Michał Woś, lat 26. Z Raciborza, przez Nędzę, na wiceministra

Czytaj dalej
Marcin Zasada

Michał Woś, lat 26. Z Raciborza, przez Nędzę, na wiceministra

Marcin Zasada

Michał Woś, najmłodszy i najnowszy członek rządu Beaty Szydło, ma 26 lat, jest z Raciborza i od dekady podziwia Zbigniewa Ziobrę

Jak się zostaje wiceministrem sprawiedliwości?
Ciężką pracą.

Ma pan 26 lat. Jak ciężko się pan napracował?
Fakt, jestem najmłodszym członkiem tego rządu. To pokazuje, jak wielkim zaufaniem obdarzyli mnie premier Beata Szydło i minister Zbigniew Ziobro. Ale uważam też, że będąc szefem gabinetu ministra sprawdziłem się w odpowiedzialnych zadaniach, które powierzył mi w resorcie minister Ziobro.

Słyszał pan już, że jest jednym z „Misiewiczów”?
Zdarzyło się. Bronię się wykształceniem i niezłym doświadczeniem: przez prawie 2 lata zdążyłem poznać resort. Zanim zostałem wiceministrem, znałem już wszystkie projekty dotyczące informatyzacji. A we wcześniejszej działalności zarządzałem projektami, które wiązały się z odpowiedzialnością finansową. Na marginesie, problem pana Misiewicza został szybko rozwiązany przez władze PiS.

Szybko? Było wręcz przeciwnie.
Nie zaprzeczam, że popełniono w tej sprawie pewne błędy.

Może „Misiewiczowie” zaszkodzili ludziom takim jak pan, u których stanowisko nie rozmija się z kompetencjami?
Ludzie przed trzydziestką są w polityce oceniani w sposób szczególny: raczej z nieufnością patrzy się na ich kompetencje. Rzecz w tym, że to politycy bardziej doświadczeni uznają w pewnym momencie, że takie osoby są godne zaufania i powierzenia odpowiedzialności. Nie wiek jest tutaj kryterium.

Przeczytałem w internecie, że nominacja dla pana to policzek dla całej kasty prawników.
Nie bardzo wiem, co ten policzek miałby oznaczać.

Mogę przypuszczać: pan młody, na dorobku, a Ziobro już stawia pana nad kastą prawników, którą tworzą np. sędziowie z wieloletnim stażem.
Każdej organizacji dobrze służy obecność zarówno osób z siwym włosem na głowie, jak i przedstawicieli młodego pokolenia i dotyczy to nie tylko rządu, ale pewnie też pana redakcji. Przypomnę tylko, że sformułowania o „nadzwyczajnej kaście ludzi” użyła pani sędzia Irena Kamińska z NSA na kongresie sędziów. Natomiast w Ministerstwie Sprawiedliwości istnieje coś takiego, jak podział kompetencyjny. W ramach tego podziału ja odpowiadam za informatyzację. I w tej działce świetnie znam każdą umowę, każdy projekt.

Ale i tak pan uważa, że prawnicza kasta to istotnie problem, który należy w Polsce rozwiązać?
Problem dostrzegam. Podzielam pogląd kierownictwa resortu na funkcjonowanie np. Krajowej Rady Sądownictwa, której konstrukcja jako korporacji sędziowskiej sprawia, że ta grupa zawodowa sama się wybiera, rozlicza i kontroluje. Trójpodział władzy wymaga równowagi między wszystkimi organami w państwie. Do czego doprowadziło takie korporacyjne, żeby nie powiedzieć: kastowe podejście do KRS, widać choćby w procesach dyscyplinarnych. Ot, choćby pan sędzia Milewski, pamiętny „sędzia na telefon”, w ramach kary dyscyplinarnej został przeniesiony do innego miasta, gdzie do dziś cieszy się nieskazitelnością, zakłada togę, łańcuch z orłem i wydaje wyroki w imieniu Rzeczpospolitej.

Narzeka polityk, przedstawiciel kasty, która kontroli podlega tylko umownie. Każda partia ma na sumieniu skompromitowanych działaczy, których później ukrywano np. w spółkach.
Uważam, że z takimi nieprawidłowościami trzeba walczyć. A politycy przynajmniej co 4 lata są oceniani przez wyborców.

Jaki cel pan widzi w wywróceniu dotychczasowego porządku w wymiarze sprawiedliwości?
On wymaga głębokiej reformy i potwierdzi to każdy, kto w ostatnich latach znalazł się na sali sądowej. Jest wielu znakomitych sędziów, szczególnie na pierwszej linii frontu, w sądach rejonowych. Ale mamy też grono takich, którzy nie do końca rozumieją swoją rolę w społeczeństwie.

