Mija 20 lat od powodzi tysiąclecia. Ośmioro bohaterów tamtych dni opowiada nam o lipcu 1997

Czytaj dalej
Jacek Bombor, Arkadiusz Biernat

Mija 20 lat od powodzi tysiąclecia. Ośmioro bohaterów tamtych dni opowiada nam o lipcu 1997

Jacek Bombor, Arkadiusz Biernat

8 lipca Odra wdarła się do Raciborza, wkrótce pod wodą znalazły się Bieruń i Częstochowa. Powódź ogarnęła całą Polskę. Bilans to 56 ofiar śmiertelnych, 40 tysięcy mieszkańców bez dachu nad głową, 140 tysięcy ewakuowanych. 86 miast i 875 wsi zalanych i zniszczonych.

Mija 20 lat od największej powodzi w Polsce. Zginęło ponad 50 osób, zniszczonych zostało wiele tysięcy domów, mieszkań i zakładów pracy. Pod wodą znalazło się ponad 1000 miejscowości.

Miedziane tabliczki, na ścianach domów i kaplic w Raciborzu do dziś wskazują, dokąd sięgała woda. Miejscami ponad 2 metry! Mija 20 lat od dramatycznych wydarzeń z lipca 1997. Powódź tysiąclecia niszczyła domy, drogi, niosła śmierć. Takiej niszczycielskiej wody nikt wcześniej nie widział.

ZOBACZCIE FILM: Mija 20 lat od powodzi tysiąclecia:

Nieprzerwanie padający ulewny deszcz w Polsce oraz Czechach spowodował wezbranie rzek (m.in. Odry, ale też kilkunastu innych mniejszych), w wielu miejscach przerwanie wałów i zalanie wielu miast, w tym m.in. Raciborza, Kłodzka, Opola, Wrocławia. Dramat rozgrywał się też na polskich wsiach (w woj. śląskim m.in. Olza, Buków). Woda niszczyła domy, gospodarstwa, pola uprawne. Fala powodziowa przekroczyła o 2-4 m najwyższe notowane dotąd stany wód. Zniszczenia były ogromne. Szacuje się, że na skutek powodzi zginęło 56 osób, a straty materialne w całym kraju oszacowano na 12,8 mld zł. Woda zalała prawie 700 tys. ha ziemi (2 proc. kraju). Zniszczyła lub uszkodziła 680 tys. mieszkań, 843 szkoły (100 zniszczone całkowicie), 4000 mostów (zerwanych ok. 45), prawie 15 tys. km dróg, 2 tys. km torów, 613 km wałów. W wyniku powodzi dach nad głową straciło 7 tys. osób, a 40 tys. straciło dorobek życia. Ale poszkodowanych osób, w mniejszym lub większym stopniu było znacznie więcej. Skutki powodzi mieszkańcy odczuwali jeszcze przez kilka lat.

W 1997 roku - od początku lipca, lało niemal bez przerwy. Jakby za oknem ktoś wiadrami lał wodę...
- Jak patrzyłem przez okno mojego biura, to było tak, jakby ktoś z wiadra lał wodę. Wrażenie niesamowite. To nie były strugi deszczu, to była jedna ściana wody. Człowiek nie miał kwalifikacji, by przełożyć ten obraz na zagrożenie - opowiada Andrzej Markowiak, który w 1997 roku był prezydentem Raciborza, miasta, które ucierpiało na Śląsku najbardziej.

- Dworzec w perspektywie ulicy Mickiewicza wystawał z wody, ale gdzieś na dwa metry. Do dworca dojścia nie było, kolej nie jeździła. Most Zamkowy był zalany. Dzielnica Ostróg była odcięta od miasta. Jedna wielka woda, szum, bulgot. Hałas. Tego widoku nie zapomnę do końca życia - mówi Markowiak.

