Mateusz Sobecko - Skromny chłopak z Fryny, co to You Can Dance wygrał [WIDEO]

Czytaj dalej
Paweł Szałankiewicz

Mateusz Sobecko - Skromny chłopak z Fryny, co to You Can Dance wygrał [WIDEO]

Paweł Szałankiewicz

O Mateuszu Sobecko mogliśmy usłyszeć trzy lata temu, kiedy po raz pierwszy wystartował w You Can Dance. Przygodę z programem przerwała jednak kontuzja. Zerwał więzadła, co praktycznie wiązało się z roczną przerwą. Do tej edycji wrócił z jednym celem - zajść jak najdalej i wygrać cały program. Zadanie wypełnił.

Mateusz to skromny, a zarazem bardzo energiczny mieszkaniec dzielnicy Nowy Bytom w Rudzie Śląskiej. Pochodzi z górniczej rodziny. Jego mama oraz trzech braci pracują na kopalni. Ojciec, który zmarł kilka lat temu, również był górnikiem. - Ja sam nigdy nie chciałem robić na grubie. Od małego interesowały mnie... pieniądze. Jak się bawiłem na placu to z liści robiłem pieniądze, rachowałem, liczyłem, dlatego też poszedłem na Uniwersytet Ekonomiczny - śmieje się zwycięzca programu You Can Dance.

W dzieciństwie Mateusz nie marzył też ani o byciu policjantem, czy piłkarzem, ani tym bardziej o tańcu. To przyszło dopiero w wieku 16 lat. Pierwszą osobą, która próbowała go do tego namówić, był ojciec, który zabrał go na zajęcia z tańca towarzyskiego do Gliwic. - On miał dryg do tańcowania. Zaciągnął mnie na zajęcia, ale nie było tam dla mnie partnerki, więc... zapisałem się na hip-hop na Goduli - opowiada.

Taniec zresztą stał się jego wielką pasją. - To było widać w programie. Każdą wolną chwilę poświęcał na taniec - mówi Halina Sobecko, mama Mateusza.

Wybór drogi życiowej najmłodszego syna (różnica między nim a najstarszym Sebastianem wynosi 16 lat), bardzo ją cieszy. Jak nam zdradziła, nigdy zresztą nie wpływała na jego decyzje odnośnie tego, jak ma pokierować swoim życiem. - Zresztą nigdy nie chciałam, żeby moi chłopcy poszli na gruba. Nie mówiłam im też co mają robić. Sami sobie wybrali zawody, no ale nie mogli znaleźć pracy, więc trafili na kopalnię - opowiada mama Mateusza.

Halina Sobecko ze swoich synów jest niezwykle dumna. Na każdym kroku podkreśla, że mając w domu czwórkę chłopców nigdy nie miała z nimi żadnych problemów. - Wszyscy zawsze trzymaliśmy się razem. Znam rodziny, gdzie jedno dziecko potrafiło sprawić wiele problemów, a z nimi nie miałam nigdy żadnych - chwali synów.

Stąd też rozmawiając z Mateuszem i z jego mamą nie można uświadczyć historii z dzieciństwa i licznych opowieści o tym, jakie przewinienia były jego autorstwa. Nawet będąc bajtlem i wychodząc na plac, nie broił. A najczęściej szalał z kolegami na placu przed domem, na rynku w Nowym Bytomiu, skacząc po garażach za kościołem czy w parku miejskim. - Czasem tylko chodziliśmy na ogródki i kradliśmy co nieco. Na przykład jak był Dzień Matki a żaden z nas nie miał pieniędzy, to szło się i prosiło o jakiś kwiatek dla mamy. Czasem zrywaliśmy jabłka czy wiśnie. To chyba najgorsze z moich "przestępczych" działań w życiu- śmieje się Mateusz.

Większych problemów nasz bohater jednak nie sprawiał. W szkole miał dobre wyniki w nauce, choć czerwonego paska na świadectwie nigdy nie uświadczył. Przyznał jednak, że raz niewiele mu do tego brakowało, ale... - Brakowało mi wtedy oceny z polskiego, ale przeszkodziła w tym chyba śląska gwara - śmieje się.

W gimnazjum zaczął trenować bieganie, jednak po odniesieniu kontuzji musiał przestać. Dopiero w liceum zaraził się pasją do tańca. - Na pierwszych zajęciach trener przycisnął mnie do ściany i zaczął rozciągać. Myślałem że umrę z bólu - wspomina.
Tak bolesny początek z tańcem był niestety wskazany. Mateusz zaczął tańczyć dopiero w wieku 16 lat, więc miał wiele lat treningów do nadrobienia. - Musiałem przejść sporo treningów siłowych i rozciągających, by nadrobić stracone lata. Poświęcałem temu każdą wolną chwilę. Było warto.

Bardzo ważne dla niego było też to, że na każdym kroku miał wielkie wsparcie tak wśród znajomych, jak i rodziny. Zdarzało się, że bracia pomagali mu odkładać pieniądze na warsztaty i zajęcia. Sam też zresztą na tym nie oszczędzał, i każdą kwotę jaką posiadał, przeznaczał na naukę tańca. - Weekendy spędzałem poza domem. Na warsztaty jeździłem po całej Polsce, a nawet za granicę. Kiedy nie miałem gdzie trenować, tańczyłem w domu przed lustrem -wspomina Mateusz, dodając, że tak w liceum jak i w czasie studiów, czasem opuszczał zajęcia przez kilka tygodni. - Ale miałem fajnych ziomków, którzy pomagali mi to nadrabiać i zdawałem wszystko bez problemów.

Teraz Mateusz ma do zaliczenia aż 16 przedmiotów, a potem... czeka go wyjazd na warsztaty do Stanów Zjednoczonych, do Nowego Jorku.

Paweł Szałankiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.