Największy anioł świata wśród ludu Ache

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne o. Benjamina Remiorza
Katarzyna Domagała-Szymonek

Największy anioł świata wśród ludu Ache

Katarzyna Domagała-Szymonek

Gdy po raz pierwszy zajechałem do Paragwaju w 1994 roku, dziwiłem się, że na targu wśród marchewek i ziemniaków ktoś woła „ej, biały, kup sobie dziecko”. Prawdopodobnie, gdybym znał ich historię, kupiłbym kilkoro z nich -mówi ojciec Damian Cichy ze Zgromadzenia Słowa Bożego, czyli Księży Werbistów. Jeden z dwóch Ślązaków, którzy pomagali ratować Indian Ache.

Historia Indian Ache zaczyna się w latach 50. – 60. ubiegłego wieku. Wtedy na ich ślad trafił jeden z werbistów. Ponadpięćdziesięcioosobowa grupka wycieńczonych z głodu i zdesperowanych Indian, którzy nie wiedzieli, gdzie się podziać. Ich naturalny dom – las - zaczęto im zabierać pod budowę elektrowni i rozwój miast. Ache spychano dalej i dalej. Nigdy nie było dla nich wystarczająco miejsca. Ponieważ od zawsze żyli w lesie, myśleli, że on nie ma końca. Nie wiedzieli, co to ubrania. Nie znali cywilizacji. Nie widzieli białych ludzi. Gdy Paragwajczycy natrafili na nagich ludzi, wyłaniających się z lasu, uznali ich za dzikich. Nadano im przydomek dzikie szczury. Jednak przez sąsiadów traktowani byli o wiele gorzej niż szczury.

Od momentu wyjścia z lasu zaczęła się ich agonia. Mężczyźni byli mordowani, kobiety porywane i zmuszane do prac w domach paragwajskich, a dzieci były im odbierane i sprzedawane na targach. – Lud Ache mógł zniknąć z mapy świata – opowiada o nich w jubileuszowym filmie ojciec Benjamin Remiorz SVD z Rud Wielkich pod Raciborzem, który spędził z nimi 22 lata życia. Werbista, który natrafił na nich pierwszy zebrał zaledwie 50 -70 ocalałych osób. Po ponad 30 latach walki o Ache jest ich już ok. 1500. Mają własny teren, na którym założyli cztery czy pięć kolonii. Od wyginięcia uratowali ich księża werbiści, lokalny Kościół i różne organizacje świeckie. Wśród nich dotychczas pracowało osiem osób, z czego pięć to Polacy, m.in. dwóch Ślązaków – ojciec Damian Cichy z Wodzisławia Śląskiego oraz ojciec Benjamin Remiorz z Rud Wielkich pod Raciborzem.

Smiley face

W roku 1978 los Ache zostali zostali wynagrodzeni za swój tragiczny los. Od państwa i Kościoła dostali na własność 1600 hektarów ziemi. Na ten teren przeniosła się grupka ok. 150 Indian. To był początek nowego życia. – Indianie otrzymali od zgromadzenia i państwa dziewicze tereny, lasy, potoki – opowiada ojciec Benjamin. - Nazwali to miejsce Chupa Po’u, to znaczy nowy dom, nowe miejsce do życia. – By wszystko się udało, musieli zacząć od podstaw, czyli od zmiany trybu życia z wędrownego na osiadły –wyjaśnia ojciec Damian, który wśród Ache spędził niespełna dwa lata.

Ojciec Benjamin trafił do nich już w 1990 roku, dwa lata po święceniach kapłańskich, jako 30-letni mężczyzna. Wśród Ache spędził dwadzieścia dwa lata życia. – Rozpocząłem wtedy nowy etap w życiu misyjnym, wreszcie spełniły się moje marzenia i zostałem przeznaczony do pracy duszpasterskiej wśród Indian Ache, których poznałem na corocznych, wakacyjnych praktykach misyjnych – wspomina misjonarz z Rud Wielkich. Jednak ze Śląska wyjechał dużo wcześniej, bo już studiował w Paragwaju. W rodzinnych stronach jest rzadkim gościem. Na tęsknotę i samotność podobno nie miał czasu. – Wiadomo, że zawsze myśli się o rodzinie, jednak wśród Ache nie było czasu na smutek czy tęsknotę – opowiada werbista. – Są to ludzie pełni radości, optymizmu, chęci do działania, wdzięczni za pomoc. Nieraz człowiek musiał opędzać się od nich, by choć przez chwilę pobyć samemu. Miałem wrażenie, że oni moją pracę czasem wyolbrzymiali. Czułem się przez to jak największy anioł świata.

Oglądając film o ojcu Benjaminie widać, że był on jednym z Ache. Traktowali go jak członka rodziny, jak brata, którego zawsze można było poprosić o pomoc. Tę zdolność asymilacji werbiści zdobywają już podczas seminarium duchownego. By wyjeżdżać na misje uczą się siedem lat. Dlatego, jak podkreśla ojciec Damian, po takim czasie formacji w seminarium, Ślązak, który wyjeżdża na misję nie jest już tą samą osobą. Do misji przygotowywani są od pierwszych dni seminarium. W każdym roku mają ogromną ilość spotkań z misjonarzami, oglądają wystawy, starają się mieć bezpośredni kontakt z misjami. Do tego niezliczona ilość wykładów - zaczynając od historii misji, przez antropologię, kończąc na chorobach tropikalnych. – Ta śląskość zostaje głęboko w nas, ale misjonarz musi stać się obywatelem świata, obywatelem Kościoła powszechnego. Musi rozmyć swoją tożsamość, by spotkać się z innymi. Inaczej będzie to spotkanie dwóch ludzi i dwóch kultur. Nie o to nam chodzi. Chcemy stać się jednymi z nich, z ludzi, którym pomagamy - podkreśla. Decydując się na wyjazd do Indian Ache obaj wiedzieli, że zamieszkają w środku lasu, w małych, drewnianych domkach. Do najbliższych osad paragwajskich oddalonych o 3-4 km, czy do miasteczka 30-40 km zawsze prowadziła fatalna droga z czerwonej gliny.

