Nie chcę Śląska sfanatyzowanego, izolującego się od Polski [ROZMOWA]

Czytaj dalej
Katarzyna Pachelska

Nie chcę Śląska sfanatyzowanego, izolującego się od Polski [ROZMOWA]

Katarzyna Pachelska

Z Tadeuszem Kijonką, poetą, dziennikarzem, posłem na Sejm RP dwóch kadencji, przez 18 lat redaktorem naczelnym miesięcznika "Śląsk" rozmawia Katarzyna Pachelska.

Pan się czuje Ślązakiem?
Polakiem ze Śląska.

Mówią o panu: polonizator Śląska.
Kto, repolonizator?... Czyżby?... To niecny zarzut. Tak mogą mówić ci, którzy chcą wzniecić konflikty i napięcia. To najgorszy rodzaj szowinizmu i fanatyzmu. Jestem rodowitym Ślązakiem, polskim poetą ze Śląska, laureatem pewnej ilości cenionych nagród. Jestem też autorem wielu wierszy o tematyce narodowej, patriotycznej. A także wielu wierszy i kilku poematów wpisanych w Śląsk. Założyłem też z niczego pismo literackie, które pod znamiennym tytułem "Śląsk" prowadziłem przez 18 lat. Powołałem również Górnośląskie Towarzystwo Literackie w setną rocznicę utworzenia organizacji o tej nazwie. Moja rozległa publicystyka dotyczy też głównie Śląska i Ślązaków, zaś pod wszystkim co napisałem mogę się podpisać.

Kto tak może o panu mówić?
Ja mam oczywiście od początku krytyczny stosunek do Ruchu Autonomii Śląska, bo uważam, że napięcia, które zostały sprowokowane, były do uniknięcia, ale przy innych działaniach i innej strategii. Za jednego z największych repolonizatorów Śląska uchodzi teraz znakomity krytyk i literaturoznawca Zdzisław Hierowski, który się pojawił tutaj po podziale Śląska, gdy jego rodzice osiedli w Siemianowicach Śląskich. On sam po ukończeniu gimnazjum poszedł na studia do Krakowa, potem objawił się jako krytyk literacki. Z nastaniem okupacji ukrywał się, ale po II wojnie wrócił do Katowic i był autorem bardzo interesującego szkicu o odbudowie kulturalnej odzyskanego Śląska. To dziadek Jerzego Gorzelika, który dość niechętnie podtrzymuje pamięć o swoim wielkim dziadku... Ja repolonizatorem? A co niby mam repolonizować, skoro Śląsk jest polski.

Pana przeciwnicy twierdzą, że Śląsk jest śląski.
To skrajnie jednostronna opinia. Na razie narobili dużo szkód, bo Śląsk tak myślący, fanatyczny i zapiekły w swoim partykularyzmie jest osądzany w Polsce bardzo krytycznie. Co innego rozwój kultury regionalnej, poczucie tożsamości regionalnej. Na to wszystko jest miejsce, lecz co innego, gdy autonomia jest prezentowana jako wzór na przykładzie Katalonii czy Szkocji. A tam coraz wyraźniej chodzi o oderwanie tych regionów od państwa. Myślę, że Śląsk spotkało tyle różnego rodzaju przykrych doświadczeń, że ważniejszym celem jest jedność państwa i symbioza działań. Gruntownemu rozważeniu racji i argumentów śląskich na pewno nie służą antypolskie oskarżenia i zapiekły antypolonizm prezentowany przy byle okazji. Ja przestałem się wypowiadać w tych sprawach, ponieważ nie ma już tolerancji. Natomiast Ślązak, który powie o sobie, że jest Polakiem, jest negowany. Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że nigdy nie miałem problemów z tożsamością. Kiedy bywam pytany kim jestem, zawsze mówiłem i mówię: rybniczaninem z Radlina, Ślązakiem z rybnickiego, Polakiem ze Śląska. W tej formule wszystko mi się mieści.

