Marcin Kędzierski

Kroniki zwykłego człowieka. Watykańskie dywagacje

Kroniki zwykłego człowieka. Watykańskie dywagacje
Marcin Kędzierski

Kolejne wypowiedzi papieża Franciszka w sprawie rosyjskiej agresji na Ukrainę wprowadzają wielu komentatorów w zdumienie, żeby nie powiedzieć gniew. Często można usłyszeć zarzut naiwnego pacyfizmu lub wręcz agenturalnego działania na rzecz Kremla. Trudno jest znaleźć głosy, które stawałyby w obronie papieża - krytykują go nawet środowiska zwykle mu przychylne.

W nauczaniu papieża na temat rosyjskiej napaści z pewnością ważną rolę odgrywa problem wojny sprawiedliwej. Nie chciałbym się jednak zatrzymywać na dyskusji o tym, czy wojna może być sprawiedliwa, ale raczej zwrócić uwagę na inny element, który wydaje się mocno obecny w przesłaniu Franciszka. Otóż papież od samego początku swego pontyfikatu analizując życie społeczne odwołuje się do dwóch poziomów - jednostki i społeczności międzynarodowej. Państwo jest tam w zasadzie nieobecne, a jeśli już się pojawia, to raczej w negatywnym sensie jako podmiot, który nie jest w stanie spełnić dziś pokładanych w nim nadziei. Zresztą także w papieskiej krytyce wojny w Ukrainie brakuje odwołania do państwa-agresora i państwa-ofiary. Są tylko ludzie-ofiary, i to po obu stronach.

Trzeba sobie jednak wyraźnie powiedzieć, że takie krytyczne spojrzenie na państwo obecne jest w Kościele co najmniej od II Soboru Watykańskiego. Już pierwsza posoborowa encyklika społeczna „Populorum progressio” nawoływała m.in. do stworzenia rządu światowego. Podobne postulaty wygłaszał Benedykt XVI w encyklice „Caritas in veritate”. Ratzinger z niepokojem odnosił się tam do przejmowania przez współczesne państwa rynkowej logiki funkcjonowania i w jakimś sensie postulował utworzenie katolickiego społeczeństwa daru, które przekroczy słabości państwa.

Możliwe, że papieże od ponad 50 lat dostrzegają ważne zjawisko, którego wielu z nas jeszcze nie widzi. Chrześcijaństwo narodziło się w czasie, kiedy państwa nie istniały. Instytucja ta pojawiła się po wojnie trzydziestoletniej w XVII wieku, i powiedzmy to sobie wprost - nigdy nie była Kościołowi specjalnie przychylna. Nawet jeśli katolicy weszli w sojusz z państwem narodowym w XIX i XX wieku, może być tak, że ten etap właśnie przemija. Oczywiście jak to zwykle w historii bywa, takie zjawiska trwają dziesiątkami lat i raczej nie będzie jednego momentu, w którym będziemy mogli powiedzieć: „o, właśnie skończyło się państwo narodowe”. Franciszek i jego poprzednicy zdają się jednak w swoim nauczaniu przygotować Kościół na tę zmianę.

Problem polega na tym, że ona jeszcze w pełni nie nastąpiła, a my jesteśmy świadkami brutalnego konfliktu właśnie między państwami, a nie tylko ludźmi. Co więcej, dziś rosyjscy żołnierze zabijają ukraińskich mężczyzn dlatego, że są Ukraińcami. A rosyjskie kobiety przymykają oko na gwałty swych mężów na ukraińskich kobietach dlatego właśnie, że są one Ukrainkami.

Z tego powodu pomysł, by podczas wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej w rzymskim Koloseum krzyż nieśli na zmianę Rosjanie i Ukraińcy, rodzi zrozumiały sprzeciw strony ukraińskiej wyrażony przez zwierzchnika Ukraińskiej Cerkwi Greckokatolickiej abp. Światosława Szewczuka. Można bowiem odnieść wrażenie, że papież Franciszek przypomniał sobie co prawda o istnieniu państw, ale zrobił to w najmniej szczęśliwy sposób.

Marcin Kędzierski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.