Jolanta Król,(czwarty z kolei prezes ROS „Kocynder”)

Klub to ludzie, nie budynek. 50 lat chorzowskiego Kocyndra

Tak obecnie wygląda budynek w którym mieścił się historyczny klub Fot. Jolanta Król Tak obecnie wygląda budynek w którym mieścił się historyczny klub
Jolanta Król,(czwarty z kolei prezes ROS „Kocynder”)

14 listopada chorzowski „Kocynder” świętował pięćdziesiątą rocznicę powstania. Chociaż klub formalnie nie istnieje, dawni kocyndrowcy wciąż o nim pamiętają.

Pomysł pojawił się jesienią 1970 roku. W naturalny sposób zaczął powracać w rozmowach, kiełkował w głowach, by w końcu wywołać konkretne działania: najpierw list otwarty do tygodnika „Goniec Górnośląski”, później tzw. zebranie założycielskie, w końcu pismo do Wydziału Kultury Miejskiej Rady Narodowej. A wszystko w jednej sprawie - by w Chorzowie mógł powstać klub studencki. I w końcu stało się. W sobotę, 14 listopada 1970 r., w sali Związku Nauczycielstwa Polskiego przy ulicy Powstańców odbyło się uroczyste spotkanie inauguracyjne. Tego dnia narodził się Regionalny Ośrodek Studencki „Kocynder”. Czy jego założyciele (a byli nimi studenci Politechniki Śląskiej, Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Śląskiego) mogli przypuszczać, że stworzą ośrodek kultury, nie dość że znany w całej Polsce, to jeszcze mający niezaprzeczalny wpływ na kulturę „miasta węgla i stali”, jakim był wówczas Chorzów?

Oczywiście, że nie. Zofia Nogaj, Krystyna Kozioł, Elżbieta Strażyńska, Marian Banach, Jerzy Gregorczyk, Jan Kopiec i Michał Wilk (bo to oni utworzyli pierwszą Radę Klubu) zaplanowali wieczory muzyki poważnej i poezji, spotkania z ciekawymi ludźmi i dyskusje, wystawy, konkursy, wieczorki taneczne i bale. To byli normalni młodzi ludzie, studenci pełni energii i chęci działania. Chcieli się bawić, rozwijać, tworzyć. Tańczyć i śpiewać. Ale nie mieli swojego kąta, więc powołali do życia klub. I tak się zaczęło…

Górny Śląsk, mimo posiadania kilku uczelni na swoim terenie, przez wiele lat nie miał zorganizowanego i zinstytucjonalizowanego życia kulturalnego studentów. Przy uczelniach działały wprawdzie kluby studenckie (najczęściej w akademikach), ale zasięg ich oddziaływania był bardzo ograniczony, bo dotyczył tylko tych, którzy zakwaterowani byli w domach studenckic, bądź mieszkali w sąsiedztwie uczelni. Reszta po zajęciach wracała do domów rodzinnych, oddalonych nawet 30-40 kilometrów. Konurbacja była wprawdzie nieźle skomunikowana, bo liczne linie tramwajowe i autobusowe oraz tzw. wahadłowy ruch kolejowy pozwalały na stosunkowo wygodne przemieszczanie się, ale ok. godz. 22.00 wszystko zamierało i spóźnionym żakom pozostawały wyłącznie taksówki lub „waletowanie” w akademiku. Pamiętajmy, że mówimy o świecie bez Internetu i telefonów komórkowych, a przede wszystkim o świecie z nielicznymi samochodami prywatnymi. Student z własną syrenką, trabantem lub maluchem to była prawdziwa rzadkość.

I w takich właśnie warunkach zewnętrznych, grupa młodych i zdeterminowanych ludzi postanowiła, że w Chorzowie powstanie klub studencki. Jak mówi pierwszy prezes Kocyndra, Michał Wilk, wszystko co robiliśmy, robiliśmy dla siebie. Ale zostawiliśmy to następcom. Trudno dzisiaj przecenić wartość tamtej działalności. Praca społeczna (bez wynagrodzenia) i chęć poszerzania swojej wiedzy (edukacja kulturalna na wysokim poziomie) była uzupełniana przez działalność rozrywkową. I tutaj też nie było komercji. Potańcówki organizowano ze szczególną dbałością o materiał muzyczny, a własne spektakle kabaretowe lub poetyckie znakomicie wpisywały się w nurt studenckiego ruchu teatralnego i literackiego. Powszechnego wówczas zjawiska, którego bezskutecznie szukać w uczelniach wyższych od dziesiątków już lat…

Pozostało jeszcze 59% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Jolanta Król,(czwarty z kolei prezes ROS „Kocynder”)

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Monika S


Tylko dlaczego Kocynder nie przetrwał?
Do samego praktycznie końca tam bywałam i zawsze było mnóstwo ludzi.
Takiego miejsca w Chorzowie brakuje.
Łezka się w oku kręci na samą myśl, że działalność została zakończona, a na sercu robi się ciepło wspominając te szalone wieczory :)

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.