Co pan myśli o uznaniu Ślązaków za mniejszość etniczną i o staraniach podejmowanych w tym kierunku?
Za mniejszość etniczną uznać można, skoro w Polsce jest bodaj pięć takich mniejszości. Tak samo język śląski może zyskać status języka regionalnego. Ale właśnie – jaki ten język śląski​ ma być? Jak dotąd nie udało się przez kilkanaście lat go skodyfikować. A gwar śląskich jest kilkanaście, jak skonstruować z tego jeden wspólny język regionalny? Należy to zostawić swobodnemu biegowi rzeczy. Gdyby nie zaczęło się to wszystko od tego nieszczęsnego wydarzenia z powołaniem Związku Ludności Narodowości Śląskiej, narodowości, powtarzam, to sytuacja mogłaby się inaczej ułożyć. Przez to od kilkunastu już lat ciągle tkwimy w konfliktach. Takie prowokacje, jak w Rybniku, kiedy jakiś oszołom próbował doprowadzić do zdjęcia patronatu powstańców śląskich z zasłużonego gimnazjum, nie powinny mieć miejsca. Kiedy byłem posłem, to właśnie ja pierwszy w Sejmie użyłem określenia „kolonia wewnętrzna” na Śląsku w odniesieniu do polityki gospodarczej i społecznej. Byłem bardzo stanowczym obrońcą racji i interesów śląskich. Teraz tego już nie przywołuję, bo sprawy poszły za daleko. Likwidacja śląskiego przemysłu na tę skalę na pewno nie powinna się była zdarzyć, rekonstrukcja gospodarki nie tak miała wyglądać. Zbyt pośpiesznie i zbyt płytko to zrealizowano. Tak, to było tragedią, która doprowadziła do masowego bezrobocia i społecznego wykluczenia. Zaś wszystko zaczęło się od 45 r., gdy tylu Ślązaków w różnych okresach opuściło Śląsk. Sprawom tym jako publicysta poświęciłem wiele uwagi na długo przed rokiem 1990. Teraz zaś nie chcę Śląska sfanatyzowanego,prącego do izolacji, który w granicach Polski będzie ciałem piekącym.

W pańskim domu rodzinnym mówiło się po śląsku?
Ja nie wiedziałem, czy to śląski, bo mówiło się tak, jak się mówiło. Dziś wiem, że to był śląski wzbogacony polszczyzną literacką. To wynikało z tego, że w naszym domu zawsze się dużo czytało. Mama była rozśpiewana, rozpoczynała dzień od "kiedy ranne wstają zorze". Nauczyłem się w tych latach wiele pieśni patriotycznych. Mój repertuar pieśniarski pod tym względem był imponujący. Już kiedy byłem na studiach polonistycznych w Krakowie koledzy pytali: Skąd ty tyle tych pieśni znasz, lwowskie, wileńskie... Polski był dom matki i nasz też taki był.

A dom ojca?
Był bardzo polski. To był dom górnika, wtedy inwalidy z Dziećmorowic nad Olzą. Brat dziadka, który wyjechał na roboty, nie założył rodziny, pieniądze przeznaczał na wsparcie budowy polskiej szkoły w tej miejscowości. To był dom, który się potem przełamał. Rzeką rozłąki i tęsknoty pozostała na zawsze Olza. Były problemy, by udać się na pogrzeb w okresie, gdy o przepustkę było trudno. W domu funkcjonowała legenda ojca, który w 1938 r., w oddziale zwiadowców, uczestniczył w odzyskaniu Zaolzia. Ot, nagle zniknął z domu, bez zapowiedzi. Potem nagle się pojawił w trakcie defilady w Wodzisławiu czy Rybniku. Ma też dla mnie znaczenie, że moja żona, Zofia, jest z ojca i matki Zaolzianką i należy do wielkiego rodu Guziurów. Dodam, że mama mojej żony spędziła 5 lat w Ravensbrück jako zakładniczka za swojego brata, czołowego działacza ZWZ na Zaolziu. Te wątki i losy polskie w mojej rodzinie są, jak widać, bardzo gęste i zasadnicze.

Miał pan dość traumatyczne dzieciństwo, jeśli spojrzeć na nie z dzisiejszej perspektywy...
Rodzice nie przyjęli volkslisty. To było w ich przypadku oczywiste, ponieważ mama była córką Józefa Kojzara, "polskiego króla", jak go nazywano. W Rowniu pod Żorami dziadek był pierwszym polskim wójtem wybranym w 1919 roku i był nim do 1939 r. To był człowiek ogromnie zasadniczy, niezłomny w swoich postanowieniach, organizował POW, był cywilnym komisarzem powstańczym w III powstaniu obejmującym rejon wielu wsi. To rzutowało też na to, jak się rodzina zachowywała. Matka była jego córką, zaś jeśli chodzi o jej polskość, to była to taka polskość żarliwa. Z kolei mój ojciec był uchodźcą z Zaolzia. Jako 19-letni chłopak uczestniczył w samoobronie Śląska Cieszyńskiego. Już na Zaolzie nie wrócił, uszedł z wyrokiem, znalazł się potem w wojsku polskim, jeszcze na koniec trafił do powstania. Kiedy rodzice osiedli w Radlinie i tam się urządzili, demonstrowali zawsze kim są. Z pierwszych kilku lat II wojny pamiętam nieustanne rewizje i kontrole. Którejś nocy w głębokim śnie w domu pojawiło się gestapo. Nie miałem wtedy nawet 7 lat, brat kończył drugi rok życia. Rodzice zostali zabrani z domu, a myśmy mieli zostać przekazani jakiejś rodzinie w głębi Niemiec. Jest cudem to, że rodzice ocaleli. Kiedy odbywało się przesłuchanie w gestapo rybnickim, a gestapowcy wyszli na papierosa, protokolantka Łucja Wróbel z Popielowa powiedziała do mamy: Pani Kijonkowo, oni nic o wos nie wiedzom. Wy się do niczego nie przyznowejcie... To był punkt zasadniczy w trwających przesłuchaniach. Dzięki temu rodzice ocaleli.