Jak sędzia Biernat, którego prezes TK żegna przez kierowcę książką Wildsteina? Bo, jak to ujęła sędzia Przyłębska, „tego autora nie lubią elity, z którymi Biernat się utożsamia”?
Nie znam szczegółów tego pożegnania. Ale chętnie czytuję książki Wildsteina. Osobiście uważam, że wszystkie spory polityczne wokół TK czy KRS przysłaniają istotę reformy wymiaru sprawiedliwości.

I tą istotą jest…?
Interes społeczny. Działania, które przyspieszą postępowania, które rozjaśnią ich przebieg z punktu widzenia obywatela.

Co takich młodych ludzi jak pan pcha do polityki?
Po pierwsze, wciąż bardziej czuję się prawnikiem niż politykiem. Po drugie, do polityki trafiłem trochę przypadkiem. W swoim rodzinnym Raciborzu zostałem radnym z własnego komitetu, chcąc działać dla mojego miasta. W 2015 roku zostałem polecony ministrowi Ziobrze przez kilka osób, w tym jednego naukowca, którego bardzo cenię.

Polecono pana jako kogo?
Jako osobę do pomocy ministrowi w przedsięwzięciach, które czekały go w wymiarze sprawiedliwości.

Tak to działa?
Różne są drogi. W polityce awansują ludzie, którzy wybili się np. z partyjnych młodzieżówek. Ja nigdy do żadnej nie należałem, nie jestem też członkiem ani PiS, ani Solidarnej Polski. Po prostu dano mi szansę. Przez 1,5 roku byłem jednym z najbliższych współpracowników min. Ziobry i widocznie wykonywałem skutecznie zlecone mi zadania, skoro powierzono mi nowe obowiązki. Pytał pan, co ciągnie młodych ludzi do polityki. Przede wszystkim możliwość zmieniania Polski, realizowania ideałów, które w sobie nosimy.

Nie czuje się pan politykiem, ale już pan mówi jak polityk. Gdy pan widział nastolatków drących unijną flagę i opowiadających niestworzone rzeczy w Sejmie, widział pan trochę siebie sprzed lat?
Byłem kiedyś laureatem olimpiady z wiedzy o UE. Udzieliłem nawet wtedy kilku debiutanckich wywiadów, w których podkreślałem, że nie jestem jakimś wybitnym euroentuzjastą i dobrze znając mechanizmy, które rządzą Unią, widzę jej mankamenty. Rozumiem, że chłopak, który darł w Sejmie unijną flagę, też chciał zamanifestować w ten specyficzny sposób swoje poglądy.

To logika rzeczniczki PiS, która rozumie pobicie członka KOD przez Młodzież Wszechpolską.
Porównuje pan happening w wykonaniu nastolatka do bandyckiej napaści, która nie powinna mieć miejsca. Mnie w Sejmie też raziło szereg przemówień młodych ludzi z tak zwanej drugiej strony - nawiązujących do czarnych marszów czy legalizacji aborcji. Manifestujących swoje poglądy jakimiś plakietkami LGBT. O tych nastolatków, opowiadających niestworzone rzeczy, pan nie pyta.

Powiedział eurosceptyk z ministerstwa.
Powiedział eurorealista, który uznaje Unię za byt wartościowy i zarazem uważa, że powinna ona uwzględniać prymat państw narodowych. Nie wygłosiłbym w Sejmie takiego przemówienia jak ten nastolatek z flagą.

Ale kilka lat temu walkę o prezydenturę Anny Ronin z Mirosławem Lenkiem w swoim Raciborzu nazwał pan wyborem między dżumą a cholerą.
Tak, użyłem takich słów. Ta figura retoryczna funkcjonuje w języku polskim i oznacza, że nie ma dobrego wyboru. Zdania nie zmieniłem. Wtedy ani jeden, ani drugi kandydat nie dawali żadnej gwarancji dobrego rządzenia miastem. Pytano mnie w mediach o to, z którym z nich byłbym gotów zawrzeć koalicję, a mnie takie lokalne układy nie interesowały. Stąd wzięły się moje słowa o wyborze jak między dżumą i cholerą.

