Można być dobrym bezinteresownie i po ludzku. Tak jak Mirka spod Pszczyny

Czytaj dalej
Fot. tos
tos

Można być dobrym bezinteresownie i po ludzku. Tak jak Mirka spod Pszczyny

tos

Tamara i Masza przyjechały z Ukrainy do Polski do pracy. Masza nie zdążyła przepracować ani jednego dnia. Potrącił je samochód. Potem zaznały wiele zła i od Polaków, i od swoich. Aż poznały Mirkę.

Tamara i Masza przyjechały z Ukrainy do Polski do pracy. Masza nie zdążyła przepracować ani jednego dnia. Potrącił je samochód. Potem zaznały wiele zła i od Polaków, i od swoich. Aż poznały Mirkę.

To był ułamek sekundy. Chwilę później kobie-ty byłyby już po drugiej stronie ulicy Dworcowej w Pszczynie. Tamara, która przyjechała do Polski jako pierwsza i podjęła pracę w znanej w Pszczynie firmie z branży spożywczej ściągnęła tu starszą siostrę Maszę. 27 października 2017 odebrała ją z dworca, przez przejście dla pieszych na Dworcowej przechodziły idąc podpisać papiery z pracodawcą.

Nie dotarły. Na Dworcowej potrącił je fiat panda. Trafiły do szpitala. Tamara ze złamaną kością udową, Masza - w o wiele gorszym stanie - ze złamaną kością łonową. - Masza miała pracować w Żorach, ale cieszyłyśmy się, bo udało się załatwić, żebyśmy pracowały razem - opowiada Tamara, która z siostrą mieszka w Malinie. To miasteczko w połowie drogi między Kijowem a Żytomierzem. W obwodzie żytomierskim, który dziś naUkrainie jest największym skupiskiem Polaków. - Da, jest u nas polski kościół - potwierdza Masza.

Masza czołga się do łazienki

Wypadek w Pszczynie miał miejsce dwa lata temu 27 października. Dwa tygodnie później, 7 listopada, siostry wypisano ze szpitala. Czasu tam spędzonego nie wspominają miło. Obojętność to najlżejsze ze słów, których można użyć. Zdążyły oberwać za Wołyń, a starsi lekarze, którzy na pewno ze szkoły pamiętają coś po rosyjsku, próbowali cynicznie zagadywać do nich po niemiecku. Ale Tamara, mimo że z nogą na wyciągu, nie dała sobie w kaszę dmuchać. Pomogła też leżąca na tej samej sali inna pacjentka, pani Celina. Przychodziło też starsze małżeństwo z Ukrainy, które przyjechało do Polski zarobić na remont domu. Przynoszą tabliczkę czekolady i 20 złotych. Na tyle mogą sobie pozwolić. Ale przyszedł dzień wyjścia ze szpitala. Siostry trafiają do hotelu robotniczego, gdzie Tamara mieszkała wcześniej. W hotelu prawie sami Ukraińcy, którzy taka samo jak one z biedy przyjechali dorobić. Ale kobiety znów spotyka totalna obojętność, a nawet odtrącenie. Tym razem ze strony swoich. Tamara na leżąco musi czołgać się do łazienki. Za chwilę przychodzi większy cios. Okazuje się, że mimo tego, że są wolne pokoje, miejsca dla poruszającej się o kulach Maszy tu nie ma. A Tamara ma się stąd wynieść do piątku! A potem nie żeby jakaś rehabilitacja, tylko do zwykłego busa i na Ukrainę. Jeden z lekarzy mówi potem, że kobieta w tym stanie mogłaby nie dojechać nawet do granicy.Ale Tamara się nie poddaje. Po pomoc dzwoni do ukraińskiego konsula, ale ten mówi, że nie wie, gdzie jest takie miasto jak Pszczyna. Siostry jeszcze dzisiaj irytują się wspominając, co od niego usłyszały. Kolejne telefony Tamara wykonuje do znajomych kobiet, które poznała w pracy. Pyta, czy nie mogłyby z siostrą u kogoś na moment zamieszkać.

Mirka decyduje: zabieram obie siostry

Mirka mieszka pod Pszczyną, w Rudołtowicach. Kiedy do niej jadę, widzę stado owiec, które pasie się przy drodze. Dzwonię do niej, aby pokierowała mnie do siebie i za punkt lokalizacyjny podaję właśnie te „barany”.

- Barany? - oburza się. - To moje waldusie - śmieje się.

Okazuje się, że mieszka obok. Oprócz owiec na pastwisku popodwórku spacerują też kury i kaczki. Leży też wielka sterta marchewek. To ulubiony przysmak „waldusiów”. Jest listopad 2019, straszny ziąb, więc szybko wchodzimy do domu. W kominku bucha ogień, po pokoju przechadza się czarna kotka Maja. W środku niespodzianka. U Mirki są już Tamara i Masza. Przyjechały na święta. To właśnie do Mirki obie siostry trafiły po tym, jak zostały wyrzucone z hotelu robotniczego. Jak to się stało? Najpierw wzięła do domu Maszę. - Sąsiadka brata, która z Tamarą pracowała, zadzwoniła do niego i powiedziała, że szuka miejsca na dwie noce dla Maszy. Brat zadzwonił do mnie. Pojechałam do Pszczyny. Masza przykuśtykała do samochodu. Bała się, bo zostawiła Tamarę samą - opowiada Mirka. - Nienawidziłam rosyjskiego, ale dzięki pani prof. Stasiak z LO im. Chrobrego w Pszczynie się go nauczyłam. Przydał się - wspomina.