Jak to się stało, że pan i młodszy brat jednak nie zostaliście wywiezieni do Niemiec?
To był cały łańcuszek przysług, który zakończył się otrzymaniem przez Łucję i Pawła Grabarczyków, przybranych starzyków, dokumentu o przekazaniu nas im na wychowanie. Ten dokument ocalał i stanowi dla mnie swoistą świętość. To nas ochroniło przed wywózką. Myśmy tam u starzyków doczekali prawie do końca wojny. Miałem dzieciństwo można powiedzieć, że przygnębiające, ale ja tego tak nie pamiętam. Było sporo miłych zdarzeń, serdeczności sąsiadów, miałem wielu kolegów, sporo czasu przebywałem w naturalnym krajobrazie. U starki i starzyka Grabarczyków było nam dobrze, choć biednie. Lecz głodu nigdy nie zaznaliśmy. Oni mieli kozy, wychowałem się na kozim mleku. Hodowali gęsi, trzymali kury i zawsze w chlewiku prosiaka. Co ciekawe, ja się właściwie urodziłem w domu Grabarczyków, tam był odebrany mój poród. Moja położna, czyli hebama, nazywała się Krypczykowa. Chodziła z taką wielką torbą po Radlinie. Co jest w tej torbie – było zawsze tajemnicą. Ja w tych czasach nie miałem pojęcia, skąd biorą się dzieci. Byłem długo przekonany, że to robota bocianów.

Dla takich małych dzieci sytuacja, gdy rodzice nagle znikają musiała być traumatyczna?
Trawił nas długo lęk przed wywiezieniem. Przez pewien czas byliśmy pod stałą obserwacją Czerwonego Krzyża, czy jesteśmy dobrze prowadzeni, czy w domu jest czysto. Nasza starka, Łucja Grabarczyk, robiła wszystko co mogła, by nie było pretekstu, żeby nas od niej zabrać. Jednocześnie dla sąsiadów w Radlinie Dolnym byliśmy dziećmi, którym należała się opieka, serdeczność.

Chronili was?
Tak. To, że doszło do tej pisemnej decyzji o przekazaniu nas Grabarczykom było efektem wielu starań: mojego chrzestnego Jana Waltera, który był przed wojną nauczycielem w szkole radlińskiej, z wykształcenia germanistą, księdza Ruty, proboszcza. Ileś tam ludzi dobrej woli zaangażowało się w to, by nas nie wywieziono do Niemiec.

Ile czekaliście na rodziców?
Długie miesiące. Aresztowani byli 21 maja 1944 r., pojawili się z powrotem na przełomie 44/45 roku. Nie udowodniono im bowiem niczego, a już likwidowane było Auschwitz, więc ograniczono dopływ więźniów do obozu. To czas, gdy zaczynały się marsze śmierci, które ja z tamtych lat pamiętam. Rodzice przebywali przez ten czas w gestapowskim więzieniu w Rybniku, skąd byli kierowani do pracy.

Jak i skąd wiedzieliście, że rodzice w ogóle żyją, gdzie są?
Przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy, gdzie są rodzice. Najmłodszy brat mamy, Rumold, który był przebojowym chłopakiem, zmówił się z rzeźnikiem, który woził mięso do więzienia, że zabierze się tam z nim i spróbuje się czegoś wywiedzieć. Wjeżdżają więc na plac i oto widzi, że mój ojciec rąbie drewno. Już coś się wyjaśniło. Ale ja nie chciałem dać wiary do końca, musiałem mieć dowód. Nie było innego wyjścia niż to, by w określonym czasie mnie podprowadzono na drugą stronę chodnika pod bramę więzienia, gdy będą wyprowadzać więźniów, wtedy zobaczę matkę z ojcem. Synowa tych moich zacnych Grabarczyków, Róża, się tego podjęła, i ja musiałem przysiąść vor Gott, że się nie zdradzę, nie wyrwę do rodziców. Mam siedem lat, wytrzymałem to. Już wiedziałem, widziałem że żyją.

