Metropolia już nie tylko na papierze

Czytaj dalej
Marcin Zasada

Metropolia już nie tylko na papierze

Marcin Zasada

Oczekiwania wobec powstającego w sercu województwa związku metropolitalnego są ogromne. Metropolia ma być szansą na nowy skok cywilizacyjny.

Oczekiwania rozbudziły je nie tylko lata oczekiwań na ustawę, ale i poczucie, że w trakcie poprzemysłowych przeobrażeń w regionie świat odjechał nam tak bardzo, że trudno powiedzieć, jak mamy go dziś gonić.

Politycy i samorządowcy lubią powtarzać, że metropolia to nasza wielka szansa naskok cywilizacyjny. Po uspokojeniu euforii towarzyszącej uchwaleniu przez Sejm oczekiwanej od lat ustawy, realista zapyta: „Jakim cudem tak wielkie nadzieje pokładamy w nowym szczeblu administracji?”. Kiedyś śląskie i zagłębiowskie miasta rozwijały się gospodarczo, przyciągały tysiące ludzi z całej Polski dzięki naturalnym surowcom i pracy przy ich wydobyciu. A dziś? Wystarczy, że wprowadzimy lepsze, zintegrowane zarządzanie?

Rywalizujemy ze sobą, nie z Krakowem

Na początek spójrzmy na to, co mamy dziś albo mieliśmy do tej pory. Przede wszystkim - największą w Polsce aglomerację. Zagęszczoną i policentryczną, czyli taką bez bezwzględnie dominującego centrum, jak Kraków czy Wrocław. Pod względem liczby ludności Katowice są dopiero dziesiątym miastem w Polsce. Ale w pierwszej trzydziestce najludniejszych ośrodków w kraju aż osiem wchodzi w skład Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Ta różnorodność miała swój urok, ale z biznesowego punktu widzenia stanowiła swoiste rozproszenie atutów. Atutów i często sprzecznych ze sobą ambicji. Spójrzmy prawdzie w oczy: w ostatnich latach rywalem czołowych miast aglomeracji (poza małymi wyjątkami) rzadko bywał Kraków, Wrocław czy Poznań. Katowice rywalizowały o inwestycje, przedsięwzięcia kulturalne czy ogólnie pojęty prymat w nieformalnej metropolii z Gliwicami i Sosnowcem. Dla Bytomia konkurentem w staraniach np. o Ikeę było Zabrze. Oceanarium na Śląsku? Jest oferta i trzy potencjalne lokalizacje, które o nią walczą: Ruda Śląska, Chorzów i Zabrze.


Nie trzeba nikomu tłumaczyć, czym często kończy się taka wewnętrzna konkurencja, gdy kilka samorządów w bliskim sąsiedztwie próbuje się nawzajem przelicytować, co wiąże się z mniejszymi zyskami i większymi ustępstwami wobec potencjalnego inwestora.

- Docelowo powinniśmy doprowadzić do tego, by partnerem dla tych dużych podmiotów w pierwszej kolejności były władze związku metropolitalnego, a w drugiej kolejności prezydenci miast - mówi prof. Tomasz Pietrzykowski, były wojewoda śląski, jeden z ojców chrzestnych metropolii.

Skuteczniejsze niż do tej pory zabieganie o zewnętrzne inwestycje to jeden z fundamentalnych celów integracji. Brzmi życzeniowo, ale to mocny konkret, choćby z uwagi na skalę naszego przedsięwzięcia. Wyobraźmy sobie dużą firmę, która chce budować w Polsce (albo w Europie Środkowej) fabrykę sprzętu elektronicznego. I ludzie odpowiedzialni za nią proszą o listę miast powyżej np. 500 tys. mieszkańców, z danymi dotyczącymi rynku pracy, skomunikowania i infrastruktury. Gdy eksperci od metropolii mówią, że to dla nas szansa na zaistnienie na tych mapach, na których nas dotąd nie było, mają na myśli między innymi takie przypadki.

- Niezależnie od tego, co sami myślimy o naszym regionie, miasta takie jak Katowice czy Gliwice są w świecie anonimowe. Traktowane wybiórczo są co najwyżej średniej wielkości ośrodkami, na których rzadko skupia się uwaga w planowaniu dużych przedsięwzięć - mówił Jerzy Buzek, śląski europoseł, były przewodniczący Parlamentu Europejskiego, podczas debaty, którą prowadziliśmy na tegorocznym Europejskim Kongresie Gospodarczym.

Innymi słowy: metropolia łączy potencjał małych i średnich w coś, co może zatrzymać się w sitach wielkich selekcji. Tych towarzyszących zarówno planowaniu inwestycji, ale i wielkich wydarzeń sportowych, biznesowych czy kulturalnych.

Metropolia wielkich kongresów i konferencji

Metropolitalny, połączony potencjał miał wpływ na ostatnie sukcesy Katowic na światowym rynku targowo-kongresowym. Gdy w kwietniu miasto to wizytowała delegacja ONZ, pracująca nad wyborem gospodarza przyszłorocznego szczytu klimatycznego COP24, sam prezydent Marcin Krupa przyznawał, że największe wrażenie na zagranicznych gościach (oprócz oczywistych asów w katowickiej talii - takich jak nowe, kapitalne Międzynarodowe Centrum Kongresowe) robiły dwie rzeczy: bycie stolicą ponad 2-milionowego wielkomiejskiego organizmu i nowe możliwości, jakie metropolii dawała ustawa (było to tuż po podpisaniu jej przez prezydenta Andrzeja Dudę).

