy. Urzekły go Torkat, kamienice i neony WIDEO, ZDJĘCIA

Czytaj dalej
Teresa Semik

Katowice na zdjęciach Ligęzy. Urzekły go Torkat, kamienice i neony WIDEO, ZDJĘCIA

Teresa Semik

Do głowy mi nie przyszło, żeby wprowadzać odbiorcę w błąd. Kiedy przygotowuję kolejny album o Katowicach, opowiadam prawdziwą historię miejsca - opowiada Józef Ligęza, artysta fotografik, kronikarz Katowic.

Aparat fotograficzny dostał pan na pierwszą komunię?
Trochę później. Pod naszym oknem był targ, na którym swój kram wystawiał handlarz ze Lwowa. I u niego zobaczyłem Zorkę 3. Uprosiłem tatę, by mi ją kupił.

Kto w Czudecu na Podkarpaciu uczył robić zdjęcia?
Organista. To był jedyny fotograf w moim miasteczku. Robił legitymacyjne zdjęcia dzieciom, które szły do Pierwszej Komunii. On mnie też uczył gry na fortepianie. „Synu, masz absolutny słuch”, powiedział w obecności mojej mamy. Dlatego trafiłem do szkoły muzycznej, oddalonej o 20 km. A tam usłyszałem: „Synu, masz świetny głos tenorowy”. I musiałem się uczyć śpiewu solowego.

Dlaczego z taką duszą artysty wybrał pan studia ekonomiczne, do tego w Katowicach?
Kolega mnie namówił, żeby pojechać do Katowic. Pożegnałem się z chórem kościelnym, ale wziąłem ze sobą Zorkę 3 i akordeon. Był rok 1957. Nie dostałem akademika, bo mój ojciec był rzemieślnikiem, więc pozostał mi nocleg na dworcu kolejowym. Na szczęście po kilku tygodniach dziekan się zlitował. Może dlatego, że pochodził z Jasła i wsparł krajana.

Poczuł się pan obco na Śląsku?
Nie dostrzegałem antagonizmu: swoi i obcy. Na trzecim roku studiów zostałem nawet stypendystą Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Katowicach. Urzekły mnie w Katowicach kamienice, Torkat i neony na ulicy 3 Maja. Sfotografowałem je wszystkie.

Wykształcenie ekonomiczne przydaje się w fotografowaniu?
Kiedy miałem studio fotografii reklamowej, przydało się, nawet bardzo. Ekonomia wymusza reagowanie na to, co aktualnie dzieje się wokół. Podobnie jest z fotografią, bo to przecież sztuka obserwacji, umiejętność znalezienia czegoś interesującego w zwykłym miejscu.

A co z tym śpiewem?
Zdałem do katowickiego konserwatorium i miałem zostać tenorem, ale naukę śpiewu z ekonomią trudniej pogodzić. Zrezygnowałem po kilku zajęciach. Śpiewałem już tylko kolegom w akademiku, dopóki nie sprzedałem akordeonu, by jakoś przetrwać.

Za jakie zdjęcia otrzymał pan pierwsze wynagrodzenie?
Za powstańców śląskich. W 1976 roku zorganizowałem wystawę fotograficzną „W powstańczą rocznicę”. Wykonałem zdjęcia prawie wszystkich żyjących jeszcze uczestników powstań śląskich. Generał Jerzy Ziętek wręczył mi za to Srebrną Odznakę „Zasłużonemu w Rozwoju Województwa Katowickiego” i poprosił o przekazanie prawie 50 tych zdjęć i negatywów organizacji kombatanckiej. Od tego czasu w każdym moim albumie są także portrety powstańców.

Czy spotkanie z Alfredem Ligockim, Edwardem Poloczkiem, tuzami śląskiego środowiska fotograficznego, miało wpływ na pana zawodowe wybory?
Edward Poloczek zaprosił mnie do Związku Polskich Artystów Fotografików. Był rok 1977. Moja kariera ekonomisty dobiegała wtedy końca, bo kolejny awans w branży wielkich klimatyzatorów i wentylatorów był uzależniony od przynależności partyjnej. A ja wciąż czułem się wolnym człowiekiem. Wybrałem więc wolny zawód. Do dziś Poloczkowi i Ligockiemu wypowiadam za to swoją wdzięczność.

Został pan kronikarzem Katowic. Mam nawet wrażenie, że do dziś składa pan hołd temu miastu. Z czego wynika ta pana wdzięczność?
Miasto mnie przygarnęło w najtrudniejszych dla mnie chwilach, dało mieszkanie, pracownię. Mogłem się oddać swojej pasji. A ja nigdy nie zostawiam niezapłaconych rachunków. Właśnie przygotowuję czwarty album o Katowicach. Uznałem to miasto za swoje.