Do 8 lipca miasto w całości znalazło się pod wodą - zalane były nie tylko domy, pola, dworzec, centrum, ale i największe zakłady pracy: Zakłady Elektrod Węglowych, Rafako, Browar... - Zauważyłam, że wykładzina zaczyna czernieć, a woda zaczęła tryskać z muru budynku. Budynek dyrekcji został zbudowany w starym dorzeczu Odry, więc wiadomo było, że tak to się może skończyć. Jednym z dramatycznych dla mnie momentów była chwila, kiedy wchodząc na zakład, miałam wody praktycznie pod szyję. To były momenty grozy, ciemność, cisza i tylko szum wody, która się podnosiła. W wielu miejscach w Rafako poziom wody miał 2-2,5 metra - wspomina Anna Zembaty- Łęska, dziś dyrektor Departamentu Zarządzania Personelem Rafako SA.

Takie obrazy były w setkach miejsc na południu Polski. Dramat przeżywali mieszkańcy malowniczej gminy Gorzyce, która w 38 procentach została zalana. Całkowicie pod wodą znalazły się Olza (tutaj Odra i Olza przerwała wał w dwóch miejscach), Odra i nieistniejący już Kamień (na jego terenie powstał Polder Buków).- W Odrze, Olzie dochodziło wcześniej do powodzi. Ale takiej wody nikt się nie spodziewał. Woda zalała 540 budynków mieszkalnych i 450 gospodarczych. Wielki dramat. Do dziś dziękuję Bogu, że nikomu nic się nie stało - wspomina Krystyna Durczok, wójt Gorzyc w 1997 roku. Z wielką wodą zmagano się w sąsiedniej Lubomi. Odra przerwała wał w Bukowie. Zalało m.in. Ligotę Tworkowską i Nieboczowy. - Woda nie stała, był silny nurt. Mieszkańcom żywność dostarczaliśmy m.in. na kajakach wypożyczonych z ośrodka wypoczynkowego - opowiada Wacław Błaszczok, strażak z Nieboczów.

Pod wodą znalazło się Podbeskidzie. - Muszę powiedzieć, że dla mnie to była dobra lekcja. Dlaczego? Bo teoretycznie byliśmy przygotowani do powodzi - wspomina to wydarzenie prof. Marek Trombski, wojewoda bielski w latach 1994-97. - Powodzie nawiedzały nasz region co pewien czas. Ale właśnie przez to, że byliśmy z tym tak „otrzaskani”, u nas w województwie bielskim, było najwięcej strat ludzkich. Zginęło pięć osób. W niektórych przypadkach ludzie zlekceważyli zagrożenie. Większość wypadków była zawiniona przez ludzi. I to utkwiło mi w pamięci, że lekceważenie żywiołu powoduje takie straszne rzeczy- dodaje. Na skutek powodzi samo miasto Bielsko-Biała nie ucierpiało tak bardzo. Najbardziej zagrożone było dorzecze Soły.

W Częstochowie woda zalała dzielnice: Zawodzie, Wyczerpy i częściowo Stradom. Podtopione zostało również osiedle przy ul. Bugajskiej - tam było najgorzej. Zatopionych zostało prawie 60 budynków, miejscami woda sięga powyżej kolan. Woda wlała się do Słowika, Kolonii Borek, Korwinowa, w gminie Poczesna. Po raz pierwszy gmina z wielką wodą zmagała się właśnie w 1997 roku. Żywioł wyrządził wtedy ogromne szkody, a kolejne wielkie powodzie miały miejsce w latach 2001, 2010 i 2013.

Czy taki kataklizm może się powtórzyć?
Do takiej powodzi może dojść w zasadzie nawet w tym roku - mówi dr. hab. Damian Absalon z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Śląskiego zaznaczając, że warunki klimatyczne w okresie letnim w naszym regionie nie uległy znaczącym zmianom od 1997 roku. Na przełomie czerwca i lipca co roku pojawiają się ulewne deszcze, które mogą prowadzić do wezbrania rzek na ich południowych odcinkach i w konsekwencji do fali powodziowej, kiedy woda ze zbiorników retencyjnych zostanie uwolniona. - Jeżeli chodzi o zabezpieczenie przeciwpowodziowe, nie zaszły silne zmiany ani na plus, ani na minus. Zbiornik Racibórz Dolny na razie nie powstał, ale zostały poczynione prace dotyczące Wrocławia. Bez zbiornika Racibórz Dolny jednak ten system jest niekompletny. Do takiej powodzi jak w roku 1997 nie możemy się przygotować, ale można minimalizować straty. Tak się stanie, kiedy powstanie zbiornik Racibórz Dolny, ale wiele zależy też od podejścia do zagospodarowania dolin rzecznych. Dalej popełnia się te same błędy, bo powstają wały przeciwpowodziowe, a tuż za nimi tworzy się nową zabudowę - tłumaczy Damian Absalon.

