Komu do szkoły, temu... tyta. Na dobry początek

Czytaj dalej
Fot. Lucyna Nenow / Polskapresse
Monika Chruścińska-Dragan

Komu do szkoły, temu... tyta. Na dobry początek

Monika Chruścińska-Dragan

Kiedyś rodzice, posyłając pociechę pierwszy raz do szkoły, wręczali jej pierniki. Dziś podają zapakowaną po brzegi słodyczami kolorową tytę. Bo szkoły ominąć się nie da. Za to można osłodzić trochę gorzki żywot ucznia.

Marta Baranowska z Katowic dobrze pamięta swój tekturowy róg ze słodkościami. - Z tytą do szkoły szłam ja, moi rodzice i pewnie ich rodzice, dlatego przygotowanie tyty dla córki nie podlegało dyskusji - opowiada nam katowiczanka, mama 7-letniej Dorotki. Tytę pani Marty własnoręcznie wykonała babcia. Złożyła, okleiła naklejkami, owinęła kolorową bibułą i celofanem. Dorotce kupiła już gotową. Ale nie żadną z Myszką Miki czy lalką Barbie. Tylko tradycyjną, w kolorze czerwonym, którą córka sama sobie ozdobi, jak tylko zechce. Do jej środka włoży, zgodnie ze zwyczajem, łakocie. - Nie będą to jednak żadne czipsy, ani kolorowe żelki i pianki - zaznacza. A orzechy, rodzynki, czekolada, słodkie owoce, trochę cukierków i Dorotki ulubione gumy do żucia. - Chcę, żeby nie tylko było smacznie, ale też trochę zdrowo - wyjaśnia nam pani Marta.

Już w XIX wieku rodzice, posyłając pierwszy raz pociechy do szkoły, wręczali im słodkie pierniki. Świadczą o tym choćby pochodzące z tego okresu formy do ich wypieku w kształcie tablic z abecadłem, jakie do dziś oglądać możemy w Muzeum w Raciborzu. Tyty pojawiły się później. Na pewno były już przed II wojną światową. Z tego okresu pochodzą najstarsze zachowane zdjęcia maluchów z tytami.

Tyty początkowo dostawały jedynie dzieci zamożnych, mieszczańskich rodzin. - Do szkół wiejskich pierwszoklasiści szli często boso, bo rodziców nie stać było nawet na obuwie - opowiada nam Julita Ćwikła, etnograf z raciborskiego muzeum. - Na zdjęciach z uroczystości komunijnych widzimy dzieci ze skromnymi torbami szkloków, czyli landrynek. Dziś tyty mają prawie wszystkie pierwszaki - mówi.

Maluchów drepczących do szkoły z tekturowymi rogami raczej nie spotkamy na ulicach Krakowa, Białegostoku czy Warszawy. Rogi obfitości to zwyczaj pochodzenia niemieckiego. Przy czym nasi zachodni sąsiedzi wypełniali je często przyborami szkolnymi. - Górny Śląsk, Wielkopolska, Opolszczyzna - tutaj wpływy niemieckie miały większe znaczenie, dlatego tylko tu wykształciła się tradycja wręczania tyt - przypomina etnografka. Pamięta też, jak jedno z muzeów w Krakowie przygotowywało swego czasu wystawę „Szkoło, szkoło, gdy Cię wspominam”. - Kupowali tyty na Śląsku, bo w Krakowie nigdzie ich nie mogli dostać - wspomina Julita Ćwikła.

Monika Chruścińska-Dragan

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.