To jaka zaraza panuje dziś w Raciborzu?
Proszę nie udawać, że nie wie pan, o co mi chodziło. W tamtych wyborach nie było dobrego rozwiązania. Zresztą, widać to z dzisiejszej perspektywy - pani Ronin jako radna nie popisuje się wybitnym działaniem, a pan prezydent Lenk nie jest gospodarzem, jakiego potrzebuje Racibórz.

Dobrze usłyszałem, że nie należy pan do partii?
Nie, choć - co oczywiste - sympatyzuję z prawą stroną sceny politycznej i uważam, że to Zjednoczona Prawica umożliwia przeprowadzenie w Polsce „dobrej zmiany”, jakkolwiek oklepane to hasło. Tę zmianę widać bardzo dobrze w gospodarce, w Ministerstwie Sprawiedliwości, w którym m.in. podjęliśmy realną walkę z wyłudzeniami VAT-u, widać w sytuacji rodzin i polityce społecznej.

Pamięta pan ministra Ziobrę z jego pierwszego epizodu na czele wymiaru sprawiedliwości?
Dobrze pamiętam cały tamten rząd - to były moje licealne czasy, czas planowania studiów. Miałem grupę znajomych, w której omawialiśmy bieżącą politykę.

Co pan wtedy o Ziobrze myślał jako 16-latek?
Byłem nim zafascynowany, pamiętam, że podziwiałem, jak minister i PiS zmieniali Polskę.

Żartuje pan?
Serio.

Nie wierzę.
Ale ja naprawdę podziwiałem determinację ministra Ziobry.

To jako 10-latek pewnie kibicował pan Porozumieniu Centrum?
Aż tak nie. Ale zawsze bliskie mi były wartości konserwatywne.

Ziobro był pańskim idolem?
Tak bym ministra nie nazywał. Ale proszę pamiętać, że grupa moich znajomych w liceum to byli olimpijczycy, świadomi rzeczywistości, w której żyją. I podziwialiśmy nie tylko Ziobrę, ale też inne działania rządu PiS. Na przykład projekt „Patriotyzm jutra”, odbudowujący dumę z Polski i bycia Polakiem, w kontrze do tego, co przez lata robił Michnik, wpędzający Polaków w kompleksy.

A jakaś młodość się panu przytrafiła czy już przed pierwszym wąsem Polski pan pilnował?
(śmiech) Młodość miałem i dobrze ją wspominam. Mam trochę historii, o których chętnie by pan napisał, na przykład zdarzyło mi się autostopem dojechać do Iranu. Oczywiście, oprócz myślenia o Polsce, robiłem też rzeczy, które zdarzają się każdemu nastolatkowi. Zresztą, mówię w czasie przeszłym, a przecież wciąż jestem młody!

Jakie rzeczy pan robił? Stał na czele intelektualnej bojówki nastoletnich raciborskich prawaków?
Wtedy jeszcze nie było określenia „lewak”, więc - w kontrze - takich jak ja nie nazywano prawakami. Ale dla mnie tamte czasy były intelektualnie bardzo ciekawe.

Słyszałem, że jest pan też patriotą lokalnym.
Można tak powiedzieć. Znam dobrze bogatą historię Raciborza i życzę mu, żeby mógł pełnić podobną funkcję jak dawniej. W średniowieczu to była stolica Górnego Śląska. W Bieńkowicach pod Raciborzem jest zabytkowa kuźnia państwa Sochów: z tego rodu pochodzi moja mama i jej przodkowie. Właściciele kuźni bardzo dbają o tradycje. Wiadomo, że pierwszy zakład założył tam idący z królem Sobieskim na Wiedeń kowal Socha, spod Krakowa. Od 1683 roku rodzina Sochów mieszka w Bieńkowicach. Jestem patriotą lokalnym, ale przede wszystkim - patriotą polskim.

A Ślązakiem?
W pierwszej kolejności Polakiem, a później Ślązakiem.

Czyli trochę inaczej niż pański sąsiad z Pilchowic, Szczepan Twardoch.
Bardzo lubię jego literaturę, z chęcią czytuję każdą kolejną jego książkę, ale koncepcje narodu śląskiego są mi bardzo dalekie.

Mieszka pan jeszcze w Raciborzu?
Kilka dni temu zrzekłem się mandatu radnego. Ale mimo pracy w Warszawie, mój dom pozostaje w Raciborzu. Ciągle w tym mieście mieszkam i zawsze chętnie do niego wracam.

To na koniec zagadka: co trzeba pokonać, żeby dostać się z Raciborza do Warszawy?
Po drodze jest jeszcze Nędza, taka słynna z anegdot miejscowość pod Raciborzem.

Marcin Zasada

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.