Ale mimo to barierę językową czuć. Masza przez całą pierwszą noc nie śpi, chodzi i płacze. Bo Tamara została sama, bo trzeba jej zmieniać pampersy i się nią opiekować. Mirka nie zastanawia się. Postanawia zabrać do siebie również drugą z sióstr.

- Będzie święty spokój, przynajmniej się wyśpimy - śmieje się dzisiaj na to wspomnienie.

Skrzyknęła ludzi z hotelu robotniczego, posadzili Tamarę na krześle, z krzesła przesadzili do auta, już w Rudołtowicach przedostać jej się do domu pomagają sąsiedzi. Pierwsze dwa tygodnie to jeden płacz. „Mirka, my nikto” - szlochają siostry. - Wstyd mi było za Polaków, że tak się w stosunku do nich zachowali - mówi gorzko Mirka. - Potem pomyślałam: daję im dach nad głową i jedzenie, a co z rehabilitacją? Zaczęłam dzwonić po znajomych i... zaczęłam być dumna z Polaków. Pomogli też sąsiedzi. Przynosili pampersy, proszki. Łańcuszek pomocy uruchomił też proboszcz. Gdybym wykupiła stronę gazety, żeby wszystkim podziękować, to chyba nie starczyłoby miejsca - mówi.

Siostry pomału dochodzą do siebie. Leżąc w łóżku czasem zwyczajnie po ludzku im się nudzi. Mirka pyta, czym się interesują. Masza lubi haftować, więc dostaje zestaw do wyszywania i tym się zajmuje. Tamara ciągle powtarza słowo biser. Mirka nie wie, o co chodzi. Dopiero dzięki internetowi dowiaduje się, że chodzi o wyszywanie przy pomocy maleńkich koralików nawlekanych na jeszcze mniejszą igłę. Niebawem i Tamara ma się czym zająć. Teraz na ścianie u Mirki wiszą wyhaftowane maki i równie piękne święte obrazki wykonane z precyzyjnie wszytych obok siebie koralików.

Czas mija. Koledzy, z którymi pracowała Tamara przynoszą zebrane przez siebie pieniądze. Ta-marze potrzebne są kule, a Maszy orteza, dlatego na pewno się przydadzą. Pracownicy zakładu chcą zorganizować zbiórkę i wystawić puszkę, ale pracodawca się nie zgadza. U Mirki siostry mają być góra sześć tygodni. - Zostały na całe życie - wzrusza się kobieta. Mirka mówi, że ma czterech braci, a teraz również i dwie siostry. - Kiedy wydobrzały i wracały do siebie i wsadzałam je w Katowicach do autobusu, inni pytali: A to kto? Wasz pracodawca? Bo to zwykle pracodawca odwozi pracowników na autobus. A one odpowiedziały: Nie, to nasza Mirka. Ona uratowała nam życie - dodaje, ale podkreśla, że nie uważa się za bohaterkę. - Bycie dobrym to ideał, który trudno osiągnąć. Ale jeżeli zrobi się coś dla kogoś, to widać, ile dobra można sprawić. Zyskałam dwie dobre dusze i chociażby dlatego było warto. Nigdy nie wiemy, w kim jest Pan Jezus - mówi.

Jeszcze w szpitalu do Tamary i Maszy zagląda ksiądz. Gdy roznosi chorym komunię, dowiaduje się, że to Ukrainki. Pyta, czy są katoliczkami czy prawosławne. - A co to za różnica?! - odpowiada mu Tamara. - Pan Bóg jest ten sam dla wszystkich - dodaje. Jednak Boże Narodzenie Tamara, Masza i Mirka obchodzić będą dwa razy. Grudniowa Wigilia upłynie pod znakiem karpia, styczniowa pod znakiem ukraińskich potraw. - Będzie ucha, czyli zupa grzybowo-rybna i szuba, czyli sałatka śledziowa z czerwonym burakiem - mówi Masza.

Siostry zadomowiły się już u Mirki i na Śląsku. Gdy są na Ukrainie, codziennie dzwonią z pytaniem, co u niej i u sąsiadów. Gdy rozmawiamy, Tamara do swojego ukraińskiego wplata śląskie „kaj”. Na Ukrainie kobieta dostała rentę. To 1500 hrywien, czyli raptem około 200 złotych. Masza jest już emerytką, ale wcale nie ma większych dochodów. Jedyne pocieszenie to subsydia, czyli to, że państwo płaci emerytom i rencistom za gaz i prąd. Tamarze przydałaby się endoproteza, ale na Ukrainie to koszt 100 tysięcy hrywien plus łapówki dla lekarzy i pielęgniarek. Kobieta nawet nie liczy, ile lat musiałaby żyć, żeby na taką operację uzbierać. Po wypadku jedną z nóg ma o 3 centymetry krótszą.

Mirka za swój czyn została uhonorowana nagrodą im. Jana Rodowicza „Anody”, a także wyróżniona przez starostę pszczyńską. Teraz Tamara i Masza pomagają jej się opiekować owcami.

Kiedy dwa lata temu Tamara przyjechała do Polski, zamieszkała właśnie w Rudołtowicach, gdzie w jednym domów, po drugiej stronie skrzyżowania, przy którym mieszka Mirka, jej pracodawca wynajmował pokoje. Gdy wyszła, widziała pasące się waldusie Mirki, której w ogóle jeszcze nie znała. Zrobiła zdjęcie i wysłała na Ukrainę do Maszy. Przeznaczenie?

tos

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.