Jak było tuż po wojnie? To były trudne czasy?
Tak i nie. To były czasy wielkiego entuzjazmu. Nawet pamiętam taką historię, że wcześniej mamie bliska znajoma nie chciała oddać maszyny do szycia wziętej na przechowanie. Gdy front się zbliżał, sama przyszła do nas, by oddać maszynę. Ta maszyna obszyła w polskie flagi pół Radlina. To był jednocześnie czas wielkich napięć i na swój sposób okrutny. Z mojego Radlina widziałem bombardowanie i pożar Wodzisławia, to w linii prostej były 2-3 kilometry. Rosyjskie wojsko było nastawione na grabież, gwałty, ale nie wszyscy. Pierwsi żołnierze frontowi zachowywali się inaczej, najgorzej – odwody. Sam fakt, że jest już Polska, jest polski język, dla nas był bardzo ważny. Czas okupacji pamiętam jako lato niedostatku. Myśmy jako "P" mieli kartki żywnościowe z ograniczonymi normami, przysługiwało nam mleko odchudzone. Na szczęście starka miała kozy a starzykowie prowadzili małe gospodarstwo.

Mieszkaliście po wojnie w Radlinie?
Coś około roku. Później rodzice przenieśli się do Rybnika, gdzie prowadzili zakład fryzjerski. Lecz wnet nastały trudne lata gdy nastały czasy likwidacji tzw. prywatnej inicjatywy, do upadku stalinizmu.

Skąd pomysł, by wysłać pana do Technikum Budowy Maszyn Górniczych, skoro pańskie zainteresowania były inne niż techniczne?
Ojciec chciał, żebym szybko miał fach w ręku. Całymi seriami likwidowano wtedy prywatne rzemiosło. Ja sobie jakoś radziłem w technikum, choć nie była to szkoła odpowiadająca moim zainteresowaniom. Ale dotarłem do matury i zdobyłem zawód technika. To był czas cudownego koleżeństwa, koledzy byli solidni, prawi, uczynni. Szkołę powojenną pamiętam też jako okres biedy - wielu kolegów straciło ojca w czasie wojny i było półsierotami, ale też jako czasy ogromnej solidarności i serdeczności. Byłem też żarliwym harcerzem, jak mój brat. Dla mnie harcerstwo było związane z silnym poczuciem więzi grupowej – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Lubiłem śpiewać i maszerować, biwaki i ogniska.

Przyniósł pan na nasze spotkanie swoje stare zeszyty z technikum. Po co?
To nie są zwykłe zeszyty. Proszę spojrzeć - we wszystkich zeszytach, które ocalały z tamtych czasów, pierwszą część stanowią zapiski z technicznych przedmiotów, takich jak odlewnictwo, maszynoznawstwo, spawalnictwo, obróbka skrawaniem, maszyny górnicze... zaś od tyłu pisałem wiersze.

Na lekcjach pan pisał?
Często na lekcjach. Na kolanach miałem rozłożony zeszyt, pisałem jak już miałem poczucie bezpieczeństwa, gdy już zostaliśmy przepytani.

Pamięta pan siebie z okresu, gdy pisał pan pierwsze sonety, gdy miał 15 lat?
Byłem wrażliwy i oczytany. U nas w domu trwała tradycja czytania na głos. Po kolacji, a tę jedliśmy zawsze razem, mama, która ładnie czytała, zawsze z takim wzruszeniem, zabierała się do czytania. To był pewien rytuał. Myśmy w domu nie mieli wtedy radia. Kiedyś mieliśmy, ale rodzice odsprzedali je, bo reprezentowali podejrzaną wówczas tzw. prywatną inicjatywę. Ponieważ byli więźniami politycznymi spod znaku AK, chodziło więc o to, by uniknąć zagrożenia związanego z rewizjami, a radio mogło stać się dowodem słuchania Wolnej Europy czy Głosu Ameryki. Mieliśmy natomiast kołchoźnik, czyli radiowęzeł, dzięki któremu wysłuchałem kiedyś, leżąc chorym w łóżku, cały Konkurs Chopinowski. Ale wracając do pytania – już w roku 1946 chodziłem do szkoły muzycznej w Rybniku, byłem obdarzony bardzo dobrym słuchem i być może poszedłbym głębiej w muzykę, gdyby nie to, że jednocześnie uczęszczałem do technikum. Co tydzień mieliśmy jeden dzień praktyki zawodowej, np. w kuźni, przy imadle czy obrabiarkach. Przez to moje ręce były inne niż do klawiatury. Na dodatek latem mieliśmy miesięczną praktykę w Rybnickiej Fabryce Maszyn. Mnie przydarzyła się raz w kuźni i odlewni. Jak zjawiłem się w szkole muzycznej, to moja nauczycielka, która szykowała mnie na popisy z poważnym programem, tylko załamywała ręce, patrząc na moje dłonie. Być może mógłbym zostać pianistą, z kolei młodszy brat grał na skrzypcach. Urządzaliśmy w domu często rodzinne koncerty. Jak była wiosna czy lato, to otwieraliśmy okna. Sąsiedzi siadali na ławkach przed domem i słuchali jak Tadzio i Edzio grają.

