Nie mam już syna. Dzień, który rozdzielił Ukraińców

Czytaj dalej
Fot. Robert Woźniak
Sylwia Rycharska

Nie mam już syna. Dzień, który rozdzielił Ukraińców

Sylwia Rycharska

Są młodzi, pełni pomysłów na siebie. Przyjechali do Poznania kilka lat temu, aby studiować. Mogli być beztroscy jak ich polscy rówieśnicy. Czerpać z życia garściami. Mieć czas na błędy. 24 lutego wszystko się skończyło, kiedy Rosjanie wypuścili rakiety i zaczęli zabijać ich rodaków. Młodzieńczość odeszła w zapomnienie. Musieli dorosnąć i wziąć odpowiedzialność, także finansową, za swoje rodziny.

- W końcu się doczekaliście! Macie, co chcieliście! Przez 8 lat bombardowaliście Donbas, żeby wybić rosyjskojęzyczne społeczeństwo. Wpierw naziści z Poroszenką na czele przejęli władzę, a teraz Zełenski kontynuuje ich kurs polityczny - krzyczał do słuchawki „wujek”, którego Sofia nie nazywa już wujkiem.

Potem „syn marnotrawny” zadzwonił do ojca mającego problemy z sercem. - Dziadek na koniec jego wywodu powiedział spokojnym, lecz załamanym głosem: „Straciłem syna” - mówi Ukrainka.

Brat jej mamy wyjechał na studia do Rosji w latach 90. Od 2013 r. Sofiia nie chciała mieć z nim kontaktu. - Wtedy pracował w wojsku, czy dalej tam działa, nie wiem. Ale wiesz, najpierw był Majdan, potem Krym i Donbas. Kiedyś powiedział, że takie państwo jak Ukraina kiedyś nie istniało i tak też powinno zostać. Co jest bardzo „ciekawą” opinią, skoro jest etnicznym Ukraińcem - podkreśla dziewczyna.

Mężczyzna przez ostatnie 9 lat sporadycznie rozmawiał ze swoją matką, ale nigdy na tematy polityczne ze względu na obawę podsłuchu. - Jednak 24 lutego zadzwonił do babci. Babcia płakała cały dzień przez niego - wspomina Sofiia.

- Rosjanie powielający propagandę Putina, są po prostu śmieszni. A to, co się teraz dzieje jest straszne - grzywna lub więzienie nawet za używanie loga Facebooka i Instagrama jest nie do pomyślenia w XXI wieku w kraju europejskim - dodaje Yevhenii.

Ten dzień

Sofiia Honta i Yevhenii pochodzą z Ukrainy. Ona przyjechała z obwodu winnickiego 4 lata temu, a on z żytomierskiego - 5 lat temu. Rozpoczęli studia na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W międzyczasie doszła praca. Oni są tutaj bezpieczni, ich rodziny w dniu inwazji rosyjskiej były tam. Część z nich przyjechała do Polski, część nie mogła lub nie chciała.

- 24 lutego. Co oznacza dla ciebie ta data?
- Ten dzień nie był dla mnie dobry, jak dla wszystkich Ukraińców, ale na początku z innego powodu - mówi 21-letnia Sofiia.

Dziewczyna obudziła się o 5 rano przez kaszel (później okazało się, że ma koronawirusa) i nie mogła usnąć. Jak opowiada, „może to banalne, ale czułam wewnętrzny niepokój. Tym bardziej że słyszałam, jak mój współlokator - Nikita z Dniepra - rozmawia nerwowo przez telefon”.

- „Nikita, mógłbyś mi wytłumaczyć, co się dzieje?” - zapytałam go, na co usłyszałam: „Nie wiem, co ci powiedzieć. Zaczęła się wojna...” - wspomina.

21-letnia Sofiia Honta studiuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz pracuje w agencji digitalowej. Pochodzi z Tulczyna
Archiwum prywatne 23-letni Yevhenii studiuje na UAM oraz pracuje w Poznaniu. Przyjechał z małej miejscowości niedaleko Żytomierza

„To na pewno pomyłka”, „ktoś robi sobie głupi żart”... To niektóre z myśli przebiegających przez głowę dwudziestolatkowi w świetle takiej wiadomości.

