Kiedyś Iskierka pomogła Oskarowi, dziś on pomaga innym

Czytaj dalej
Fot. Marzena Bugała
Ola Szatan

Kiedyś Iskierka pomogła Oskarowi, dziś on pomaga innym

Ola Szatan

Do dziś pamiętam słowa lekarza, gdy siedziałem z mamą w gabinecie lekarskim. „Pani syn ma raka. Może umrzeć” - dokładnie tak powiedział. Z płaczem wybiegłem do taty, na kolana. To było załamanie. W walce z chorobą bardzo dużą rolę odgrywali rodzice, rodzeństwo, rodzina. Na równi z Fundacją ISKIERKA, która wspierała nie tylko mnie, ale i rodziców. Oni też tego bardzo potrzebowali. Dzisiaj ja staram się pomagać innym - mówi Oskar Zarański z Bytomia, dziś wolontariusz i przyjaciel ISKIERKI.

Była końcówka 2005 roku. Oskar miał wtedy sześć lat.
- Mieliśmy się udać na rutynowe szczepienia. Tata zauważył, że nie potrafię unieść szklanki lewą ręką. A to był wynik tego, że guz już bardzo naciskał na korę. I zaczynał się niedowład - opowiada chłopak.
Uznano, że szczepienie trzeba przełożyć, a zamiast tego chłopiec został wysłany na badania. Pojechali do szpitala. Diagnoza: guz mózgu. Szybko trafił na stół operacyjny. W styczniu 2006 roku przeszedł dwie operacje wycięcia guza oraz cykl chemioterapii. Leczenie okazało się skuteczne, bowiem po specjalistycznych badaniach stwierdzono całkowitą remisję guza. Oskar mógł wrócić do domu i szkoły. Niestety, podczas badań kontrolnych w 2010 roku okazało się, że choroba powróciła.

Cieszę się, że mogę żyć

- Jako młody człowiek nie do końca rozumiałem świat. Na pewno był moment zawahania i kotłujące się z tyłu głowy myśli „dlaczego ja?”. Ale szybko zanikły. I skupiałem się przede wszystkim na tym, aby iść cały czas do przodu i cieszyć się każdym kolejnym dniem - mówi dziś dorosły już Oskar.
Izabela Zarańska, mama Oskara, nie ukrywa, że było ciężko.
- Słabość była, wiadomo. Pojawiała się na różnych etapach choroby. Było ciężko. Wtedy płakało się w toalecie czy do poduszki. Ale dzieciaki powodują w nas, rodzicach, że nie można się przy nich „wysypać”. Bo one, przy tych wszystkich dolegliwościach i kłodach, które po drodze się pojawiają, mają niesamowitą chęć walki, życia. To są tacy mali bohaterowie, którzy nam, rodzicom, dodają wiele energii i siły, byśmy potrafili z tym wszystkim się zmierzyć. To koło wzajemnie się napędzało - mówi wzruszona. Ale wtedy całe życie rodzinne było podporządkowane chorobie Oskara.
- Mam jeszcze dwójkę starszych dzieci, które, na szczęście, przy pomocy innych osób z rodziny, mogły zająć się sobą. Ja zostałam z Oskarem na oddziale. Życie musiało się jakoś toczyć. Pamiętam, że na początku choroby Oskara nie chciałam wychodzić do domu. Był lęk, że coś się może wydarzyć - przyznaje. I wspomina: - Trochę tego czasu spędziliśmy, najpierw na neurologii, potem na onkologii. Szpital był naszym drugim, a czasami pierwszym domem. Był okres, że pozostałe dzieci odwiedzały nas w szpitalu. W tym trudnym czasie doświadczyliśmy też przyjaźni, które zostały zawiązane na całe życie. Bardzo wartościowych. Spotkaliśmy ludzi, z którymi zawsze możemy porozmawiać i na nich liczyć. To działa oczywiście w obie strony. Przy tych wszystkich złych momentach znaleźliśmy też takie promyki, jak chociażby ISKIERKĘ- podkreśla Izabela Zarańska.