Smiley face

Praca ewangelizacyjna wśród paragwajskich Indian była słabo zorganizowana. - Misjonarz był tym, który towarzyszył Indianom, jako brat, jako wysłannik Chrystusa, w walce z objawami śmierci, tej fizycznej, tej kulturowej, językowej i obyczajowej – wyjaśnia ojciec Benjamin. Jednak zanim zaczęli pracę stricte misyjną musieli uregulować kwestie podstawowe. Zaczęli od prawa do ziemi. Udało im się to osiągnąć. - Bez własnego terytorium ludzie są bezwzględni, w przypadku Ache zdarzył się cud, od 1978 roku byli panami u siebie. Mieli prawo ogrodzić i obronić teren otrzymany od Kościoła i państwa – wyjaśnia ojciec Damian. Kiedy udało się to wykonać, rozpoczęli pracę socjalną z Ache. Skupili się na przygotowaniu społecznym, na edukacji, na ich zdrowiu, rolnictwie czy doprowadzeniu do wioski prądu czy wody. - Moim zdaniem na tym etapie ich rozwoju sakramenty nie były aż tak ważne – uważa ojciec Benjamin. - Ważniejsze było to, by żyli jak chrześcijanie, by byli dobrymi ludźmi. Chrystus na sądzie ostatecznym nie zapyta nas czy byliśmy ochrzczeni, czy mieliśmy bierzmowanie. Zapyta co zrobiliśmy względem naszego bliźniego - dodaje.

Wyjście z lasu i kontakt z cywilizacją spowodował, że Ache, którzy nigdy nie chorowali, zaczęła doskwierać, np. grypa. W osadzie powstała lecznica. Choć i to zbyt dużo powiedziane. Rolę przychodni pełni mały kantorek, w którym pracuje kobieta po szkole pielęgniarskiej. Ona jako jedyna w wiosce wie, co komu dać. Na co więc umierali wcześniej? Starsze pokolenie opowiadało, że w przeszłości mieli czterech wrogów – jadowitego węża, tygrysa, wiatr (który łamał drzewa) i człowieka w zielonym ubraniu (wojskowych). Werbiści postawili na edukację. Wybudowali szkoły. Poziom nauczania w nich jest tak wysoki, że dzisiaj chcą się w nich uczyć dzieci z rodzin paragwajskich. – By to zrobić muszą się nauczyć choć trochę języka Ache – dodaje ojciec Damian.

Smiley face

O wiele trudniej było zachęcić lud Ache do zainwestowania w rolnictwo. – Nie mogli uwierzyć, że z ofiarowanych im nasion coś wyrośnie – wspomina ojciec Damian, który ze Śląska zabrał do Paragwaju nasiona marchewki. – Kto by na to czekał? – zastanawiali się Indianie. Księża jednak nie odpuszczali, po wielu bojach wygrali. Obok domków pojawiły się zasiane pola. Mimo, że Ache nie znali rolnictwa, po wyjściu z lasu, nie brakowało im jedzenia. – W Paragwaju klimat sprzyja roślinności, gdzie człowiek nie spojrzy rośnie maniok, jest dużo owoców, do tego Ache żywią się tym, co upolują w lesie – opowiada duchowny z Wodzisławia.

Smiley face

Misjonarze długo zastanawiali się nad doprowadzeniem do wioski prądu. W ostatnich latach ulegli tej pokusie. Sami nie mogą uwierzyć jak postawienie kilku słupów i pociągnięcie kilku kabli wpłynęło na życie Indian. - Nie wiesz czy za to dziękować czy przeklinać – przyznaje ojciec Damian. – Na początku zgodziliśmy się na dwie żarówki. Jedną w domu, drugą na zewnątrz. Jednak tak jak przewidywaliśmy, zaraz za nimi posypały się prośby o radio, telewizor, etc. – opowiada ojciec Damian.

Przez ponad 40 lat pracy duchownym udało się ochrzcić małą grupkę Indian Ache. Pozostali mają własną religię, bardzo zbliżoną do wierzeń ze Starego Testamentu. Gdy umrą ci dobrzy, idą do Boga. Ci źli do diabła. Są jakby chrześcijanami z natury. Jednak nasza religia uczy, że przyjęcie chrztu jest łaską. – Myślę, że powoli przychodzi ten czas, by im go zaproponować – mówi ojciec Damian. Tym samym ostatni cel ich misji zostanie spełniony.

Obecnie ojciec Damian pracuje w podwarszawskim Ośrodku Migranta „Fu Shenfu”. Pomaga m.in. 30 tysiącom Wietnamczyków, którzy pracują w Wólce Kosowskiej, Warszawie i okolicy. Zaś ojciec Benjamin od 2012 roku pracuje w parafialnej szkole podstawowej i średniej w La Paloma de Espiritu Santo, jakieś 170 km od swojej dawnej misji indiańskiej, doglądając ją od czasu do czasu.

Zdjęcia: archiwum prywatne ojca Benjamina Remiorza oraz ojca Damiana Cichego.

Katarzyna Domagała-Szymonek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.