Maryla Rodowicz: Kluski śląskie? Uwielbiam! Ale nie powinnam ich jeść przed koncertem [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Ola Szatan

Maryla Rodowicz: Kluski śląskie? Uwielbiam! Ale nie powinnam ich jeść przed koncertem [ROZMOWA]

Ola Szatan

Czego nauczył ją mąż i dlaczego dla swoich dzieci chce być przede wszystkim matką? Co pomyślała, gdy niedawno skrytykował ją Michał Wiśniewski. No i czy jej narzeczony był z Będzina? O tym i nie tylko mówi nam Maryla Rodowicz, królowa polskiej piosenki.

Pani wygląda jak moja siostra... powiedziała mi Maryla Rodowicz na początku spotkania w katowickim Empiku, które odbyło się dokładnie tydzień temu, w piątek, 16 stycznia. Artystka tym razem nie śpiewała, a promowała swoją najnowszą książkę: „Maryla. Życie Marii Antoniny”.

Szkoda, że nie ma z nami dzisiaj Marii Szabłowskiej, która chyba faktycznie zna panią jak dobra siostra. Namówiła kilka osób z pani otoczenia na rozmowę, potem gruntownie przepytała, czego efektem jest ta książka. Ile czasu panie się znają?
Marysia Szabłowska zwana także „Pućką” pracuje w Polskim Radiu chyba od początku lat 70. W związku z tym nasze losy krzyżowały się wielokrotnie. Zrobiła ze mną mnóstwo wywiadów, przyjeżdżała na festiwale i bardzo dużo wie o polskim show-biznesie. Pomyślałam więc, że jest to doskonała osoba, by porozmawiać z bliskimi mi osobami.

Dużo tajemnic zostało odkrytych?
Niektóre wywiady niestety zostały wykreślone przez mojego męża. Tak było, bo powiedział, że mam zakaz opowiadania o swoich byłych narzeczonych. Chociaż żałuję, bo to były bardzo dobre wywiady.

Ile nowych rzeczy dowiedziała się pani o sobie z tej książki?
[Kliknij i posłuchaj] Na pewno jeśli dowiadujemy się czegoś o sobie od ludzi, którzy na nas patrzą to inaczej siebie widzimy. Idealizujemy, albo mamy duże wątpliwości. Tymczasem właściwie wszyscy byli dla mnie bardzo łaskawi. Nie zauważyłam tam aż takiej dużej krytyki. Aczkolwiek pojawiło się parę krytycznych uwag. Takich „prztyczków” w nos (śmiech).

Starszy syn powiedział, że z jednej strony jest pani nadopiekuńcza, ale z drugiej jest też świetnym kompanem do rozmowy. Uczyliście się tej relacji, by proporcje były odpowiednie?
Bo ja wiem czy jestem matką-kumplem? Na pewno nie jestem matką-przyjaciółką. Zwłaszcza moja córka nie jest osobą skłonną do zwierzeń, podobnie jak starszy syn. W zasadzie najlepszy kontakt mam z najmłodszym synem. Starsze dzieci mają inną naturę. Zresztą chyba nie chciałabym być matką powierniczką, kumpelką. Nie. Matka to jest matka. Nie chodzi o to, że utrzymuję sztuczny dystans, bo jest wręcz przeciwnie. Bardzo lubię być z moimi dziećmi, z nimi żartować, lubię ich poczucie humoru, ale też jako matka mówię głośno to, co myślę o ich życiu, zachowaniu.

Maryla Rodowicz i autorka tekstu Ola Szatan. Maryla ma rację, jest jakieś podobieństwo

Z książki dowiadujemy się, że mama długo nie wierzyła, że muzyczna scena jest pani przeznaczona? W którym momencie to się zmieniło?
Nawet wygranie festiwalu studenckiego w Krakowie to jeszcze nie był ten moment. Marek Grechuta był już wtedy gotowym artystą. Miał swój zespół, wiedział czego chce. Ja też miałam swoją grupę, ale w klubie studenckim, graliśmy do tańca. Zespół już z moim repertuarem powstał trochę później, dwa lata po festiwalu. Myślę, że przełom nastąpił, gdy zaczęły się pierwsze bisy, sukcesy w Opolu, nagrody, czyli okres 1969-1971 rok. Pierwszy festiwal w Sopocie... to było coś! Wtedy pewnie mama uwierzyła, że coś z tego będzie. Zresztą mama jest teraz moją wielką wierną fanką, bo zaczęła zbierać wycinki prasowe.

