Kukuczka nieoczywisty. 7 faktów z życiorysu śląskiego Króla Himalajów

Czytaj dalej
Michał Wroński

Kukuczka nieoczywisty. 7 faktów z życiorysu śląskiego Króla Himalajów

Michał Wroński

Dziś mija 29 lat od tragicznej śmierci Jerzego Kukuczki, najsłynniejszego z polskich himalaistów. Co tak naprawdę wiemy o kulisach jego niezwykłych dokonań? - pyta Michał Wroński. W rodzinnych Katowicach Kukuczka ma ulicę, osiedle i Akademię Wychowania Fizycznego swojego imienia. Nazwisko Kukuczki widnieje też na obelisku w parku Kościuszki w Katowicach, upamietniającym członków katowickiego Klubu Wysokogórskiego, którzy zginęli w górach.

A co wiadomo o samym Kukuczce poza tym, że wielkim himalaistą był i że jako drugi człowiek w historii zdobył wszystkie czternaście ośmiotysięczników? Biografia słynnego alpinisty obfituje w tyle niecodziennych epizodów, że może być (i zresztą stała się) inspiracją dla niejednego filmowca. Epizodów niekoniecznie związanych bezpośrednio ze wspinaczką, wytyczaniem nowych dróg i zdobywaniem himalajskich szczytów. Bo przecież poza górami Kukuczka miał dom, rodzinę, pracę i przyjaciół. Z ich opowieści wybraliśmy kilka nieoczywistych faktów dotyczących Króla Himalajów.

1

U progu wysokogórskiej kariery nic nie wskazywało, że Kukuczka w tak imponującym stylu sięgnie kiedyś po Koronę Himalajów. Wręcz przeciwnie. Podczas wyprawy na McKinley jego organizm fatalnie zniósł wysokość, doznał odmrożeń i choć ("z czarnymi plamami przed oczyma, ostatkiem woli" - jak sam później wyznał) wdrapał się na najwyższy szczyt Ameryki Północnej, to jednak środowisko niemalże go skreśliło.

- Krążyła o nim opinia, że to owszem świetny wspinacz i wielki twardziel, ale w wysokie góry niezbyt się nadaje, bo jego organizm kiepsko reaguje na duże wysokości - wspominał później na łamach DZ Janusz Skorek. Jak dodał przełom nastąpił dopiero po udanej wyprawie (jesienią 1979 roku) na Lhotse. Jerzy Kukuczka wspólnie z Andrzejem Czokiem zdobyli wówczas czwarty szczyt świata bez użycia tlenu.

- Organizm Jurka najwyraźniej potrzebował czasu, aby przyzwyczaić się do nowych warunków. Kiedy to jednak nastąpiło, to powstał mechanizm doskonały - przyznał Janusz Skorek.

2

Po wytyczeniu wiosną 1980 roku nowej drogi na Mt. Evereście (znowu wspólnie z Andrzejem Czokiem) na Kukuczkę czekał w Polsce tłum dziennikarzy oraz... zwolnienie z pracy. Władze katowickiego EMAG-u najwyraźniej uznały, że firmy nie stać na trzymanie na etacie kogoś, kto ciągle wyjeżdża na drugi koniec świata, by wspinać się w górach. Niespodziewanie Kukuczce przyszli z pomocą szukający atrakcyjnego materiału dziennikarze.

- Ktoś z katowickiego ośrodka Telewizji Polskiej wymyślił sobie materiał "powrót mistrza do zakładu pracy" - wspomina Ignacy "Walek" Nendza, instruktor Polskiego Związku Alpinizmu i uczestnik himalajskich wypraw z lat 70. i 80. minionego stulecia. Jak jednak mistrz może wrócić do pracy skoro właśnie co dopiero został z niej wylany? I jak wytłumaczyć się z tego przed IV władzą oraz milionami telewidzów? Raz jeszcze okazało się, że telewizja naprawdę potrafi czynić cuda. Błyskawicznie zaaranżowano cały show i Kukuczka mógł znowu pojawić się w zakładzie.