To skąd ta poezja?
Poezja pojawiła się jako naturalny język wypowiedzi. Jak siebie długo pamiętam, to zapisywałem wiersze. Już w szkole podstawowej składałem je. Myśmy w technikum mieli ograniczony program z języka polskiego. Nie stanowiło to dla mnie poetyckiej podniety. Moje najstarsze wiersze - o proszę spojrzeć - pochodzą z IIb. Odkryłem w tych odnalezionych zeszytach też pierwszy mój wiersz, który ukazał się drukiem. W moim pierwszym tomiku, okazuje się, że miał fałszywą datę: rok 1955 r., gdy tak naprawdę był napisany w 52 r. To wiersz 15-letniego chłopca, napisany w mrocznej szekspirowskiej tonacji. Z tamtego okresu pochodzą też moje pierwsze sonety, rozgorączkowane, utrzymane w młodopolskiej manierze. Potem już nigdy sonetów nie pisałem. Tak jak przypadkowo wszedłem w młodzieńcze sonety, tak przypadkowo do nich wróciłem kilka lat temu.

Jak można przypadkowo wrócić do pisania sonetów?
Zaczęły mi się po prostu jakby same pisać, a ja w naturalny sposób mieściłem się w tej formie. Zasadziłem kiedyś przy domu siedem brzóz. Jesienią brzozy sypią liśćmi. Pewnego dnia wchodzę do przedsionka i zaczęło się: "Wtargnęły za mną z wiatrem liście porzucone, przywierają do ramion, ścielą się pod stopy, co jesień, kto jak jesień zmierza moim tropem i osacza jak w formie uwięziony sonet”. Po raz pierwszy pada tu słowo sonet. I dalej już poszło do samego końca, gdy w puencie kończę słowami: "Bo nie ona wyzwolenia... jak z formy sonetu". To był pierwszy sonet z tych 44, które złożyły się na „Sonety brynowskie”. Jest tu respektowana forma sonetu włoskiego. Wszystkie moje sonety, a nie spotkałem nigdy podobnego rozwiązania, kończą się puentą, w której sam sonet staje się bohaterem wiersza, a właściwie stanowi alter ego bohatera.

No tak, ale kto dzisiaj pisze sonety?
Owszem, powstają, choć raczej rzadko. Kiedyś wiele pięknych sonetów napisał Stanisław Grochowiak. Moje „44 sonety brynowskie” to w ogóle pierwszy tom sonetów napisanych przez Ślązaka a wydanych na Śląsku. One właściwie w jakiś sposób przekrojowy mówią o tym, o czym w ogóle traktuje cała moja poezja – o losie, przemijaniu, rozstaniach, śmierci, bólu. Są liczne erotyki, są wiersze poświęcone pamięci domu i najbliższym. Wszystko to, co wiązało się dotąd z moim poetyckim tworzeniem tutaj ma również swoje miejsce.

Można „Sonety brynowskie” traktować jako podsumowanie pańskiej twórczości, jako testament?
Nie chciałbym tak powiedzieć. Tak się złożyło, że przeszedłem w ostatnim okresie przez bardzo poważne doświadczenie związane także z pobytem na stole operacyjnym. Niedługo czeka mnie podobne doświadczenie, więc nie chciałbym używać słowa „podsumowanie” czy „testament”. Jak najdalej od tego. To jest po prostu najbardziej jednorodny tom, jaki mógł mi się przydarzyć. Równie jednorodny, ale pod innym względem jest mój tom „Czas zamarły”, poświęcony doświadczeniom stanu wojennego.

