Krzysztof Karwat

Krzysztof Karwat: W jakie wartości ludzie wierzą naprawdę?

Krzysztof Karwat: W jakie wartości ludzie wierzą naprawdę? Fot. ARC
Krzysztof Karwat

Przez kilka tygodni przymierzałem się do napisania tekstu, próbującego wskazać te obszary życia społecznego, które dzisiejszych oponentów politycznych muszą choćby trochę łączyć. Po co? W celach… terapeutycznych. Chciałem wmówić sobie (i innym), że wcale nie jesteśmy na wojnie. Jest maj, czas pokoju i miłości. Nikt do nikogo nie strzela. Co najwyżej udaje. No i poddałem się.

W dobie permanentnej kampanii wyborczej liderzy partyjni robią wszystko, by jakiekolwiek punkty styczne zatrzeć. To właściwie normalne. Chodzi przecież o to, by wyborca się nie pomylił, by zagłosował na „naszych”.

Polska jest pęknięta na pół. Wiemy o tym nie od dzisiaj. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że podział jest bardzo głęboki i przechodzi w poprzek wielkich grup - zdawałoby się - jednolitych światopoglądowo. Weźmy pod uwagę dwa ważne obszary problemów, które obecnie zaprzątają najwięcej uwagi: stosunek do Unii Europejskiej i naszej w niej obecności oraz deklarowana przynależność do Kościoła katolickiego.

Od lat jesteśmy jednym z najbardziej proeuropejskich społeczeństw. 80 proc. Polaków dostrzega korzyści płynące z faktu, że 15 lat temu przystąpiliśmy do Unii i chce, byśmy nadal byli jej częścią. Czy to znaczy, że 20 proc. dziś głosowałoby przeciw? No, niezupełnie. Oto wypowiedź jednego z najbardziej rozpoznawalnych nominatów Konfederacji, owego osobliwego konglomeratu narodowców, nacjonalistów, kiboli, antysemitów i skrajnych liberałów, polityka jeszcze niedawno występującego u boku Pawła Kukiza: „To nie jest tak, że wszyscy jesteśmy przeciwko Unii Europejskiej. Ale…”.

Właśnie: chodzi o to małe „ale”. Najlepiej wejść do środka, skasować, co trzeba, bo „się należy”, i rozwalić całość od wewnątrz, gdyż od zewnątrz się nie da. Pal licho takich „spekulantów”! Rosną wprawdzie w siłę, ale jest ich wyraźnie mniej - procentowo rzecz ujmując - niż w takich krajach jak Czechy czy Słowacja. U nas niełatwo być fanatycznym radykałem. Za mało Żydów, Cyganów, Murzynów, Ślązaków i imigrantów. Dlatego trzeba ich ze świecą szukać albo jeszcze lepiej - z płonącymi pochodniami, niechby nawet na wzgórzu jasnogórskim. Sądzę więc, że rzeczywistych i nieprzejednanych przeciwników polskiej obecności w Unii jest jeszcze mniej. 10 procent?

Rachunki niby proste, choć nieoczywiste. Ok. 90 proc. mieszkańców naszego kraju deklaruje bliskie związki z Kościołem katolickim (choć tzw. praktykujących jest zna-cznie mniej i dynamicznie ro-śnie liczba Polaków określających się mianem „niewierzących” albo też zachowujących dystans do instytucjonalnych form życia religijnego). Oznacza to, że katolików znajdziemy w elektoratach wszystkich partii, choć - rzecz jasna - w ró-żnych proporcjach, a w niektórych ugrupowaniach, tych silnie podkreślających konie-czność zachowania wyraźnego rozdziału państwa od Kościoła, kwestie religijne uznawane są za drugorzędne, przynależące do kategorii „spraw prywatnych”.

Istnieje więc w naszym kraju paradoksalny rozziew między retoryką polityczną, stosowaną przez liderów partyjnych i niektórych hierarchów kościelnych, a tym, w jakie wartości ludzie naprawdę wierzą. Ani zatem walczący antyklerykalizm, ani nachalne łączenie tronu i ołtarza nie dają stuprocentowej gwarancji sukcesu. Owszem, w obecnych warunkach wyrazistość jednej czy drugiej postawy (taktyki i strategii) przynosi doraźne korzyści, bo cementuje najtwardsze elektoraty, ale nie jest dobrą propozycją dla poszerzających się grup społecznych, dla których kwestie ideologiczno-religijne nie są najważniejsze. To prawdopodobnie ostatni taki cykl wyborczy, w którym ten rodzaj podziałów jeszcze odegra poważniejszą rolę. Rozstrzygające będą zmiany generacyjne. To nieuchronne. Jeszcze rok, jeszcze pięć…

Już dziś widać różnice mentalne między poszczególnymi regionami czy wojewó-dztwami. Banalny przykład. Kiedy parę lat temu w Żywcu otwierano restaurację, z najbardziej znanymi na świecie hamburgerami, to na uroczystość zaproszono także kapłanów, którzy obiekt ten pokropili. Czy tylko w moim odczuciu - mówiąc najdelikatniej - był to gest niestosowny, niezrozumiały? Mniej więcej w tym samym czasie w takim Chorzowie podobny przybytek likwidowano. Bo był niepoświęcony? Raczej dlatego, że hot dogi się już ludziom przejadły. Nie tylko pod śląskim niebem podniebienia się zmieniają. To nieuchronne.

Krzysztof Karwat

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.