O domu, gdzie samotność i ból zmieniają się w nadzieję

Czytaj dalej
Fot. Marzena Bugała-Azarko
Grażyna Kuźnik

O domu, gdzie samotność i ból zmieniają się w nadzieję

Grażyna Kuźnik

Krysia mało mówi, Asia nic, za to Renia jest wygadana, mówi i za siebie, i za Asię. Poruszające historie kobiet, kóre nie mogą mieszkać w swoich domach lub ich nie mają

Właśnie z torbami przyszła Jola. Przysiadła na ławce w ogródku, czeka na przydzielony pokój dla niej i dziecka w Domu Samotnej Matki w Rudzie Śląskiej. Nawet nie musi mówić, co jej się zdarzyło, powie o tym jej ośmioletni syn Pawełek. Podciąga koszulkę, widać siniaki, ślady bicia do krwi.

- Tato mnie tak chwycił za głowę, rzucił na ziemię, bił, kopał - mówi chłopczyk, ale nie płacze. - Tato mnie najbardziej nie lubi ze wszystkich dzieci na świecie. Mama mnie broniła, też ją bił, dusił, aż przyjechała policja. I teraz jesteśmy tutaj.

Pawełek jest trochę niepełnosprawny, mówi szczerze, co myśli. Ma bogate słownictwo, ale kłopoty z kontaktami z innymi. Jola bała się, że może dojść do najgorszego; ojciec chłopca stawał się coraz bardziej agresywny. Syn go denerwował.

- Rodzice zmarli, nie mam rodziny, siedziałam w domu z dzieckiem, bo wymaga opieki. Partner wiedział, że nikt się za mną nie ujmie - wyznaje młoda kobieta. - Długo nie umiałam się skarżyć. Ale Pawełka nie pozwolę bić. To mogło skończyć się tak, jak czyta się w gazetach.

Jolę przyjmuje do ośrodka Henryk Kupka, prezes oddziału rejonowego PCK, który prowadzi ośrodek. Przyjął już setki kobiet w podobnej albo gorszej sytuacji. Wiele z nich poradziło sobie w życiu, pracuje, ma mieszkanie; inne, jak Ola z czworgiem dzieci, wracały wielokrotnie. Wciąż mają nadzieję, że staną na własnych nogach. A najstarsze, jak Ewa, która zerka niepewnie, bo wszystkiego się boi, już naprawdę nie mają dokąd iść.

- Dom zostawiła PCK w 1978 roku pani, która wyjechała do Niemiec. Wyraźnie zaznaczyła, że ma być dla skrzywdzonych kobiet - mówi prezes. - Nie pytałem, skąd ten pomysł, a ona sama nie tłumaczyła. Ale jak do nas przyjechała po latach z wizytą, to była zadowolona. O to jej chodziło.

W tamtych latach podobnych domów dla kobiet nie było, temat oficjalnie nie istniał, a ona jakby przewidziała, że czasy się zmienią. Chciała, żeby kobiety miały gdzie uciec ze swoich koszmarów. Nie tylko uciec, przede wszystkim zmienić się, podnieść, nabrać sił do życia.

Starsi mieszkańcy z okolicy ośrodka pamiętają fundatorkę.

- Zanim wyjechała, mieszkała z mężem w tej dużej willi z ogrodem, miała normalne życie. Dziwne, że dała dom obcym kobietom - opowiada jedna z sąsiadek.

Okazał się bardzo potrzebny. Od tylu lat prawie zawsze jest pełny. Może pomieścić 35 osób; w tym dniu, zanim przyjechała Jola, było 12 kobiet i 11 dzieci. W każdej chwili może ktoś zadzwonić do furtki.

Budynek leży na uboczu, przy torach kolejowych, kobiety mogą spokojnie wyjść do ogrodu, nie ma ciekawskich oczu. Sąsiedzi tylko nie lubią, jak pod dom przychodzą mężczyźni i krzyczą.

- Nie jesteśmy więzieniem, panie mogą wychodzić, rozmawiać na zewnątrz z partnerami. Często to nie agresja ich rozdziela, tylko bieda - mówi Henryk Kupka.

Akurat na trawce za ogrodzeniem siedzi Edek z Krysią. On blady, chudy, ona pełniejsza. Edek ma miejsce w noclegowni, ale tam trzeba rano wyjść, przyjść wieczorem.

- Posiedzę z nim, żeby nie był sam - mówi Krysia. - Taka prawda, że nas eksmitowali. Byliśmy bezdomni, wynajem to straszne pieniądze. Jak nie ma adresu, to i pracy. Ale tu nam coś poradzą.

Krysia mało mówi, Asia nic, a Renia jest wygadana, mówi za siebie i Asię. Renię ojciec wyrzucił z domu; przez chłopaka i dwoje dzieci. Nie chciał wnuków znać.

- Życzył mi, żebym na ulicy zmarnowała sobie życie do końca, mama na to nic. A ja wcześniej pracowałam, byłam konsultantką na linii w dużej firmie - tłumaczy ładna dziewczyna.

Mieszkała więc kątem razem z chłopakiem i dziećmi, tylko że on trafił do więzienia, za pobicie.

- U nas nie było żadnej przemocy, on właśnie bił się z mężczyzną, bo ten lał kobietę - zapewnia Renia. - Dostał mały wyrok, a tamten - duży, bo mu kosą przejechał po żebrach. I by mi go zabił.

Sadza na kolanach małego chłopczyka. Wybiegany w ogrodzie, najedzony. Ubrany modnie, dżinsowo.

- To od dobrych ludzi, bo ja prawie nic nie miałam - śmieje się Renia. - I takie buty teraz noszę sportowe, o jakich nawet nie marzyłam. Bardzo dziękuję.

Prezes Kupka zna chłopaka Reni i jego matkę. Była w tym domu, piła, chłopak miał ciężko, chował się sam, w biedzie. Może im się jednak z Renią uda.

Młodziutka Asia nie ma miłości, tylko termin porodu za kilka dni i nie chce jej się gadać, ale niech Renia za nią powie. Asia nie poda nikogo za ojca, bo jak on nie chce, to nie. O rodzicach; kazali spadać z domu, to poszła. Tułała się, ale teraz ma gdzie przyjść ze szpitala z dzieckiem. Prezes mówił, żeby się nie martwiła na zapas, podchowa tu małego, nabierze sił, pójdzie do szkoły, potem do pracy i zacznie się zwykłe dorosłe życie. Da radę.

- Prezesie, my ci wszystkie dzieci podrzucimy, bo ty je najlepiej wychowasz! - woła jedna z pań.

Ale prezesowi nie do żartów, błądzi spojrzeniem po budynku, jedna ściana w rysach, dom już swoje przeszedł, chociaż anonimowi sponsorzy pięknie w środku odremontowali. W łazience jak w salonie, tylko szkody górnicze atakują mury. Może ktoś znowu pomoże?

***
Dom Samotnej Matki w Rudzie Śląskiej.
Działa zgodnie z misją Polskiego Czerwonego Krzyża, którą jest zapobieganie ludzkim cierpieniom, łagodzenie ich skutków oraz ochrona ludzkiej godności, bez jakiejkolwiek dyskryminacji na tle narodowości, rasy, płci, przekonań religijnych lub politycznych. Opiekunem DSM jest Henryk Kupka, prezes PCK oddziału Świętochłowice, Chorzów, Ruda Śląska. Trafiają tu kobiety z całej Polski.

Grażyna Kuźnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.