Wciąż pokazuje pan jego barwy i emocje, dokumentuje przeszłość. Skąd tyle sentymentu do starej huty „Marta”, wyburzonej w centrum Katowic w latach 60. dwudziestego wieku?
Była pomnikiem przeszłości. Z Lechem Szarańcem, wówczas kierownikiem wydziału kultury katowickiego magistratu, zabiegaliśmy, by pozostał jej fragment, dla zachowania aury miasta. Jednak jej wyburzenie było wtedy bezdyskusyjne, nie było nawet do kogo mówić, by dać jej nowe życie. Mieszkańcy mieli sporo sentymentu do „Marty”, bo była częścią ich życia, nie tylko żywicielką. Dziś stoi w tym miejscu superjednostka.

Czy Katowice są fotogeniczne?
Są coraz bardziej fotogeniczne. Wciąż jestem zafascynowany katowicką secesją, także modernizmem. Mam nadzieję, że uda mi się wydać album o Katowicach okresu międzywojennego w połączeniu z obecnym rozmachem inwestycyjnym. Dziś dla mnie najpiękniejsze miejsce to katowicka Akademia Muzyczna, po przebudowie.

Przywraca pan pamięć miastu i najbardziej znane są właśnie pana prace zaangażowane społecznie. Czego pan szuka wśród wygasłych murów, plątaniny metalowych konstrukcji? Życia?
Mam za sobą 55 lat pracy i nie uganiam się za nowinkami, nie poddaję akademickim nakazom, trendom i układom. Szukam sensu i emocji, a nie tylko formy. Tak, szukam tego, co niesie życie.

Nie pociąga pana fotografia przetworzona, wystudiowana i wypracowana w ciemni, czy teraz przed komputerem?
Ależ bardzo mnie interesuje i nigdy z niej nie zrezygnowałem, ale fotografia artystyczna przynosi głównie prestiż i uznanie jury. Za fotografie artystyczne, a nie za dokument czy reportaż, otrzymałem 25 głównych nagród i sto innych, wziąłem udział w 270 wystawach w kraju i za granicą.

Sugestywne są pana portrety. To trudna sztuka wejść gdzieś między skórę a ubranie fotografowanej osoby?
Potrzebna jest rozmowa, długa i często bardzo intymna. Gdy w końcu zapada milczenie, zaczynam swoją pracę.

Bywały takie chwile, gdy nie miał pan przy sobie aparatu i wówczas zdarzyła się najwspanialsza scena do sfotografowania?
Podczas promocji filmu dostałem się przed stół prezydialny, czego nie mogłem przewidzieć. „No, zrób zdjęcie” - słyszę z boku, a wtedy nie było nawet telefonów komórkowych. Jeszcze większą wpadkę zaliczyłem, kiedy miałem wykonać zdjęcie kompozytora Wojciecha Kilara przy grobie jego żony Basi. „Proszę mnie szukać, jestem tu często” - wyjaśnił. Kiedy go znów zobaczyłem na cmentarzu, dał mi znak, że mogę zrobić zdjęcie, a ja nie miałem aparatu. „Nic nie szkodzi” - powiedział. Przy pierwszej okazji wykonałem to zdjęcie, jest w ostatnim moim albumie. Na spotkanie z panią też zabrałem aparat, bo już tego błędu nie popełniam.

Dziś każdy może być fotografem. Czuje pan za plecami konkurencję i tę armię smartfonów?
Ludzie ulegają złudzeniu, że fotografowanie jest proste. Każdy może zrobić zdjęcie, ale nie każdy wie, jak wykorzystać światło w trakcie fotografowania, gdzie się ustawić, jak w końcowej fazie skadrować obraz.

Amerykański fotoreporter Lewis Hine powiedział: „Chociaż fotografie nie mogą kłamać, kłamcy mogą fotografować”. To ważne zdanie, bo często zadajemy sobie pytanie, czy autor jest szczery? Czy jest możliwe uchwycenie danego widoku, bo może to mistyfikacja?
Do głowy mi nie przyszło, by wprowadzać odbiorcę w błąd. Kiedy przygotowuję album o Katowicach, opowiadam prawdziwą historię. Czytelnik ma prawo wierzyć, że tak wyglądały kiedyś ulice i domy. Mogę ten obraz upiększać doborem światła, ale nie mogę manipulować obrazem. Inaczej byłaby to fotografia manierystyczna, nierzeczywista. Przekazałem 400 zdjęć Muzeum Historii Katowic z różnych okresów mojej twórczości. Jest na nich prawda.

***
Józef Ligęza,
trafił w 1985 roku do Międzynarodowej Encyklopedii Fotografów, wydanej przez szwajcarską oficynę Editions Camera Obscura. Jego zdjęcia znajdują się m.in. w Muzeum Śląskim, w Wilnie, Sarajewie i Rostocku.

Teresa Semik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.