Ksiądz Tosza z nagrodą ks. Tischnera. Choć oblał u niego egzamin

Czytaj dalej
Anna Zielonka

Ksiądz Tosza z nagrodą ks. Tischnera. Choć oblał u niego egzamin

Anna Zielonka

Ksiądz Mirosław Tosza z Jaworzna, prezes Stowarzyszenia Betlejem, odebrał właśnie nagrodę księdza Tischnera To nagroda w kategorii inicjatyw duszpasterskich i społecznych za działalność na rzecz ludzi ubogich i odrzuconych

Czy to prawda, że jedyny egzamin, jakiego ksiądz nie zdał na studiach, to był właśnie egzamin u ks. prof. Tischnera?
Tak, był to egzamin z filozofii człowieka. Mnie, absolwentowi technikum górniczego, w pierwszych latach filozofia wchodziła dość trudno. Bardzo lubiłem wykłady ks. Tischnera, ale niektórych zagadnień nie rozumiałem. Wydawały mi się dość zawiłe. Mieliśmy trudną sesję, było sporo egzaminów i akurat na ten nie zdążyłem się nauczyć. Był skrypt, z którego był egzamin. Nie przeczytałem ostatniego rozdziału i niestety na trzy pytania dwa były właśnie z tej części. I tym sposobem oblałem. Ale nic straconego, bo gdy poszedłem na poprawkę do mieszkania profesora przy św. Marka, było zupełnie inaczej. Ks. Tischner z początku nie mógł uwierzyć, że nie zdałem w pierwszym terminie. „Jak to? - pytał. - Ksiądz z Jaworzna i nie zdał? Niemożliwe!”. Widocznie Jaworzno miało wysokie notowania w jego oczach. Zadał mi dwa pytania, na które dobrze odpowiedziałem. A później około pół godziny rozmawialiśmy o różnych rzeczach. To było zwyczajne i fascynujące zarazem spotkanie z mędrcem, które dobrze pamiętam do dziś i mile je wspominam. Na końcu powiedziałem mu, że bardzo się cieszę, że nie zdałem pisemnego, bo nie miałbym okazji do tak ciekawej rozmowy.

Drugim razem spotkałem się z prof. Tischnerem już jako diakon, w Białce Tatrzańskiej. Było to spotkanie w dziwnych okolicznościach. Pojechałem tam z Katolickim Stowarzyszeniem Młodzieży. Dzień wcześniej zmarł tamtejszy proboszcz. Zobowiązałem się do pomocy, wziąłem kazania. Akurat mszę św. miał odprawić ks. Tischner. Później, tradycyjnie, planował spotkać się z mieszkańcami w świetlicy. Profesor chodził na te spotkania właśnie z proboszczem. Tym razem go zabrakło. Dlatego ks. Tischner poprosił mnie, bym mu potowarzyszył. Spędziliśmy więc razem kilka godzin i też dużo rozmawialiśmy. Był bardzo serdeczny, uważny, ciekawy drugiego człowieka, nie wywyższał się nad innych. To były dwa moje bliskie spotkania z Tischnerem.

A teraz przyszło do trzeciego. Co prawda, nie twarzą w twarz, bo to już niemożliwe. Ale znów ma ksiądz styczność z postacią tego wielkiego człowieka. Jest ksiądz jednym z tegorocznych laureatów nagrody im. ks. Józefa Tischnera.

Byłem bardzo zaskoczony, gdy ks. Boniecki zadzwonił do mnie z tą wiadomością. Wydała mi się dość egzotyczna. Akurat byłem wtedy w Kalwarii Zebrzydowskiej, dokładnie w składzie z drewnem egzotycznym (śmiech). W tym czasie miałem rekolekcje w Waksmundzie, blisko Łopusznej. Pojechałem więc na grób profesora i do jego muzeum. Przypomniałem sobie, że gdy byłem tam rok wcześniej, bardzo uderzyło mnie zdanie z filmu „Pieśń o ślebodzie”, że najpiękniejszą rzeczą, jaką jeden człowiek może zrobić dla drugiego, to „obudzić w nim wolność i poczucie godności”. Stało się ono naszą betlejemską myślą, bo świetnie streszcza i wyraża to, o co nam w życiu w naszym Betlejem chodzi. Filozofię ks. Tischnera zacząłem odkrywać dopiero kilka lat temu. Bo często jest tak, że do pewnych spraw i mądrości dochodzi się z czasem, musi upłynąć trochę wody w życiowym potoku i przyjść Duch, aby wyjaśnić słowo.