- Odpaliłam internet, a w głowie główna myśl zadzwonić do bliskich: rodziców, siostry, dziadków... W tym czasie przyszła do mnie wiadomość od siostry o wprowadzonym stanie wojennym. Pisała też, że na naszą rodzinną miejscowość, Tulczyn spadły rakiety - opowiada dziewczyna. Ale jak to? Przecież, jak myślała, nie było tam żadnych obiektów strategicznych.

- Później okazało się, że pod miastem była jednostka wojskowa, w której służył mój kolega z czasów szkolnych. Teraz nic z niej nie zostało. Na szczęście kolega zdążył się schować w piwnicy. Przeżył - dodaje.

Rodzice Sofii w tym czasie odpoczywali w sanatorium w obwodzie iwanofrankowskim. Jej tata przyjechał na kilka dni do domu, z pracy w Polsce.

- Mówię o regionach zachodniej Ukrainy. Byłam zaskoczona... nikt się nie spodziewał, że pierwszego dnia Rosjanie uderzą tak daleko. Praktycznie wszędzie było słychać alarmy bombowe - zaznacza.

21-letnia Sofiia Honta studiuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz pracuje w agencji digitalowej. Pochodzi z Tulczyna
Archiwum prywatne Mama i siostry Sofii przyjechały do Polski 10 dni po rozpoczęciu wojny. Mieszkają teraz u znajomych niedaleko Turku

Yevhenii nic nie przeczuwał. Jak opowiada, z samego rana próbował dodzwonić się do niego kolega, ale ostatecznie o wojnie poinformowała go dziewczyna.

- Nie uwierzyłem. Od razu się zerwałem i zacząłem przeglądać internet. Niestety była to prawda. Obdzwoniłem rodzinę i znajomych, aby sprawdzić, czy wszystko u nich jest w porządku - mówi 23-latek.

Pochodzi z małej miejscowości około 80 km od Żytomierza. Dziadkowie wychowali go i jego rodzeństwo. Dziadek ma korzenie polskie - jego rodzice przeprowadzili się do Ukrainy z Kaszub.

Yevhenii do końca nie wierzył, że mogło dojść do wojny między państwami, które walczyły razem przeciwko nazistom w II wojnie światowej; między narodami, które łączy wspólna kultura.

Sam zafascynowany jest kulturą i literaturą rosyjską. - Mógłbym sparafrazować cytat z Jacka Kaczmarskiego, „Jam po prostu jest rusofil - antykomunista” na „antyputinowski” - mówi Yevhenii.

Już nic nie będzie takie samo...

Jeszcze 23 lutego nikt nie odważył się myśleć, że obudzi się następnego ranka w innej rzeczywistości. Rodzina Sofii nie mogła w to uwierzyć jeszcze przez kilka dni. Jej mama z siostrami dopiero po 10 dniach wojny dały się namówić na przyjazd do Polski. Mieszkają u znajomych pod Turkiem w Wielkopolsce.

- Jak to jest, kiedy dowiadujesz się, że jesteś w ciąży? - zaskoczyła mnie tym pytaniem Sofiia.

Po chwili wyjaśniła, że jej starsza, 27-letnia siostra Jana dowiedziała się o ciąży wczesnym rankiem feralnego czwartku zanim zawyły syreny i zanim usłyszała wiadomości w mediach.

- Starali się z mężem o dziecko przez rok. Nie dane im było świętować. Jana nie mogła się cieszyć. Putin nawet to jej zabrał - mówi studentka.

Jej 53-letni ojciec został w Ukrainie i działa w obronie terytorialnej. Jej dziadkowie nie chcieli wyjeżdżać. „Jak to się mówi - starych drzew się nie przesadza”.

21-letnia Sofiia Honta studiuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz pracuje w agencji digitalowej. Pochodzi z Tulczyna
Archiwum prywatne Sofiia z rodzicami. Jej tata zapisał się do obrony terytorialnej po wybuchu wojny

Oni tam, a ja tu... Potem przychodzi bezradność

- Zadałam sobie pytanie, co mam zrobić. Nie wiedziałam. Potem pojawił się wstyd za to, że jestem tutaj bezpieczna, a oni nie. Że będą musieli cierpieć - podkreśla Sofiia.

Dziewczyna w pierwszej chwili chciała jechać do rodziców, ale usłyszała od mamy, że nie jest to dobry pomysł. Przekonała ją, że ma pracować w Polsce, bo jest w tym momencie jedyną osobą w rodzinie mającą pewne zatrudnienie. Musi się przecież za coś utrzymać, a w ostateczności pomóc bliskim.