Nie wiemy, czy bez metropolii Katowice też zorganizowałyby COP24, z całą pewnością ich pozycja negocjacyjna byłaby niższa. Nie inaczej było z batalią o Światowy Kongres Antydopingowy (ten w Katowicach w 2019 roku). Z kolei otwierając w tym roku Europejski Kongres Gospodarczy, prezydent Krupa zaznaczał, że po raz ostatni odbywa się on w Katowicach, bo za rok już będzie gościł w metropolii. Przy całej kurtuazyjności tego oświadczenia, tkwi w nim istotny sens: wszyscy potrzebujemy metropolii, ale Katowice potrzebują jej najbardziej, żeby móc dalej się rozwijać. Z drugiej strony, metropolia do niczego nie dojdzie bez silnych Katowic. A więc, to nasz wspólny interes.

Dzięki szczytowi ONZ i kongresowi antydopingowemu, Katowice awansują do światowej ekstraklasy na tym niełatwym, za to bardzo interesującym rynku. Miasto chce pójść za ciosem i zabiegać o kolejne imprezy o randze międzynarodowej, których co roku w kalendarzu takich organizacji, jak Unia Europejska, ONZ czy UNESCO, są setki.

Rzecz w tym, że do gry o wielkie kongresy Katowice wchodzą z metropolią nie dlatego, że tak chcą, tylko dlatego, że muszą. Prosty przykład: trzy tysiące miejsc hotelowych w stolicy województwa to niewiele wobec organizacyjnych potrzeb tzw. wielkich wydarzeń. Już dziś wiadomo, że imprezy towarzyszące szczytowi ONZ w 2018 roku nie pomieszczą się w samych Katowicach i będzie trzeba do współpracy zaprosić np. Gliwice (Hala Gliwice) czy Sosnowiec (Expo Silesia).

Rewitalizacja - integracja inwestycyjna

Kilka tygodni temu Grzegorz Tobiszowski, wiceminister energii, ogłosił rządowy plan rewitalizacji terenów poprzemysłowych na Śląsku i w Zagłębiu, który - w oparciu przede wszystkim o fundusze unijne - miałby przywrócić zdegradowane lub po prostu opuszczone przez produkcję obszary pod przyszłe inwestycje. A teraz, jeszcze tylko teoretycznie, spróbujmy spiąć ten program z perspektywami metropolii.

- Popatrzmy na tereny graniczne poszczególnych miejscowości, często zaniedbane nie tylko z racji peryferyjności, ale i styku różnych interesów władz samorządowych. Dziś metropolia dostaje istotne narzędzia w sferze planowania przestrzennego, czym wypełnia pewną lukę w zarządzaniu - mówi prof. Pietrzykowski.

Tobiszowski zdradza, że o wsparciu programu europejskimi pieniędzmi, na wzór rewitalizacji Nadrenii Północnej-Westfalii, odbyły się już rozmowy na linii premier Beata Szydło - kanclerz Angela Merkel.

- Chcemy, aby na tych poprzemysłowych terenach, które są nieźle skomunikowane, a niebawem będą uporządkowane pod względem właścicielskim, pojawiły się nowe inwestycje. Do końca czerwca tego roku ten stan będzie uporządkowany i będziemy mówić o planach inwestycyjnych - zapewniał Tobiszowski.

Z metropolitalnego punktu widzenia, to nie tylko szansa na gospodarcze uzdrowienie „obszarów nieczynnych”, ale i pogłębienie integracji inwestycyjnej. Na kopalniane pogranicza, o których wspomina prof. Pietrzykowski, patrzylibyśmy nie w obrębie granic miast, ale całościowo.

Kres miasteczek przykopalnianych?

Nierozwiązanym problemem aglomeracji pozostaje poziom życia i to wszystko, co na niego się składa. Wszystkie miasta i metropolia jako całość zmagają się z fatalną demografią. Jeśli chodzi o ogólną atrakcyjność, swoiste „przyciąganie” (ludzi, idei, postępu... etc.), od dawna przegrywamy z Wrocławiem i Krakowem. Mamy najgorsze powietrze w Polsce. Na transport publiczny wydajemy 7 razy mniej niż Warszawa, co bez wątpienia odbija się na jego jakości. Te bolączki można wymieniać i powtarzać.

Związek metropolitalny zacznie od reformy komunikacji, dziś niedoinwestowanej, podzielonej (KZK GOP, Tychy i Tarnowskie Góry), ale i źle zarządzanej. Na ten cel z ok. 280-milionowego budżetu metropolii wydamy najwięcej. Ale nie tylko na lepsze i punktualniejsze autobusy. Również na przedsięwzięcia rozwojowe. Takim może być planowanie i budowa w dalszej perspektywie kolei metropolitalnej. Właśnie od takich przyszłościowych działań powodzenie integracji w przełożeniu na jakość życia i pracy będzie zależeć najbardziej.

- Jeśli wykorzystamy instrumenty, które dostaliśmy, wkroczymy w nową erę. To może być kres miasteczek przykopalnianych, a początek budowy cywilizacyjnego, kulturowego, gospodarczego centrum o aspiracjach międzynarodowych - uważa prof. Pietrzykowski.

Na przygotowanie się do cywilizacyjnego skoku mamy pół roku. Metropolia śląsko-zagłębiowska na pełnych obrotach zacznie działać od 1 stycznia 2018 roku.

Marcin Zasada

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.