Kto by pomyślał, że student, który oblał egzamin u tego profesora, dostanie nagrodę jego imienia.
Takie kuriozum, prawda? (śmiech)

Nawiązując do słów o wolności. To właśnie we Wspólnocie Betlejem osoby po przejściach, bezdomne, złamane przez życie, odnajdują radość życia; wolność i godność, o których ksiądz powiedział.

Momentem budzenia się do życia osób, które wiele w życiu straciły, jest chwila, gdy odkrywają, że ta wolność i godność są w nich, że nie są już do końca zależni od tego, co zrobią inni ludzie, nie są zakładnikami czyjegoś życia, ale swoje życie mają we własnych rękach i mogą o nim decydować. We Wspólnocie Betlejem to przełomowy moment, gdy ktoś zrozumie tę prawdę, gdy pojmie, że nie mieszka w domu, w którym coś mu się nakazuje, że ktoś mu każe inaczej postępować, ale dochodzi do niego, że to on sam z siebie ma potrzebę zmiany swojego życia na lepsze, a wszystko, czego potrzebuje, by tak się stało, jest w nim, że może to odkryć w sobie i za tym iść...

Kiedy ten moment przychodzi?
To zależy od konkretnej osoby. To jest proces, który trwa raz dłużej, raz krócej. Pomagają różne impulsy. Tak samo jak są wyzwalacze, które każą człowiekowi napić się wódki, tak samo są wyzwalacze, które budzą poczucie wolności i godności. Takich momentów może być wiele, gdy np. ktoś widzi, że jego życie, to, co robi, jest komuś potrzebne, że ktoś mu podziękował za jego pomoc, pochwalił jego pracę i się nią zachwycił. Gdy np. nasi mieszkańcy bezinteresownie remontowali mieszkanie pewnego starszego pana i on stwierdził, że dzięki nim odzyskał chęć do życia. Trzeba było widzieć reakcję czterech bezdomnych facetów, którzy słyszą, jak emerytowany nauczyciel języka polskiego mówi, że żyje dzięki nim. Ich zdziwione oczy mówiły same za siebie. Takie momenty mają ogromny wpływ na wyzwalanie wolności. Sprawiają, że ludzie czują, że nie są czymś zbędnym, jakimś odpadem. Często jest tak, że człowiek tak właśnie siebie odbiera. Kolejnym przykładem jest nasza zeszłoroczna pielgrzymka piechotą, na traktorkach i rowerach z Jaworzna do Lisieux. Pokonaliśmy daleką drogę, najtrudniej mieli piesi pątnicy. Ale dzięki tej wędrówce dowiedzieli się, na jak wiele ich stać, że potrafią zrobić coś, co do niedawna wydawało się im abstrakcją, są w stanie pokonać swoje ograniczenia i słabości. To jest moment, w którym człowiek decyduje się wziąć życie we własne ręce. Może zacząć pozbywać się mentalności niewolnika, a wymagania i zasady uwewnętrznić, przyjąć za swoje.

Właśnie za to budzenie wolności u innych dostał ksiądz nagrodę ks. Tischnera.
Dostaje ją jedna osoba, ale w moim przypadku jest inaczej. Wspólnota Betlejem to dzieło wielu osób - mieszkańców, członków stowarzyszenia, przyjaciół naszego domu.

***
Betlejem w Jaworznie:
W 1995 Stowarzyszenie „Dobroczynność” (później nazwę zmieniło na Betlejem) kupiło za symboliczną złotówkę prawie stuletni, zrujnowany budynek dawnej szkoły. W 1998 ks. Tosza otrzymał zgodę biskupa na prowadzenie wspólnoty. Pierwsi mieszkańcy wprowadzili się w 2001 roku. Od tego czasu Wspólnota Betlejem stała się schronieniem dla 700 potrzebujących.

Anna Zielonka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.