O rybnickiej Hucie Silesia, co hełmy do Izraela wysyłała

Czytaj dalej
Barbara Kubica-Kasperzec

O rybnickiej Hucie Silesia, co hełmy do Izraela wysyłała

Barbara Kubica-Kasperzec

Kolorowe, emaliowane garnki miał w domu i Kazimierz Górski, i Zbigniew Boniek, piękne serwisy do kawy trafiły na brytyjski dwór królewski, a hełmy produkowane w rybnickiej dzielnicy Paruszowiec-Piaski kupowała izraelska armia! Mało kto z nas dziś pamięta, że w ciągu ponad stu lat działalności w Hucie wyprodukowano ponad 2,5 miliona lodówek.

Historia huty Silesia - o której dziś mieszkańcom Rybnika przypomina specjalna wystawa otwarta w miejscowym muzeum - sięga roku 1753, kiedy to o działalności zakładu w kronikach pojawiły się pierwsze wzmianki. Prawie 150 lat później niemieccy właściciele zakładu utworzyli emaliernię i zaczęli produkować pierwsze wyroby codziennego użytku. To były proste naczynia, czyli między innymi balie, wiadra.

W latach wojennych Silesia, podobnie jak wszystkie fabryki w Polsce, nastawiona była na produkcję wojskową. Zaraz po wyzwoleniu rozpoczęła się złota era rybnickiego zakładu.

- W latach 60., tuż po wojnie izraelsko-arabskiej Izraelczycy przysłali nam zamówienie na wykonanie 200 tysięcy hełmów. Swoje w czasie wojny musieli zgubić, uciekając przez pustynię. Takie zamówienie przyjęliśmy z wielką radością i oczywiście wykonaliśmy je - mówi Jerzy Natkaniec, były długoletni pracownik zakładu, autor dwóch książek o Hucie. To właśnie on na wystawę, która rozpoczęła się kilka dni temu w muzeum, podarował albo użyczył większość eksponatów. Jest na niej i hełm z serii limitowanej.

- To prawdziwa perełka, bo niewiele się ich zachowało - mówi Marta Paszke, kustosz wystawy. - Trudno się dziwić, skoro produkcja wojskowa w zakładzie była przez wiele lat ukrywana. Bywali pracownicy, których nawet rodziny nie wiedziały, że pracują w dziale produktów wojskowych - dodaje.

Przez dziesięciolecia Huta Silesia była zakładem rodzinnym, takim, w którym pracowały całe pokolenia. Pracownicy często przy produkcyjnej taśmie znajdowali swoje „drugie połówki”.

- W Hucie zaczynałam jako 14-latka do przyzakładowej szkoły zawodowej. Z zakładem związana byłam przez 31 lat, tam też poznałam swojego męża - Ryszarda. Oboje początkowo pracowaliśmy na emalierni - wspomina Krystyna Kocjan, była pracownica Huty. - Wiele par, tak jak my poznało się w Hucie. Ale sprzyjały temu okoliczności. Byliśmy jak jedna, wielka rodzina. Wspólnie pracowaliśmy, bawiliśmy się na festynach w Kamieniu, jeździliśmy na wycieczki. My jako pracownicy zakładu, wraz z mężem dostaliśmy od koleżanek i kolegów wyprawkę w prezencie ślubny. Było tam dosłownie wszystko - od malutkich garnuszków, przez garnki na zupę, po takie wielkie, w których gotować można było słoiki czy pranie. Był nawet nocnik i wanna do kąpania dzieci - wspomina z uśmiechem pani Krystyna.

W domu pana Stanisława Mojzy, praca w Hucie na Paruszowcu przekazywana była z pokolenia na pokolenie. - W Hucie pracowały cztery pokolenia mojej rodziny. Zaczynał w 1895 roku mój dziadek. Potem mój ojciec i matka oraz jej bracia i siostry. Potem w zakładzie pracowałem ja. Poznałem tutaj swoją żonę, a tradycja zakończyła się na moim synu. Na wystawę przekazałem przepustkę mojego taty z 1940 roku. On był jednym z tych pracowników, którzy w 1939 roku bronił Huty po wejściu Niemców. Został za to wysłany na prace przymusowe do Kędzierzyna - mówi nam pan Stanisław. Na przeróżnych stanowiskach - od pracownika fizycznego, po brygadzistę i kierownika przepracował ponad 30 lat. - Do dziś mamy w domu garnki wyprodukowane w Silesii.Rosół w nich ugotowany - smakuje najlepiej - mówi z uśmiechem pani Zofia Mojza, żona pana Stanisława.

Huta Silesia była zakładem, który dziś pracownicy wspominają z łezką w oku. Było tam przedszkole, działały dwie szkoły przyzakładowe. Powstał nawet zespół, działała drużyna harcerska.

- Mieliśmy nawet oddział ogrodniczy. Hodowano warzywa, świnie, bażanty dla pracowników - mówi Jerzy Natkaniec.
Na wycieczki do zakładu, który ciągle się rozwijał i był jednym z największych w kraju, przyjeżdżali sekretarze partii, ministrowie, a nawet piłkarze reprezentacji Polski, którzy w pobliskim Kamieniu szlifowali formę przed najważniejszymi turniejami.

- Sam oprowadzałam Kazimierza Górskiego i Jana Tomaszewskiego po naszej Izbie Pamięci - mówi nam Jerzy Natkaniec. - Produkty wysyłaliśmy na cały świat. A z relacji pracowników wiem że przyszło do nas zamówienie z na 50 kompletów kawowych dla brytyjskiego dworu - dodaje.

Barbara Kubica-Kasperzec

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.dziennikzachodni.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.