Nie wszyscy wyciągnęli odpowiednie wnioski z dramatycznej lekcji w 1997 roku. Minęło 20 lat, a zbiornik przeciwpowodziowy Racibórz Dolny nadal powstaje w bólach. Gotowy miał być w 2017 r. Ale ze względu na m.in. niskie zaawansowanie prac RZGW w 2016 r. wypowiedziało umowę poprzedniemu wykonawcy firmie Dragados (wówczas stan ukończenia zbiornika szacowano na 45 proc.). Ogłoszono nowy przetarg, ale do tej pory nie wybrano wykonawcy. Nowy termin ukończenia to jesień 2019 r.

Oto ośmioro bohaterów tamtych dni

Jerzy Widzyk
W 1997 roku był burmistrzem Żywca. Później, w rządzie Jerzego Buzka, pełnomocnikiem rządu ds. usuwania skutków powodzi. Odszedł z polityki, dzisiaj pracuje jako doradca w dużej prywatnej firmie budowlanej.

- Gigantyczna tragedia, nieprzygotowane, państwo i obywatele - to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o powodzi z 1997 roku - mówi. Miasto, którym wówczas rządził, było zaledwie rok po powodzi, która zalała część dzielnicy Zabłocie, woda stała dwa tygodnie.

- Podobna sytuacja groziła nam w 1997 roku - mówi Widzyk. - Pamiętam mieszkańców, którzy stali na wałach dzień i nocy patrząc, czy woda się przeleje. Ja - o kulach, bo byłem po złamaniu nogi - stałem przy przepompowni, która była zbyt małych rozmiarów i małej wydajności, a transformator był już poniżej poziomu wody tamowanej przez worki z piaskiem. Gdyby przerwało tę prowizoryczną tamę, wszyscy musieliby uciekać, przepompownia musiałaby zostać wyłączona, a kawałek miasta zostałby zalany - wspomina. W jej uratowaniu pomogły sprowadzone z Krakowa dwie pompy, co nie było takie łatwe. - Żeby je otrzymać, musiałem użyć niecenzuralnych słów,: nie chciano ich wydać z magazynu, gdzie stały nieużywane, bo i tam przygotowywano się na wielką wodę. Mimo że wały były nadwyrężone, poziom wody wysoki, i mimo powodzi z 1996, miasto udało się uratować. Kilka dni później„tąpnęło” na moście kolejowym na rzece Sole, który musieliśmy odbudowywać - mówi nam Widzyk. (JM)

Jacek Folęga
Dziś redaktor naczelny w radiu Vanessa, wówczas współpracownik. Radio odegrało niesłychanie ważną rolę w akcji pomocowej powodzianom - przy braku prądu, telefonów - na bieżąco przekazywało mieszkańcom wszystkie informacje, które otrzymywali od sztabu przeciwpowodziowego. - Ludzie zostawiali na portierni przy bramie karteczki z informacjami. My jebraliśmy i treść przekazywaliśmy słuchaczom. To były różne informacje - ktoś kogoś szukał, ktoś potrzebował insuliny dla osoby chorej na cukrzycę. Czytaliśmy na antenie prosto z tych kartek, a było ich całe mnóstwo. W tych dniach nie było normalnej ramówki, wszystko było podporządkowane ewentualnym komunikatom - wspomina Jacek Folęga.

Na antenie informacji udzielali przedstawiciele sanepidu, zakładu energetycznego i gazowniczego, a także psycholodzy. - Cały czas docierały do nas informacje, że ktoś potrzebuje łódki, gdzieś trzeba dowieźć chleb, czy wspomnianą już insulinę dla ratowania chorego. W tym samym budynku mieścił się też sztab CB radia. Ludzie, którzy obsługiwali ten sprzęt, również własnymi torami przekazywali najważniejsze informacje. Teraz wspominam to jakby przez mgłę, ale pewne rzeczy pamiętam dokładnie, jak choćby te karteczki od mieszkańców.