- Dyrektor tylko wziął go na bok i szepnął "Panie Jurku, traktuj pan to, co pan dostał jako niebyłe". I później już nigdy nie przyszło nikomu do głowy go zwalniać z pracy, choć przecież dalej jeździł w Himalaje - śmieje się Ignacy Nendza.

3

Problemy nie minęły Polaka również po samotnym wejściu na Makalu (1981 r.) Kukuczka musiał wtedy bronić się przed zarzutami o oszustwo. Nepalski oficer łącznikowy wyprawy, który - mówiąc delikatnie - był z kiepskich relacjach z członkami polskiej wyprawy po tym, jak ci nie spełnili jego finansowych oczekiwań, stwierdził bowiem, że Kukuczka wcale nie był szczycie. Przekonywał, że obserwował wspinaczkę Polaka (co nie było prawdą, bo nawet nie było go w bazie), a poza tym przy panujących wówczas fatalnych warunkach pogodowych nikt nie miał szans dokonać wejścia. I jak tu udowodnić, że było inaczej skoro był to samotny atak? Sprawa zaczęła brzydko pachnieć, bo zarzucić himalaiście, że przypisuje sobie szczyt, którego nie zdobył, to bolesna ujma dla jego honoru.

Z pomocą Kukuczce przyszła... biedronka. A mówiąc ściśle, drewniana zabawka jego starszego syna Maćka. Właśnie ją katowiczanin zostawił na wierzchołku Makalu (tradycją jest, że zdobywcy zostawiają na szczycie coś własnego i znoszą to, co pozostawili na nim ich poprzednicy). Szczęśliwie polską biedronkę na szczycie ośmiotysięcznika odnalazł rok później koreański alpinista Huh Young Ho, powiadomił o tym nepalskie ministerstwo turystyki i tym samym potwierdził, że Polak faktycznie stanął na piątym szczycie świata.

4

Czy Kukuczka był sportowcem? Jasne, w końcu przy okazji zimowych igrzysk w Calgary (1988 r) dostał srebny medal olimpijski. Gdyby jednak spojrzeć na jego dietę.... Nie, mistrz z Katowic stanowczo nie odżywiał się jak sportowiec. Nie dbał o dietę, ani o wagę. Uwielbiał śląską kuchnie, roladę i kluski (po zejściu z jego ostatniego ośmiotysięcznika w bazie czekało na niego czternaście śląskich klusek). Krążyły legendy, że potrafi wyczuć golonkę w zamkniętej puszczce.
- To nie tak. Puszki po prostu były numerowane i on zapamiętywał, w których była ta golonka - śmiejąc się tłumaczy Ignacy Nendza. "Walek" - który Kukuczkę znał od nastoletnich lat - sypie z rękawa kolejnymi anegdotami o wilczym apetycie Króla Himalajów.

- Przed atakiem na Makalu wsunął na kolację półtorej pęta salami. Z kolei, gdy jeszcze pod koniec lat 60. prowadziliśmy zajęcia na zimowisku w Skalniku, ktoś zaczął nas podpuszczać, żeby zobaczyć ile drugich dań jesteśmy w stanie zjeść. No i ja zjadłem kilka porcji, a Jurek zjadł dwanaście - wspomina Nendza.

5

Powiedzmy sobie wprost: wszyscy polscy himalaiści w latach 80. kombinowali. Bez kombinowania nie znaleźliby ani pieniędzy, ani wyposażenia na swoje wyprawy. Ergo, nie byłoby całej zlotej dekady polskiego himalaizmu. Kukuczka nie był pod tym względem żadnym wyjątkiem. We wchodzącym właśnie na ekrany kin filmie "Jurek" Pawła Wysoczańskiego zobaczyć można scenę, jak zaprzyjaźniona sprzedawczyni jednego z katowickich sklepów przekazuje Kukuczce spod lady konserwy na wyprawę, podczas gdy przed wejściem do budynku niecierpliwi się długa kolejka oczekujących aż "coś rzucą".