Najgorsze dla niej były pierwsze dni wojny, kiedy na izolacji przez koronawirusa musiała siedzieć w domu. A po niej, wychodząc na ulicę dostała ataku paniki.

- Nie mogłam patrzeć na to, że ludzie chodzą, jakby nigdy nic, a przecież wojna jest blisko. Nie potrafię opisać tych uczuć. Tego wewnętrznego niepokoju, który mnie ogarnął. Chciałam zapytać każdego człowieka, którego spotykałam: „dlaczego sobie na to pozwalasz? Przecież zaraz zacznie się wojna! Musisz uciekać!” - wspomina dziewczyna.

Potem strach o bliskich przekuła w działanie, włączając się w wolontariat. Współorganizowała kilka zbiórek dla uchodźców oraz pomagała jako wolontariusz na poznańskim dworcu, a obecnie - na Arenie. Ponadto wpłaca pieniądze na ukraińskie instytucje rządowe.

21-letnia Sofiia Honta studiuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz pracuje w agencji digitalowej. Pochodzi z Tulczyna
Archiwum prywatne Bracia Yevheniiego zostali rozdzieleni. Młodszy 14-letni Vitaliy przyjechał do niego do Poznania. Natomiast 19-letni Mykola został w Żytomierzu i działa w obronie terytorialnej

Yevhenii też włącza się w pomoc, kiedy tylko ma wolną chwilę. Myślał nad powrotem do Ukrainy, ale sprzeciwiła się temu jego rodzina.

- Mówią, że skoro jestem bezpieczny w Polsce i pracuję, to więcej mogę zdziałać, pomagając tu niż tam. Poza tym ściągnąłem do siebie swojego 14-letniego brata, za którego odpowiadam - zaznacza chłopak, dodając, że niestety dziadkowie ze względu na podeszły wiek i stan zdrowia nie chcieli przyjechać.

Zbieg okoliczności?

6 marca port lotniczy Winnica został ostrzelany przez siły rosyjskie. Spadło tam 8 rakiet, które według ukraińskich mediów, wystrzelono z Naddniestrza. To nieuznawane przez społeczność międzynarodową państwo we wschodniej Mołdawii, w którym od przeszło 30 lat stacjonują rosyjskie wojska.

- Kilka minut wcześniej przejeżdżał tamtędy mój tato. Całe szczęście, że nic mu się nie stało - zaznacza łamiącym głosem dziewczyna.

21-letnia Sofiia Honta studiuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza oraz pracuje w agencji digitalowej. Pochodzi z Tulczyna
Archiwum prywatne Dziadkowie Sofii nie chcą przyjechać do Polski. Zostali w domu w Tulczynie

Na początku marca bomby spadły również na Żytomierz, niszcząc miejscowy szpital z oddziałem porodowym. Tam ponad miesiąc wcześniej siostra Yevheniiego urodziła córeczkę - wcześniaka. - Urodziła się o miesiąc wcześniej. Nie chcę myśleć, co by było, gdyby przyszła na świat w terminie - mówi Yevhenii.

Również ze względu na noworodka i możliwe konsekwencje podróży dla jego zdrowia, świeżo upieczona mama nie chciała ryzykować ucieczką do Polski. Mieszka z dziadkami w małej wiosce pod Żytomierzem.

Jak wytłumaczymy dzieciom, że ginęły dzieci...

Studenci rozumieją powściągliwość państw Zachodu w stosunku do apelu prezydenta Zełenskiego o zamknięcie przestrzeni powietrznej.

- Jestem ciekawa jednak jak np. za 10 lat - mam nadzieję, że ta wojna dawno się wtedy skończy - w Belgii, czy w innym europejskim kraju, będą tłumaczyli dzieciom na lekcji historii, że w suwerennym państwie Europy w XXI wieku, stosunkowo blisko położonym, Rosjanie zabijali ukraińskie dzieci i ich rodziców, a reszta stanowczo nie przeciwstawiała się temu - pyta się Sofiia.

Yevhenii wcześniej w Polsce spotykał się z wyśmiewaniem, pogardliwym zachowaniem Polaków. 24 lutego zmieniło się wszystko. Teraz Polska to bezpieczna przystań, a Polacy - najbliżsi.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Sylwia Rycharska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.