Podobno zebrała już kilka ksiąg.
Są już trzy takie ogromne księgi. Mama zamawiała je u introligatora, z oprawą, która była w płótnie... Tyle, że same wycinki umieszczała tam dość amatorsko, przyklejała za pomocą kleju, którego nie da się odkleić. Taki był porządny. A gazetka jest bardzo cienka i z czasem żółknie. Tych wycinków zebrało się już bardzo dużo. Potem ja zaczęłam je kolekcjonować. Zbieram je w pudłach.

Jest pani kolekcjonerką pamiątek?
Tak. [Kliknij i posłuchaj] Jestem takim chomikiem. Bardzo dużo rzeczy oddałam archiwum Biblioteki Narodowej, która ma zrobić specjalną wystawę. Tego jest tak dużo, że z przyjemnością podzieliłam się pamiątkami. Może najbardziej żal było listów od Agnieszki Osieckiej. Tutaj miałam wątpliwości, bo tych listów jest ponad sześćdziesiąt. Były też listy od fanów czy karteczki od mężczyzn, moich narzeczonych. Oddałam to. Tak samo jak tysiące zdjęć. Ale jeszcze kolejne tysiące mi zostały (śmiech).

Jeden z narzeczonych pochodził z Będzina.
Miałam wtedy dwuosobowy zespół. Tomek Myśków, który grał na gitarze akustycznej był z Oświęcimia. Zaś z Będzina pochodził Grzegorz Pietrzyk, który grał na gitarze basowej. Pamiętam taki pierwszy nasz obóz kondycyjny, gdy robiliśmy próby w domu kultury w Oświęcimiu. Mieszkaliśmy wtedy w muzeum. Spaliśmy na podłodze i trzeba było się myć pod kranem w zimnej wodzie. Ale co tam, to nie miało znaczenia! W różnych warunkach się wychowałam. [Kliknij i posłuchaj] Jak uprawiałam sport w szkole średniej, to jeździłam na obozy sportowe, miałam też treningi na stadionie we Włocławku. A tam okna powybijane, nie było to ogrzewane. Bardzo spartańskie warunki nam towarzyszyły. Dlatego kiedy mój młodszy syn postanowił grać w piłkę, pojechał na pierwszy trening i wrócił z niego mówiąc: „więcej tam nie pojadę, bo śmierdzi w szatni” to uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam: „synek, nie wiesz jak szatnie kiedyś wyglądały”. Nie są to dzieci tak zahartowane jak ja byłam, gdy mieliśmy trudniejsze warunki.

Sport zahartował i pomógł pani również w odnalezieniu się na scenie muzycznej?
Zdecydowanie sport pomógł! Często to analizowałam. W sporcie wiele zależy od zawodnika: ile się przepracuje, czy ma predyspozycje. Jeżeli jest duża grupa, to osobie, której bardziej się chce, wszystko bardziej wychodzi. Ma lepsze wyniki. Poza tym są sportowców spotykają porażki, z których trzeba umieć się podnieść. Dla mnie to była bułka z masłem. Tu przegrywałam, gdzie indziej wygrywałam. Ale zawsze wiedziałam, że trzeba iść do przodu. Należy włożyć dużo pracy, żeby jakiś wynik osiągnąć. Sport mi pomógł. A wytrzymałość mam rodzinnie.

Odporność na krytykę też?
To różnie. Niekoniecznie. Przeżywam krytyczne uwagi. Staram się je analizować, czy nie ma w nich racji.

A co pani poczuła kiedy niedawno przeczytała krytyczny wpis Michała Wiśniewskiego na swój temat?
Kliknij i posłuchaj] Pomyślałam sobie: „trudno”. On mnie tak ocenia. Nagle stanął w obronie swojej byłej żony, na którą wcześniej wylewał pomyje. Zresztą moim zdaniem nie powiedziałam nic złego o niej. Tylko jeśli w mediach ona jest nazywana gwiazdą, to kim ja jestem? Nie chodziło o umiejętności, co potrafi czy jak wygląda. On wziął to bardzo osobiście. Ja staram się nie komentować jakichś zachowań czy fochów moich kolegów i koleżanek z branży. Też bym mogła. Gdy w domu siedzimy z mężem przed telewizorem to jedziemy równo.

Z książki dowiedziałam się, że toczycie też walki o pilota do telewizora.
No tak! Ja muszę oddawać pilota, gdy są jakieś ekonomiczne sprawy. A ostatnio, w dniu, w którym frank skoczył do góry, to już tylko machnęłam ręką i siedziałam w internecie.