W pewnym momencie ktoś z oczekujących zauważył jednak stojący na zapleczu samochód i ładujących go towarem alpinistów. To, co nastąpiło później, przypominało sceny z Latającego Cyrku Monthy Pythona - wygłodniały tłum rzucił się na himalaistów próbując odebrać im puszki, a ci równie desperacko starali się odeprzeć atak i uchronić strategiczne dla przyszłej wyprawy zapasy. Kombinowanie obecne było zresztą na wszystkich etapach ówczesnych ekspedycji - od fazy aprowizacji, po sam pobyt w Nepalu (kiedy dziwnym trafem alpiniści tracili olbrzymie ilości sprzętu - oficjalnie w lodowych szczelinach, faktycznie u tamtejszych sklepikarzy).

6

Na słynny Broad Peak Kukuczka wchodził dwa razy. Dlaczego? Ano dlatego, że pierwsze wejście, dokonane wspólnie z Wojciechem Kurtyką w 1982 roku, nie było do końca legalne. A mówiąc bardziej dosadnie, była to kompletna "lewizna". Polscy himalaiści nie mieli bowiem zezwolenia na atakowanie tej góry. Obaj panowie stanowili wzmocnienie damskiego zespołu, który pod wodzą Wandy Rutkiewicz miał atakować pobliskie K2. W ramach aklimatyzacji Kukuczka z Kurtyką wybrali się na zbocza Broad Peaku i choć - jak zapewniał później Kukuczka - nie mieli zamiaru atakować szczytu, to jednak jakoś tak "samo wyszło". Sportowy sukces był oczywisty, ale chwalić się nim byłoby bardzo niemądrze.

Pakistańskie władze były bardzo czułe na punkcie takich samowolek (trudno się dziwić, za legalne wejście kasowały wówczas 2 tys. dolarów) i mogły niesfornym zdobywcom zablokować na przyszłość możliwość wjazdu, więc - choć ten i ów wiedział jaka była prawda - w oficjalnych komunikatach wspominano jedynie o aklimatyzacji w masywie Broad Peaku. Trzy lata później ta sama dwójka wspinaczy w pełni legalnie stanęła już na szczycie tego ośmiotysięcznika. Obaj panowie nie uniknęli zresztą tłumaczenia się w międzyczasie przed pakistańskimi urzędnikami, gdyż latem 1983 zdobyli dwa ośmiotysięczne Gasherbrumy (I i II), choć mieli zezwolenie tylko na ten pierwszy. Wznosząć się na Himalaje dyplomacji udało im się jednak załatwić polubownie sprawę.

7

Pytania o sens himalaizmu i cenę, jaką czasem przychodzi w nim zapłacić, nie narodziły się dzisiaj. Stawiane były także za czasów Kukuczki. Zwłaszcza, że himalaista z Katowic był wymagającym, upartym partnerem, nie brakowało opinii, że w górach przesadnie ryzykuje (m.in. z tego powodu rozpadł się duet Kukuczka - Kurtyka), a przez pewien czas wyprawy, w których brał udział, nie wracały w pełnym składzie. Z ekspedycji na Nanga Parbat (lipiec 1985 ) nie wrócił Piotr Kalmus, z Lhotse (październik 1985) Rafał Chołda, z Kandzendzongi (styczeń 1986) Andrzej Czok, zaś z K2 (lipiec 1986) Tadeusz Piotrowski. Najwięcej kontrowersji wzbudził wypadek Andrzeja Czoka. Pojawiły się opinie, że atakująca szczyt dwójka (Kukuczka - Wielicki) zlekceważyła objawy choroby wysokogórskiej u kolegi. Przebieg wydarzeń analizowała specjalna komisja gliwickiego Klubu Wysokogórskiego. Swoiste fatum skończyło się dopiero podczas wyprawy na Manaslu, gdy do Kukuczki dołączył młody Artur Hajzer. Wspólnie (towarzyszył im też Meksykanin Carlos Carsolio) zdobyli szczyt i bezpiecznie wrócili do bazy. Z Hajzerem Kukuczka zdobył też swoje dwa kolejne (i zarazem ostatnie) ośmiotysięczniki.

Michał Wroński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.