ISKIERKA pomaga zapomnieć o chorobie

Fundacja ISKIERKA w życiu Oskara i jego rodziny pojawiła się praktycznie od razu, gdy znalazł się na oddziale onkologicznym. - Pomagali mi zapomnieć o chorobie choć na bardzo krótką chwilę - wspomina chłopak.
- Można powiedzieć, że zaczęliśmy dorastać z ISKIERKĄ - mówi mama Oskara. - Po operacjach neurochirurgicznych trafiliśmy od razu na oddział onkologiczny i pani ordynator opowiedziała nam o ISKIERCE. I zaproponowała wyjazd na ich obóz. Oskar był w słabiutkim stanie, po dwóch operacjach, zaczął chemioterapię. Ale pani ordynator zgodziła się na ten wyjazd. Ten tydzień wiele mu dał - dodaje.
Sama też musiała zmierzyć się z podstępnym wrogiem.
- My z chorobą nowotworową mieliśmy więcej do czynienia, bo Oscar skończył chorować w marcu, a ja zaczęłam w kwietniu. Też rak. Zrobiła się jakaś sztafeta… Kiedy ja się wyleczyłam, to Oskar po pięciu latach miał wznowę. Trochę nas to wszystko „przeciorało”. Może to nie są dobre słowa, ale „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Można być zdrowym, a za chwilę zachorować. Obawy być może są, ale staramy się ich nie dopuszczać do głosu i cieszyć się z tego, co mamy - podsumowuje Izabela Zarańska.
Decyzja o tym, by zostać wolontariuszem ISKIERKI była dla Oskara naturalną sprawą.
- Do ISKIERKI mogę przyjeżdżać w każdej chwili, teraz jako wolontariusz. Ale będąc jej podopiecznym, czułem, że są oazą nadziei. Chcę być wolontariuszem, żeby odwdzięczyć się „Iskierce” za to, co wniosła w moje życie. I wiem, że do końca życia nie uda mi się spłacić tego długu wdzięczności - mówi.
- Teraz, będąc wolontariuszem ISKIERKI, gdy porównuję, ile czasu dzieci leżą na tych oddziałach i widzę ciągle te same twarzyczki, których bardzo mi szkoda, to myślę, że wbrew pozorom bardzo krótko sam leżałem w szpitalu - wspomina chłopak. - Lubię tam wracać, w odwiedziny. To też, po części, jest mój dom. Ilekroć przychodzę na oddział i opowiadam o swojej historii, o tym, jak zmagałem się z chorobą, pojawia się między nami takie porozumienie. Dzieciaki przybijają mi „żółwika”, widzę też, że rodzicom dodaję sił do walki. Bo mają namacalny dowód, że można z tego wyjść - podkreśla.
Przyznaje, że sam miał kryzys, gdy dowiedział się, że choroba powróciła. - Miałem wtedy jedną operację i ze względu na to, że uczuliłem się na chemię podczas poprzedniej choroby, zamiast chemioterapii miałem radioterapię. Teraz jest już całkiem w porządku. Nie myślę o chorobie. Cieszę się chwilą i tym, że mogę żyć. Po prostu - podkreśla Oskar.
Czuje, że narodził się na nowo i po chorobie nastało drugie życie. - Gdyby nie choroba nowotworowa, moje życie byłoby zupełnie inne. Nie poznałbym tylu wspaniałych ludzi. To może dziwnie zabrzmieć, ale jestem zadowolony, że to wszystko przeszedłem. Zmagając się z nowotworem, dzieci szybciej dojrzewają. Mentalnie są bardziej dojrzałe - mówi. - Bardzo utożsamiam się z książką „Oskar i pani Róża”. Po części odzwierciedla przebieg mojej choroby. Mama czytała mi wiele takich książek, zawsze ktoś był obok. Rodzina otoczyła mnie wielką opieką - podkreśla.

ISKIERKOWE koncerty. Najbliższy w NOSPR

A jakie Oskar ma plany na życie? - Pracować na razie nie mogę, bo mam niedowład lewostronny, ale myślę, że to tylko moja wymówka. Idę w kierunku, w którym bym chciał. Studiuję socjologię na Uniwersytecie Śląskim. Mam dwa marzenia. Początkowo chciałem zostać dziennikarzem, a z biegiem czasu zacząłem marzyć, by pracować w ISKIERCE. Z podopiecznego, przez wolontariusza do pracownika. Będę się starał, by to zrealizować - mówi z uśmiechem.
W najbliższy czwartek, 27 lutego w sali NOSPR odbędzie się kolejny specjalny koncert Fundacji ISKIERKA, w którym wystąpi m.in. Dziecięca Orkiestra Onkologiczna, Chór składający się z darczyńców oraz gwiazdy. Oskar też w tych koncertach występował, okazuje się nawet, że ominęły go tylko dwa wydarzenia. - Można powiedzieć, że to taki „niespełniony talent artystyczny” - śmieje się Oskar.
- Zawsze byłem pełen podziwu dla osób, które tworzą te koncerty. Teraz to już ogromne przedsięwzięcie, bo najbliższy koncert odbędzie się z udziałem orkiestry NOSPR. Będę pomagał jako wolontariusz - dodaje.

Ola Szatan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.