Marek Twaróg

Nie panikuję – mówi Łukasz Bok, twórca Konfliktów i Katastrof Światowych. Ten, który nie zlekceważył koronawirusa, o źródłach i metodzie

Łukasz Bok Fot. arc Łukasz Bok
Marek Twaróg

Moje pierwsze publikacje ukazały się, gdy w Wuhan odnotowano pierwsze zgony na zapalenie płuc nieznanego pochodzenia. Miałem z tyłu głowy, że zbliżamy się do Chińskiego Nowego Roku, który przecież powoduje masowe przemieszczanie się lokalnej społeczności. Czułem, że może to być znacznie poważniejszy temat, niż się początkowo wydawało. Zacząłem pisać o epidemii. Większość uznawała wówczas, że przesadzam. Dziś pandemią żyje cały świat – mówi DZ Łukasz Bok, twórca strony Konflikty i Katastrofy Światowe (KIKŚ).

„Jeśli nie znasz Łukasza Boka, to znaczy, że nie ogarniasz dzisiejszego internetu” – chciałoby się powiedzieć na początek. Albo „Nie wiesz, kim jest Łukasz Bok? Zapytaj o to nastolatka w domu”. Dziś proponuję Państwu rozmowę z człowiekiem, który dla wielu, zwłaszcza młodych, ale nie tylko młodych, jest przewodnikiem po czasach koronawirusowej pandemii. Przed koronawirusem ostrzegał głośno już na początku roku – wtedy jednak wielu uważało go za panikarza. Jak jest dziś – wszyscy wiemy.
Łukasz Bok stoi za stroną Konflikty i Katastrofy Światowe (KiKŚ). Na Facebooku obserwuje ten profil prawie 800 tysięcy ludzi, na Twitterze samego Łukasza Boka śledzi niemal 75 tysięcy osób, a na Instagramie liczba obserwujących zbliża się do 600 tysięcy. To duże zasięgi.
Interesowało mnie, jak młodemu człowiekowi z Katowic udało się tyle osiągnąć, relacjonując poważne wydarzenia. Bo zasięgi na bredniach, głupotach i duperelach zrobić łatwo. Ale na konfliktach i katastrofach światowych – to duża sztuka.

***

Łukasz Bok, twórca strony Konflikty i Katastrofy Światowe: Człowiek, który nie zlekceważył koronawirusa. Rozmowa

***

Zacznę od pytania, które padło niedawno na Twitterze. Brzmiało tak: „Ktoś umie powiedzieć, kim jest Łukasz Bok?” No to kim jest Łukasz Bok?

Łukasz Bok jest 26-letnim chłopakiem od dziecka zafascynowanym Bliskim Wschodem, geopolityką i żywiołami ziemskimi. Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do dziennikarskiej zabawy. Pisałem do szuflady o wydarzeniach zasłyszanych w telewizji już w wieku 10 lat. Technika szła naprzód i w 2013 roku założyłem stronę o nazwie "Konflikty i katastrofy światowe", na której mogłem publicznie opisywać to, czym się pasjonuję. Nie spodziewałem się, że po siedmiu latach będzie to ścisła czołówka polskich mediów, jeśli spojrzeć na liczbę czytelników.

Na to pytanie z Twittera, o którym powyżej, odpowiedział Pan wtedy: „Skromny chłopak z Katowic…”. Ale nie musi być Pan chyba taki skromny, skoro ma Pan 70 tysięcy followersów na TT i w ogóle duże zasięgi w mediach społecznościowych.

Skromność to moja zaleta, ale jednocześnie też wada. Nigdy nie lubiłem publicznie pchać się przed szereg i nadal tak jest, choć staram się powoli nieco bardziej otwierać na świat. Czego przykładem jest nasza rozmowa. Pamiętam, że długo miałem opory, by wyznać przed ludźmi, kto tak naprawdę stoi za prowadzeniem strony. Nawet wielu najbliższych nie wiedziało, że jestem jej autorem, byłem wtedy uczącym się nastolatkiem, kto mógłby brać mnie na poważnie?

A od jakiego ważnego wydarzenia na świecie zaczęło się to pisanie na serio?

Gdy zaczynałem pod koniec 2013 roku, na Ukrainie dochodziło do protestów studentów, które po krótkim czasie przerodziły się w rewolucję i konflikt w Donbasie. Wielu ludzi żyło wówczas wizją wojny. Myślę, że moje dość wyważone przekazy na ten temat pozwoliły zbudować zaufanie i zyskać pierwszych czytelników. Niedługo później pojawiło się Państwo Islamskie i jego ekspansja...

Na początku to była chyba jednak dość niewdzięczna robota – myślę o prowadzeniu serwisu Konflikty i Katastrofy Światowe. Tak powszechnego zainteresowania – powiedzmy - zamachami w Syrii przecież nie było w Polsce.

To oczywiście prawda, że ludzie żyją głównie tematami, które mogą ich bezpośrednio dotyczyć, jakoś w nich uderzyć. Dlatego mniejsze zainteresowanie wojną w Syrii czy codziennymi zamachami w Afganistanie. Większość przywykła – niestety - do tego, co tam się dzieje. To naturalne. Zainteresowanie Syrią ponownie wzrosło po rozpoczęciu ekspansji IS (Państwa Islamskiego), która zagroziła również Europie.