Andrzej Markowiak
W 1997 roku był prezydentem Raciborza, które niemal w całości znalazło się pod wodą - na Śląsku straty tam były największe. Dziś jest na emeryturze, ale nadal mieszka w Raciborzu. - 6 lipca, bodajże była to niedziela, dotarła do nas informacja z urzędu rejonowego. Faks, że wojewoda wprowadził alarm powodziowy. Na podstawie tego faksu trudno było ocenić rozmiar zagrożenia. Nikt sobie wtedy jednak nie wyobrażał takiej katastrofy, jaka nastąpiła kilkadziesiąt godzin później, nie było żadnej informacji o stanach wód, nadchodzącej fali kulminacyjnej - wspomina. Przypomina, że z początku był chaos, wszyscy uczyli się działania na tym nieszczęściu. Dziś ocenia, że procedury wówczas obowiązujące były słabe. - Byliśmy słabo przygotowani. Nie tylko my, służby miejskie, ale wojewody też. Systemy przeciwpowodziowe działały w Polsce wówczas trochę teoretycznie. Nie zawsze członkowie komitetów przeciwpowodziowych mieli pojęcie, z czym przyjdzie się zmierzyć. Nikt nie był wtedy w stanie określić rzeczywistych działań, które trzeba było wprowadzić, zmagając się z falą, która w historii Raciborza, Polski, była niespotykana - wspomina. A potem? Szacowanie strat po zejściu wody, organizacja pomocy, zaangażowany cały urząd. - Ludzie byli przerażeni zniszczeniami swojego majątku. 9 lipca wysłałem faks do ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza informując go, że sytuacja jest zła i własnymi siłami nie damy sobie rady ze skutkami powodzi - dodaje. Minęło 20 lat, a my nadal nie mamy zbiornika Racibórz Dolny. - Jeśli tego zbiornika nie wybudujemy, w przypadku takiego kataklizmu będzie podobnie. Będzie to trochę rozciągnięte w czasie, bo napełnianie poldera Buków będzie trwało, ale niedługo - ocenia (JACK)

Janusz Skulich
20 lat temu był świeżo upieczonym naczelnikiem wydziału operacyjnego Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej.

- To był dla mnie pierwszy ważny sprawdzian, dotyczący organizacji tak dużego przedsięwzięcia, w którym liczyła się dobra koordynacja działania wszystkich służb ratowniczych - wspomina dziś generał Skulich. - Po raz pierwszy widziałem, jak wielką skalę może przybrać powódź, gdy nie widać drugiego brzegu rzeki. Pracowaliśmy wtedy na okrągło, wręcz zamieszkaliśmy w komendzie, bardzo dużo czasu działaliśmy też w terenie. Odbyłem wiele lotów śmigłowcem. Ewakuowaliśmy ludzi i sprawdzaliśmy, jaki obszar zajmuje woda - opowiada.

Generał Skulich 33 lata służył w PSP. Jeszcze niedawno szefował Rządowemu Centrum Bezpieczeństwa. Był zastępcą komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej. W 2006 roku dowódził akcji ratowniczej na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich. Dziś jest doradcą prezydenta Jaworzna ds. bezpieczeństwa. Współpracuje przy opracowaniu planów strategicznych w tym zakresie, udziela się przy koordynacji imprez masowym na terenie miasta, organizuje kampanie edukacyjne nt. bezpieczeństwa w Jaworznie, wdraża system, oparty na nowoczesnych technologiach alarmowania itp. Jak przyznaje, ceni sobie tę pacę, bo pozwala mu spojrzeć z innej perspektywy na rozwiązania organizacyjne, dotyczące bezpieczeństwa i koordynacji działań, wprowadzanych na skalę całego kraju. - Widzę je teraz tak jakby oddolnie i zbieram nowe doświadczenia - zaznacza. ZIELA