Łatwo było wydać „Sonety brynowskie”?
Niełatwo. Problemem życia literackiego współcześnie nie jest tylko kwestia napisania książki, ale jej wydania. W szczególnie trudnej sytuacji jest literatura z wyższej półki, o niekomercyjnych ambicjach. Kiedy powstały te sonety, zastanawiałem się, gdzie je wydać. Możliwości, które się wyłaniały, głównie poza Śląskiem, dotyczyły odległego terminu, dwóch, trzech lat. I oto zdarzył się miły przypadek, że zaproponowałem wydanie tego tomu pani Soni Dradze, która stworzyła w Katowicach bardzo prężne wydawnictwo, o skali ogólnopolskiej, a jest przebojowa, zaradna, śledzi nie tylko europejski rynek wydawniczy. I tak w ciągu niewielu miesięcy ta książka została wydana. Mało tego, kiedy zaproponowałem, żeby zamieścić w niej całuny Dudy-Gracza (w nawiązaniu do tych dzieł Chopina, które nie zachowały się), pani Sonia zainteresowała się tą możliwością i tak się też stało. Książka ma spory nakład, sztywną okładkę, tak, świetnie nadaje się pod choinkę (śmiech).

„Sonety brynowskie” odnoszą się do miejsca zamieszkania. Od ilu lat mieszka pan w Brynowie?
Od 30 lat. Tak się złożyło, że przytrafiła mi się (kupiłem ją w ramach rozliczeń rodzinnych) działka w Brynowie. Gdy dom dochodził już do stanu finalnego, okazało się, że jest zlokalizowany na tzw. uskoku kłodnickim i przechylił się o 1,2 m. Przez parę lat trwało wyczekiwanie, aż się grunt uspokoi, by można było przystąpić do zabiegu pionowania. W 1980 r. mogliśmy już ten dom zająć, ale po 2000 roku nasz dom, już zamieszkały, przechylił się ponownie. Przeszliśmy wtedy gehennę. Żyjemy odtąd jak na obszarze sejsmicznym. Każde tąpnięcie, nawet jeśli jest ono z dalszych okolic, odbieramy jako coś ostrzegawczego. Ten mój Brynów jest dość mroczny.

Mieszka pan blisko domu Wojciecha Kilara?
W tej osi ulicy Kościuszki. Od Kilara dzieliło nas w linii prostej niespełna 200 metrów.

Spotykaliście się często?
Ja Kilara znałem od końca lat 50., jeszcze gdy mieszkał przy ul. Curie-Skłodowskiej. Odwiedzałem go dość często, jeszcze wtedy był kawalerem, człowiekiem bardzo towarzyskim.

Wróćmy do czasów pańskiej młodości. Od razu po skończeniu technikum poszedł pan na studia polonistyczne?
Po technikum dostałem nakaz pracy i w wieku 17 lat trafiłem do Katowic, wtedy Stalinogrodu, a więc do Stalinogrodzkiej Fabryki Sprzętu Górniczego "Moj" na Załężu. Zostałem skierowany do biura konstrukcyjnego, na deskę kreślarską. I poradziłem sobie, miałem nawet dwa czy trzy pomysły racjonalizatorskie. Jednak moją uwagę zaprzątało wtedy już coś innego, życie artystyczne miasta. Chodziłem do filharmonii, na wystawy, do teatru. Już wcześniej moje wiersze zwróciły uwagę Wilhelma Szewczyka i znalazłem się wnet w Kole Młodych przy Związku Literatów Polskich. Odtąd tylko myślałem, jak zerwać się z nakazu pracy, by pójść na studia polonistyczne. A same Katowice tych lat? Nazwa Stalinogród funkcjonowała tylko oficjalnie, na co dzień nikt jej nie używał. I zostały wyrugowane z miejsca, gdy było to możliwe. W mojej biografii wiele znaczą te dni, gdy w atmosferze Października 56 Katowice odzyskują swoją historyczna nazwę. W utworzonym wówczas tygodniku "Przemiany" ukazuje się mój poemat pt. "Węgrom". Tamten czas miał istotne znaczenie dla tożsamości doświadczenia mojego pokolenia. Z klimatu domu też chyba coś wynikało, jeśli chodzi o zainteresowania artystyczne, skoro mój brat zdał do szkoły aktorskiej. Był nadzwyczaj przystojnym chłopakiem. Niestety, rychło okazało się, że czeka go tragiczne zejście – ostra białaczka szpikowa. Już w pierwszych miesiącach studiów doszło do tego. Na jego roku byli: Barbara Brylska i Pola Raksa, co bardzo podkreślał. Miał 18 lat i siedem miesięcy, gdy zmarł. Byłem przy nim do końca. Odtąd nie ma dnia, bym o nim nie pomyślał.

