"Lodowym wojownikom" dostępu do gór bronią dzisiaj politycy i terroryści

Czytaj dalej
Fot. 123rf
Michał Wroński

"Lodowym wojownikom" dostępu do gór bronią dzisiaj politycy i terroryści

Michał Wroński

Adam Bielecki, himalaista z Tychów, planował zimową wyprawę na K2, ale ta nie dojdzie do skutku.

Zdajemy sobie sprawę z ogromnego katalogu zagrożeń, które czyhają na nas w górach. Są to lawiny, kamienie, szczeliny lodowcowe, głód, odmrożenia, odwodnienie. Naprawdę bardzo łatwo jest zginąć w górach. Od tego przypadku do naszego katalogu musimy dodać jeszcze jedno zagrożenie: terrorystów - te słowa w jednym z pierwszych kadrów dokumentu "Nanga Parbat Tragedy" wypowiada Włodzimierz Kierus, jeden z członków zeszłorocznej wyprawy Polskiego Klubu Alpejskiego na ośmiotysięcznik Nanga Parbat. Wyprawy, której nie udało się zdobyć szczytu, ale której uczestnicy i tak są wielkimi szczęściarzami. Bo wszyscy żyją. Bo żaden z nich nie zginął od kuli islamskich terrorystów, którzy 22 czerwca ubiegłego roku wtargnęli do bazy i z zimną krwią zastrzelili 11 alpinistów. Tamta masakra wstrząsnęła opinią publiczną na całym świecie. Wiara w to, że ludzie, których interesuje wspinaczka i walka z siłami natury, mogą liczyć na swoistą gwarancję nietykalności nawet w tak niespokojnym rejonie świata, jakim jest środkowa Azja, prysły w jednej chwili.

Stara zagrywka Chińczyków - robi się niespokojnie, nikt nie wjedzie
Wspomnienia o tamtych wydarzeniach wróciły, gdy pod koniec minionego roku okazało się, że zimowa wyprawa na K2 z Adamem Bieleckim i Denisem Urubko w składzie nie dojdzie do skutku. Powodem jest brak zgody chińskich władz na działalność ekspedycji w górach Karakorum. Ta zaś - jak tłumaczyli Chińczycy - wynikała z niemożności zapewnienia członkom wyprawy należytego bezpieczeństwa.

- Chińskie władze uzasadniły decyzję wysokim ryzykiem ataku terrorystycznego ujgurskich ugrupowań islamistycznych na naszą ekspedycję. W północno-zachodnich Chinach krwawe ataki terrorystyczne i starcia pomiędzy wyznającymi islam Ujgurami a przedstawicielami etnicznej grupy chińskiej Han nasilają się nieprzerwanie od 2009 roku - napisał na swoim facebookowym profilu Adam Bielecki, tyski himalaista.

Znający realia w tym rejonie świata radzą, by dość ostrożnie podchodzić do takiej argumentacji, bo Chińczycy od zawsze dość niechętnie widzieli u siebie członków zachodnich ekspedycji wysokogórskich i w razie jakichkolwiek wewnętrznych zawirowań natychmiast opuszczali im "szlaban" na działalność w niespokojnym regionie. - Po latach 80. XX wieku zamknięty był Tybet i Chińczycy również uzasadniali to ruchami oddolnymi. Tak więc to żadna nowość. A faktem jest, że Ujgurzy w ostatnim czasie zaczęli się burzyć, a nawet organizować zamachy na posterunki milicji - mówi Janusz Majer, szef programu Polskie Himalaje.

- Ujgurzy w swej walce mniejszy nacisk kładą na kwestie religijne, a większy na kulturowe i narodowe. Poza tym o swoje prawa zaczęli dopominać się jeszcze przed pojawieniem się radykalnych ruchów islamskich, więc nie wiązałbym ich z tym, co dzieje się w Pakistanie czy Afganistanie - dodaje dr Adam Krawczyk, specjalizujący się w tematyce islamskiego terroryzmu politolog z Uniwersytetu Śląskiego.