Przestrzegał pan przed koronawirusem, zanim ktokolwiek się tym przejmował. Jak to się stało, że tak wcześnie uznał Pan, że to to ważny temat?

Jak na wstępie wspomniałem - staram się na bieżąco monitorować zdarzenia związane nie tylko z geopolityką, ale też żywiołami i to nie tylko tymi ogólnoświatowymi. Moje pierwsze publikacje ukazały się, gdy w Wuhan odnotowano pierwsze zgony na zapalenie płuc nieznanego pochodzenia. Dzięki moim znajomym studentom sinologii miałem z tyłu głowy, że zbliżamy się do Chińskiego Nowego Roku, który przecież powoduje masowe przemieszczanie się lokalnej społeczności. Połączyłem fakty, czułem, że może to być znacznie poważniejszy temat niż się początkowo wydawało. Zacząłem pisać o epidemii kilka razy dziennie, ostrzegałem czytelników przed podróżami na Daleki Wschód. Większość uznawała wówczas, że przesadzam i staję się monotematyczny. Dziś pandemią żyje cały świat.

Użytkownicy Twittera z jednej strony obserwują pana, podają dalej tłity, doceniają, ale z drugiej strony snują wątpliwości. Wątpliwość pierwsza: sieje Pan panikę. Co Pan na to?

To bardzo częsty zarzut pod moim adresem – że sieję panikę. Oczywiście jest on kompletnie chybiony. Czytelnicy często nadinterpretują moje słowa, a później obwiniają autora. Wielokrotnie tworzyłem wpisy uspokajające, opierając się na publikacjach naukowych, przedstawiałem potencjalną śmiertelność, przebieg choroby czy grupy społeczne, które są bardziej narażone na ciężki przebieg po zakażeniu. Zalecałem w lutym, by wstrzymać się z podróżami, bo możemy sobie popsuć urlop, trafiając na kwarantannę w obcym dla nas kraju, co zresztą spotkało wielu.

Tak, to właśnie wtedy wielu grzmiało, że pan panikuje.

Tak sporo czytelników wtedy twierdziło, że takie wpisy powodują panikę. Podobne wątpliwości pod moim adresem czytałem, gdy przestrzegałem przed podróżą do Egiptu, gdzie rozpoczynały się protesty. Lub do miejsc, gdzie wykryto aktywność komórek terrorystycznych. Niektórzy ludzie nie zdają sobie sprawy z zagrożenia, jakie może ich czekać. Wszystko, co torpeduje ich plany, próbują wyprzeć. Próbują pozbyć się takich myśli, a ostrzegających przez zagrożeniem nazywają panikarzami. Rzadko zalecam czytelnikom odpuszczenie jakiejś podróży, zazwyczaj to robię, gdy mam pewność, że zagrożenie jest wysokie. Zdaję sobie sprawę, jakie mam zasięgi i co mogą spowodować moje wpisy.

Wątpliwość druga: skąd ma Pan dane? Jak to możliwe, że jest Pan tak szybki? Ma pomocników, obserwuje zagraniczne kanały?

Magik nie zdradza swoich sztuczek (śmiech). Ale poważnie - nie mam osobistych pomocników, zajmuję się sam swoją stroną, a to sprawia, że codziennie muszę spędzać wiele godzin na filtrowaniu i redagowaniu. Wszystkie informacje, które publikuję, staram się opierać na co najmniej dwóch źródłach, niezależnych od siebie. Jeśli chodzi o pandemię - opracowałem pewien plan działania. Znam godziny codziennych konferencji prasowych, na których publikowane są dane, oraz wytyczne z przeróżnych krajów. Udało mi się przez lata uzyskać kontakty wśród dziennikarzy, nazwijmy to - niezależnych, ja również uważam się w pełni za niezależnego, choć dziennikarzem się nie nazwę. Wymieniamy się doniesieniami.

Gdzie ma Pan takich kolegów – dziennikarzy?

Nawet Pan sobie nie zdaje sprawy, jak przydatny jest kontakt z osobą np. z Pakistanu, Chile czy Meksyku. Teraz co prawda powstały już portale, na których liczby dotyczące pandemii są aktualizowane niemal co minutę, ale na początku trzeba było się trochę pomęczyć. Pomagała mi między innymi tłumaczka języka chińskiego.

Wątpliwość trzecia, moja, osobista: niepotrzebnie wdaje się Pan w słowne przepychanki z wariackimi teoriami niektórych użytkowników TT. To temperament – wiadomo, że na TT każdy lubi co jakiś czas ściąć się z kim, to terapeutyczne - czy wielka misja odkręcania bzdur?

Wiem, że mam spory zasięg, ludzie wypisujący takie głupoty pod moimi wpisami często się w ten zasięg wpisują. Biorę udział w tych dyskusjach, by po prostu niektóre informacje dementować. Zdaję sobie sprawę, że wiele komentarzy jest prowokujących, ich celem jest wywołanie burzy. Dzień po dniu uczę się, jak ich unikać. Jestem na dobrej drodze.

Marek Twaróg

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.