Z jednej strony kariera artystyczna, bez wielkich skandali, z drugiej udane życie prywatne. Jak udało się pani zbudować dobre proporcje, by żadna z tych sfer nie ucierpiała? By była oceniana przede wszystkim przez pryzmat sztuki.
Mogę przypuszczać dlaczego tak się dzieje. Na pewno bardzo dbam o swoich fanów. Zdarza się, że na moje koncerty przyjeżdżają ludzie z miejscowości oddalonych o 200-300 kilometrów. Dużo fanów mam tutaj, na Śląsku. 13 lutego zagram koncert w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Grałam tam parę lat temu i był „full”. Mam nadzieję, że teraz też będzie dużo ludzi. Wydaje mi się, że sukcesem jest praca, która owocuje. Bo jeżeli człowiek dużo robi, to zawsze coś dobrego mu wyjdzie. Oczywiście, że zdarzają się nieudane projekty. Ale przede wszystkim trzeba być. Tego mnie nauczył mąż. Jeszcze w latach 90., które były trudnymi latami. Show-biznes inaczej wyglądał i działał, a komercyjne rozgłośnie radiowe nie chciały mnie grać. Mój mąż wmawiał mi wtedy, że muszę się sama promować. Sama dbać, cały czas coś robić. Ja na przykład co pół roku nagrywam jakąś piosenkę. Na własny koszt. Opłacam studio nagraniowe, muzyków. Wrzucam to nawet do internetu, by coś się działo. Śpiewam te nowe utwory, żeby ludzie nie myśleli, że ich nie ma. Chociaż i tak wiadomo, że te wszystkie „Małgośki” i „Niech żyje bal” przykrywają te nowe produkcje. Jestem bardzo aktywna w internecie.

Konto na Facebooku założyła pani za namową syna?
Tak. On mi powiedział: „Mama, musisz mieć Facebooka”. Studiował wtedy w Londynie, założył mi konto i cały czas pomaga, bo do tej pory nie umiem wrzucać zdjęć. Bo czasami wyświetla mi się odpowiedź, że nie mam dostępu do swojego profilu (śmiech). I wtedy wysyłam do niego zdjęcia, które syn już wrzuca. Mam też Instagram. Zwykle, gdy z menedżerem jesteśmy w tych okolicach to zatrzymujemy się niedaleko Będzina w restauracji Chata z Zalipia. Jakie tam podają kluski śląskie?! Ja niestety nie mogę się opanować! I już wiem, że jak gram koncert, to nie mogę jeść tych klusek, bo po prostu nie mogę zapiąć kostiumu. Ale dzisiaj myślę sobie: „podpisuję książkę” to wrąbałam kluski i ich zdjęcie wrzuciłam na Instagram. Zadzwoniłam do mojego syna, że już dojeżdżam na miejsce, a on na to: „Wiem, nawet zjadłaś kluski śląskie. Ślinka mi pociekła”. To jest właśnie siła internetu (śmiech).

Książka:
„Maryla. Życie Marii Antoniny” to rozpisana na wiele głosów opowieść o królowej polskiej piosenki, ilustrowana unikalnymi i niepublikowanymi dotąd zdjęciami i dokumentami z jej prywatnego archiwum.

O życiu, pracy, miłości i przyjaźni z Marylą Rodowicz opowiadają: jej mama, mąż, syn, muzycy, kompozytorzy, fani, autorki jej kostiumów, fryzur i scenicznych makijaży. Wszystkie rozmowy przeprowadziła Maria Szabłowska, a Maryla przeczytała je i skomentowała we właściwy sobie, pełen poczucia humoru sposób, bardzo wiele dodając od siebie. W rezultacie powstał nie tylko barwny i prawdziwy portret artystki, ale także obraz czasów, w których przyszło jej żyć, a nawet wcześniejszych, bo opowieść zaczyna się w przedwojennym Wilnie.

Osobny rozdział albumu poświęcony jest Agnieszce Osieckiej, która napisała ponad sto największych przebojów Maryli, z "Małgośką" na czele. Niepublikowane listy Osieckiej do Rodowicz, dowód niezwykłej przyjaźni, stanowią fascynującą lekturę.
Książka ukazała się nakładem Burda Publishing Polska

Koncert:
13 lutego Maryla Rodowicz wystąpi w Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. Zaśpiewa przeboje w akustycznej wersji.
Bilety kosztują: 80-130 zł

Ola Szatan

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

fajla11

CO ROKU NOWE PORSCHE + KLUCHU Z LIPIN

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.