Jak pan poznał swoją przyszłą żonę Zofię?
Żona jest rybniczanką i mieszkała po sąsiedzku. To była bardzo piękna dziewczyna i miała te walory, które dla mnie zawsze były ważne – w tym i to, że jej rodzice wywodzili się z Zaolzia. Z wykształcenia jest inżynierem górniczym - podobnie jak jej ojciec - i do emerytury pracowała w swoim zawodzie. Mogę tylko mówić o niej z podziwem i uznaniem i stwierdzić, że jakaś szczęśliwa gwiazda nade mną czuwała. Jest bardzo zaradna, gospodarna. Jeśli coś mi się w życiu udawało, to także dlatego, że mogłem zawsze liczyć na jej wsparcie. Moje zainteresowania nie są pieniężne. Całe życie przepracowałem, ani jednego dnia nie byłem niezatrudniony. Jako Ślązak nie mógłbym się pogodzić z tym, że nie ma dla mnie miejsca na rynku pracy. Radziłem sobie. Pracownikiem Śląskiego Wydawnictwa Prasowego byłem aż do jego likwidacji. Miałem wówczas 9 miesięcy zaległego urlopu, który mi przepadł. Z kolei w Operze Śląskiej byłem zatrudniony jako kierownik literacki łącznie przez 47 lat. Mój zakres obowiązków znacznie przekraczał tak zaznaczoną funkcję. Mam zresztą w swoim dorobku libretta oper i musicali. Przydały się jednak lata rybnickiej szkoły muzycznej.

Jak pan wspomina te kilkanaście lat szefowania miesięcznikowi „Śląsk”? Czuje się pan spełniony?
Udało mi się z niczego powołać miesięcznik, który miał ponadregionalny, ogólnopolski zasięg. Jestem teraz zatroskany o to, jak się to pismo trzyma, bo jest już trzeci naczelny po mnie. Pismo miało bardzo wyraźny profil i program, obejmujący wszystkie kwestie związane z rozwojem Śląska i problemami Śląska w tym akurat czasie. Fenomenem było również to, że powstała redakcja w znakomitym składzie, że wymienię Feliksa Netza, Mariana Kisiela, Krzysztofa Karwata, Piotra Lewandowskiego, Wiesię Konopelską. Myślę, że w tamtym czasie lepszego zespołu nie udałoby się w Katowicach stworzyć. Myśmy nie mieli pensji, jedynie skromne ryczałty ze środków wypracowanych. Moją gehenną było to, że nieustannie chodziłem za reklamami, musiałem dbać o przychody. Zaczynaliśmy nie mając niczego – lokalu, dotacji, żadnych ułatwień. Nie wszystkim się podobało, że pismo o takim profilu powstaje na Śląsku. Istotną rzeczą stało się to, że naszym głównym autorem od początku był Tadeusz Różewicz. W sumie wiele rzeczy się udało. Prezentowaliśmy całą śląską humanistykę, czołowych miejscowych artystów. Zaangażowani w nasze pismo byli artyści tej miary co Henryk Mikołaj Górecki, Jerzy Duda Gracz czy Wojciech Kilar. Staraliśmy się nad tym wszystkim mieć pieczę co ważne dla kultury i stymulować co się da. Młodzi byli w tym piśmie zawsze bardzo widoczni.

Udało się?
Tak. Ja wydałem 206 numerów. Organizowaliśmy także liczne spotkania literackie, sam poprowadziłem ponad 400 imprez.

Na płaszczyźnie literackiej widzi pan na Śląsku kogoś, kto ma szansę na to, by jego książki były czytane w całej Polsce, by jego głos był słyszany?
To się dzieje. Przykładem tego jest kariera Szczepana Twardocha.

Czytał pan jego „Morfinę”?
Tak. To wybitny talent. Wcześniej wysoką rangę zdobyli Wojciech Kuczok, Radosław Kobierski czy Krzysztof Siwczyk, który ostatnio zdobył Nagrodę Kościelskich. Brakuje mi na Śląsku dużego wydawnictwa z gwarantowanymi możliwościami finansowymi, by wspierać talenty. Brakuje w ogóle troski o kulturę literacką. Katowice nie mają swojej ogólnopolskiej nagrody literackiej jak np. Gdynia czy Wrocław. Nie podoba mi się w ogóle polityka kulturalna realizowana w naszym województwie, w której dominują czynniki administracyjne. Obserwuję te sprawy krytycznie jako autor dwóch raportów o stanie kultury na Śląsku i główny inicjator zorganizowania pierwszego Kongresu Kultury na Górnym Śląsku w 1997 r.