Krystyna Durczok
W 1997 roku była wójtem Gorzyc. Dziś jestem na emeryturze. Z okna mojego domu widzę tereny, które wówczas zalała Odra. - Olbrzymi dramat. Już 6 lipca wiele wskazywało na to, że dojdzie do powodzi. Stojąc na wałach widziałam, jak rzeka sięga ich korony. Czułam olbrzymi strach. Ogłoszono alarm przeciwpowodziowy, pod moim kierownictwem w gminie działał też specjalny komitet przeciwpowodziowy. Wtedy też rozpoczęły się dyżury w Urzędzie Gminy - opowiada. Od 6 lipca z komendantem policji jeździła po zagrożonych terenach i namawiała do ewakuacji mieszkańców. Przygotowano dla nich miejsca m.in. w Szkole Podstawowej w Gorzycach. To tereny zalewowe, większość ludzi pamiętała powodzie. Wielu zostało w swoich domach. - W momencie przerwania wałów byłam służbowym polonezem, niedaleko Wiejskiego Domu Kultury w Olzie. Samochodem uciekałam przed wodą. Wracałam do Urzędu Gminy, gdzie działał sztab. Bałam się, że fala odetnie mi drogę. Modliłam się też o to, żeby nikomu nic się nie stało. Akcję ratowniczą i ewakuacyjną prowadziliśmy do samego końca. Sama trzy dni nie wracałam do domu. Cały czas byłam w urzędzie lub w terenie. Odpoczywało się na fotelu, podłodze. O śnie nie było mowy, ciągle dzwoniły telefony - wspomina. Jako wójt nie miała zastępcy. W dyżurach i pracy bardzo pomógł jej Stanisław Sitek, ówczesny przewodniczący rady gminy. Olbrzymim poświęceniem wykazywali się strażacy, policjanci, żołnierze, mieszkańcy. - Straszne było to, co woda odsłoniła. Zniszczone domy, budynki gospodarcze, szkoły, drogi i pola uprawne.Sprzątanie, remonty i odbudowa trwały trzy lata. Pomoc szła z wielu stron: od państwa, instytucji, organizacji, prywatnych firm i mieszkańców. Potem bardzo długo walczyliśmy o odbudowę wałów - wspomina. (AREK)

Józef Sosnecki
Mieszkaniec Olzy, w gminie Gorzyce (powiat wodzisławski). Jego dom został zalany. Dziś jest sołtysem Olzy. Od lat apeluje o zastąpienie wrót śluzą, ale też o czyszczenie i utrzymywanie w odpowiednim stanie wszystkich kanałów i rowów w Olzie. - W przeciwnym razie cały czas będziemy zalewani przy większych opadach. - W niedzielę zamknęły się wrota oddzielające Odrę od wód spływających z pól (red. wrota zamykają się przy wysokim poziomie Odry, aby nie zalać Olzy). To był sygnał, że wody jest za dużo, zazwyczaj zamykały się po kilku dniach opadów. W poniedziałek wróciłem z pracy, poszedłem na wały i zobaczyłem, że jest ciężko. Wynosiliśmy co się dało na piętro. Od wieczora do północy woda podeszła pod koronę wału. Kilka godzin później już nie można było wejść na most. O 5.30 wziąłem rower i pojechałem w kierunku wałów. Wiedziałem, że nie uratujemy się przed powodzią. Woda praktycznie się przelewała. Przejechałem wzdłuż wału na rowerze. Wał pracował, miałem wrażenie jakby pływał. Około 10.30 woda była u mnie na podwórku, ale wały jeszcze trzymały. Rodziców i żony nie było już w domu. Stałem i obserwowałem, do wałów od mojego domu jest około 150 metrów. W pewnym momencie woda zaczęła się przelewać przez wał. Po 12 usłyszałem huk, w wale zrobiła się szczelina , z każdą sekundą się powiększała, aż rozerwało go. Wziąłem rower i biegłem na drogę. Minęło może 20 sekund, a wody było już po pas. Zalało parter domu. Noc spędziłem u rodziny. Ale o spaniu nie było mowy. Rano zobaczyłem całą Olzę z wysokości pobliskich Rogów. Wszystko w wodzie. Woda zeszła i zaczęło się sprzątanie. 3, 4 lata trwała odbudowa - wspomina. (AREK)