Na oczach polskich himalaistów ekstremiści dokonali egzekucji
A zatem w mniejszym stopniu religia, a większym polityka, czy też swoista blokada informacyjna stoi za niepowodzeniem zimowej wyprawy na K2. Choć z punktu widzenia samych himalaistów, czy to aż tak wiele zmienia? Fakty są takie, że najwyższy szczyt w Karakorum i drugi pod względem wysokości na świecie (8611 m n.p.m.), często nazywany (nie bez przyczyny) górą mordercą, stał się jeszcze bardziej niedostępny i to bynajmniej nie z powodu trudności technicznych czy pogody. Wejście na niego coraz bardziej utrudniają sami ludzie. W Pakistanie, skąd rusza większość wypraw na ten ośmiotysięcznik, od lat trwają ataki wymierzone w szyicką mniejszość.

Do ubiegłego roku ostrze zamachów omijało przybywających do tego kraju alpinistów, choć często z konieczności musieli oni podróżować osławioną "Karakorum Highway", czyli górską drogą łączącą Pakistan z Chinami. To właśnie m.in. na tej trasie "polują" na swoje ofiary islamscy ekstremiści, a zadanie mają o tyle ułatwione, że Pakistańczycy mają w swych dokumentach odnotowane wyznanie wiary. W razie zatrzymania autobusu wystarczy zebrać i sprawdzić "papiery" podróżujących nimi osób, a potem oddzielić tych reprezentujących "właściwy" odłam islamu, od tych, którzy tego szczęścia nie mieli. Kilka lat temu świadkami takiej właśnie egzekucji na "Karakorum Highway" była dwójka polskich himalaistów - Adam Bielecki i Marcin Kaczkan - wracający z letniej wyprawy na K2. Im wówczas nic się nie stało. Może ekstremiści uznali, że objuczeni linami jegomoście nie stanowią zagrożenia? A może mieli po prostu do tej pory szczęście? Szczęście, którego nie miał krakowski geolog Piotr Stańczak, pracujący na kontrakcie w Pakistanie. We wrześniu 2008 r. został porwany przez talibów, którzy w zamian za uwolnienie domagali się wypuszczenia z więzień ponad setki swoich towarzyszy. Kiedy rząd w Islamabadzie nie spełnił tych żądań, 7 lutego 2009 r. poinformowali, że polski inżynier został zamordowany.

- Trudno więc mówić, że w ostatnim czasie stanowisko tych grup uległo radykalizacji. Oni zawsze tacy byli. Jeśli przejmują wpływy nad jakimś terytorium, to bronią go przed jakimikolwiek wpływami kultury Zachodu. A pamiętajmy, że wyprawy alpinistyczne organizowane są przeważnie przez kraje zachodnie, które wspierają kierowaną przez USA koalicję antyterrorystyczną - podkreśla dr Krawczyk.

Po zeszłorocznej masakrze nasze wyprawy omijają Nanga Parbat
Gdy w czerwcu ubiegłego roku talibowie wchodzili do "basecampu" pod Nanga Parbat, Polacy znów mieli szczęście. Wszyscy członkowie wyprawy Polskiego Klubu Alpejskiego byli akurat w wyżej położonych obozach, podobnie jak przewodząca międzynarodowej wyprawie Ola Dzik, alpinistka z Katowic. Jedenastu innych przebywających w bazie wspinaczy napastnicy wyciągnęli z namiotów, związali, obrabowali, a następnie rozstrzelali. Wśród zamordowanych byli Ukraińcy, Słowacy, Chińczycy, a także Litwin, Nepalczyk i Pakistańczyk.

Po tamtym wydarzeniu himalaiści zaczęli omijać niebezpieczną dolinę Diamir, czyli jedną z trzech dróg pod Nanga Parbat. Zeszłoroczne letnie wyprawy w ramach programu Polskie Himalaje za cel obrały K2 i Broad Peak Middle. Wcześniej czy później polskie ekspedycje wrócą jednak pod "Nagą Górę", choćby z tego powodu, że jest ona jednym z dwóch niezdobytych zimą ośmiotysięczników, a Polakom marzy się dokończenie tego, co 17 lutego 1980 r. na szczycie Mount Everestu zapoczątkował Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy (jako pierwsi w historii weszli oni zimą na ośmiotysięcznik). No chyba że wcześniej dokona tego Tomasz Mackiewicz, outsider polskiego alpinizmu, który tej zimy (po raz piąty) atakuje Nanga Parbat.

Michał Wroński

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.