Na czym pana zdaniem polega śląskość?
To pewien sugestywny stop tradycji historycznej i społecznej tej ziemi, związanej z rozwojem przemysłu, przede wszystkim górnictwa i hutnictwa. W tych warunkach uformował się pewien typ człowieka, dla którego ważne są działania zbiorowe, solidarne, oraz silne poczucie wspólnoty związanej ze zbiorowym losem i etosem pracy. To także mocne więzi rodzinne i pewien typ emocjonalnej wrażliwości. Ważne jest również funkcjonowanie w większych grupach oraz szczególne poczucie braterstwa i jedności. Przywiązanie do rodzimej kultury wytworzonej w tych warunkach stanowi niewątpliwie pewien kod genetyczny tej kultury, która w mocnym stopniu wynika z tradycji górnictwa, hutnictwa i tego przemysłu, który wyrósł na tym terenie pełnym bogactw naturalnych. To w sumie coś złożonego i jednorodnego zarazem, co nie podlega weryfikacji. Rodzaj etosu, który tu w ludziach jest i trwa, a bez którego oni nie czują się sobą.

Jak pan pamięta stan wojenny?
Pamiętam nadzwyczaj wyraźnie zarówno stan wojenny, jak i czas poprzedzający go. Jesienią 1980 roku byłem inicjatorem powołania w Katowicach suwerennego Komitetu Porozumiewawczego Związków i Stowarzyszeń Twórczych, na czele którego stanął Kazio Kutz, ja byłem wiceprzewodniczącym. Usiłowaliśmy doprowadzić do Sejmiku Kultury Śląskiej, który miał się odbyć 19 grudnia 1981 r. Oczywiście do tego już nie doszło, ja natomiast przygotowałem z tej okazji raport o stanie kultury na Śląsku. Myśmy nie przeczuwali, że stan wojenny zostanie ogłoszony w tym czasie, ani jak to się stanie. Miałem oczywiście poczucie pewnego zagrożenia ze względu na swoją rolę w życiu środowisk twórczych. I nie pomyliłem się. Byłem przesłuchiwany. Nie podpisałem tzw. lojalki, zostałem też negatywnie zweryfikowany w samej prasie i zdegradowany, co mnie nie zaskoczyło, ale nie było równoznaczne z wydaleniem z zawodu. Stan wojenny uniemożliwił, niestety, organizację Sejmiku Kultury Śląskiej. To czas, gdy wielu ludzi zostaje aresztowanych, internowanych, wykluczonych z życia zawodowego i społecznego. Przez parę miesięcy wszystkie redakcje, poza „Trybuną Robotniczą” są zawieszone. Dla mnie w tym czasie zaczyna się pisanie wierszy, które wprost nawiązują do wydarzeń rozgrywających się na Śląsku i dalej. Te wiersze złożą się potem na najobszerniejszy w polskiej poezji tom wierszy o stanie wojennym pt. „Czas zamarły”. Myślę, że udało mi się zapisać, jako poecie, Śląsk tamtego czasu. Te wiersze nie rozgrywają się gdzieś, w nieokreślonej scenerii, tylko tu i teraz, wpisane są w miejsca i doświadczenia realne. Lecz nie są to wiersze publicystyczne, ale w większości bardzo osobiste. Sądzę, że jako poeta zrobiłem wtedy to, co mogłem. Zapisać to szczerze i z największą pasją. A jest to czas bezprawia, porażający i mroczny, ograniczonych swobód poruszania się, z godziną milicyjną, z restrykcjami, a przede wszystkim z tragediami, które kosztowały ileś ludzkich żyć. Jest to też czas głębokiego zawodu, że zmiany, które się mogły dokonać, nie dokonały się, a jednocześnie okres, który nie wiadomo kiedy się skończy. Już w okresie poprzedzającym żyliśmy w psychozie lęku: wkroczą, nie wkroczą!... Jest to także czas manifestowania jedności, kiedy w poczuciu solidarności palimy świece w oknach. To także okres wielkiego heroizmu ludzi, którzy zdecydowali się na aktywne funkcjonowanie w konspiracji, wydając gazetki, przychodząc z pomocą charytatywną, funkcjonując publicznie w ramach kultury niezależnej.

Katarzyna Pachelska

Jestem redaktorką Dziennika Zachodniego, wiceszefową Newsroomu DZ, prowadzę też m.in. serwis Strona Kobiet na dziennikzachodni.pl. Zostałam wybrana Dziennikarką Roku 2019 "Dziennika Zachodniego". Interesuję się sprawami kobiet i dzieci, ale również sporo piszę o kulturze, rozrywce, literaturze, lubię też współczesną architekturę. Innym obszarem moich zainteresowań jest handel, ostatnio dość często piszę o zakazie handlu w niedziele.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.