Andrzej Kozera
Były dyrektor Zarządu Zieleni Miejskiej w Rybniku. W lipcu 1997 osunęła się część cmentarza komunalnego przy Rudziej w Rybniku. Dyrektor koordynował akcję umacniania pozostałej części cmentarza. Ówczesny prezydent Rybnika Józef Makosz podjął decyzję o wezwaniu na miejsce 5. Pułku Chemicznego z Tarnowskich Gór do odkażania terenu. Miastu groziła epidemia, bo woda wraz z ziemią zabrała blisko 300 grobów. - Choć minęło 20 lat od tych wydarzeń i wiele rzeczy się rozmywa, na zawsze pozostanie w pamięci widok tego rozlewiska i fragmentów ludzkich szczątków. Trzeba było działać szybko, by uchronić dalsze części cmentarza przed osunięciem. 21 lipca w skarpie pojawiła się wyrwa, którą zaczęła płynąć woda, ziemia, a potem ludzkie szczątki. Zniszczonych zostało ok. 60 grobów. Zaczęliśmy usypywać kamień z hałdy, aby umocnić skarpę. Dwa dni później skarpa nie wytrzymała i runęła do jaru, a na dole utworzyło się rozlewisko. Runęło ponad 200 grobów - wspomina. W pomoc zaangażowała się firma Transgór, która na cmentarz zadysponowała ciężki sprzęt do zwożenia i usypywania kamienia z chwałowickiej hałdy. - Prezydent wezwał wojska chemiczne z Tarnowskich Gór, bo istniało wysokie zagrożenie epidemiologiczne. Od razu też zamknęliśmy teren dla osób postronnych. To była część cmentarza, reszta funkcjonowała, normalnie odbywały się pochówki. Dlatego było też wielu gapiów. Przy odkażaniu zużyto 1200 kg wapna - mówi. Ostatecznie udało się usypać z kamienia mocny nasyp oporowy. Szczątki ze zniszczonych grobów zebrano i pochowano w zbiorowej mogile. (SKA)

Zbigniew Meres
W czasie powodzi był komendantem Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Katowicach. Dowodził siłami wojewódzkiego systemu ratowniczo-gaśniczego w naszym regionie . - Zarówno powódź w 1997 roku, jak i pożar w Kuźni Raciborskiej były największymi tak poważnymi zdarzeniami na terenie byłego województwa katowickiego - przyznaje gen. brygadier Zbigniew Meres. Walka z żywiołem trwała przez wiele dni.

- Pamiętam, jak nie spaliśmy bez przerwy aż cztery doby - wspomina. W pamięci najbardziej zapadł mu zerwany most w Bukowie. - Mieliśmy obawy, że zniszczeniu ulegną kolejne - opowiada. Przed oczami staje mu też widok zalanego w 60-procentach Raciborza. Woda wdarła się aż na rynek, pod sam kościół. - Pamiętam też dobrze zdarzenie, gdy strażacy nie mogli przez powódź dotrzeć do pożaru - mówi. Wspomina przy tym, jak duże napięcie panowało wtedy wśród służb ratowniczych. Chwali dobrze skoordynowaną akcję i działanie systemu ratowniczo-gaśniczego. Za osiągnięcia w dziedzinie ochrony przeciwpożarowej, bezpieczeństwa publicznego i ochrony ludności w 1997 roku awansował na stanowisko komendanta głównego PSP. Prowadził akcję przeciwpowodziową w Sandomierzu. Jest twórcą Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa i Ochrony Ludności. W stan spoczynku przeszedł w maju 2002 roku. Był dyrektorem Departamentu Bezpieczeństwa Powszechnego w MSWiA. Obecnie jest wiceprezesem zarządu głównego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP i prezesem Zarządu Oddziału Wojewódzkiego ZOSP RP. Jak przyznaje, służba innym ludziom to dla niego życiowa misja. ZIELA

Jacek Bombor, Arkadiusz Biernat

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.